Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 15-07-2011, 16:23   #8
Piszący z Bykami
 
Piszący z Bykami's Avatar
 
Reputacja: 61 Piszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znanyPiszący z Bykami wkrótce będzie znany
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=9LOBFP-sJTI[/MEDIA]

Anlean var Dalauteilus dan... (itd.); Thedas, Al Neratum, książęce pałace

Cała ta sprawa z templariuszami mocno cię zaskoczyła. Ich wścibskie nosy tutaj, nie było ci to na rękę. W ogóle ci się to nie podobało. Od razu stałeś się też bardziej czujny, szczególnie, że długo nie byłeś pewien, czy coś się tu nie kombinuje. Ostatecznie jednak, rzeczony Dorian przyniósł i zaprezentował ci wszystkie niezbędne papierki, nie było się do czego przyczepić. Dowiedziałeś się z nich przy okazji, że jakże irytująca przywódczyni całej tej natrętnej bandy nazywa się Silva Rablack. Nic ci to nazwisko, oczywiście, nie mówiło, za grosz nie budziła jednak ta postać twojego zaufania. Postanowiłeś mieć ją na oku, ale nie na tyle, by wydać się podejrzanym. W końcu, gdy już ochłonąłeś, powróciłeś do swych naglących obowiązków. Niespodziewana wizyta wzbudziła twój niepokój, ale nie panikę. Byłeś sprytny i wiedziałeś, że nie dasz się przechytrzyć.

*

Szumiała jakaś otchłań, szumem bezdźwięcznym. I ktoś pochylał się nad tobą. Otworzyłeś więc oczy i… ujrzałeś ją. Templariuszkę; Silvę Rablack. Omal nie wykrzyknąłeś zaskoczony, natychmiast wyskoczyłeś też z łóżka. Nie. Nie z łóżka, bowiem żadnego łóżka nie było. W ogóle nic tu nie było. Ciemna otchłań. Silva uśmiechała się do ciebie, z palcem przyłożonym do ust w uciszającym geście. *Psia mać, gdzie ja jestem?!* - przemknęło ci przez myśl i pytanie to przetoczyło się natychmiast szumiącym echem po bezkresnej czerni nieboskłonu. Silva pokręciła głową, wzdychając wobec twej niewiedzy i ruszyła gdzieś w dal. *Zaraz, zaraz, co tu się…?* - myślałeś. Próbowałeś uporządkować myśli. Wszystko było w porządku, później przyszła ta templariusza, później trochę zamieszania, później wróciłeś do swych zajęć – porządkowałeś w myślach. Tak, tak, oto jak minął dzień, który w końcu się skończył i położyłeś się spać. Spać! Zasnąłeś! A teraz… gdzie się obudziłeś? Spojrzałeś na samego siebie i z zaskoczeniem odkryłeś, że ubrany jesteś dokładnie w to, w co ubrany sobie być wyobraziłeś. Znowu powiodłeś wzrokiem przez bezkresną czerń nieba i nie wiadomo – czy to za sprawą logiki, czy instynktu, ale odkryłeś to, wiedziałeś już, gdzie jesteś, z całą pewnością – w swojej własnej głowie… Trochę to było wrażenie surrealistyczne, w snach nic nie wydaje się szczególnie dziwne. Sny mają swoje zasady. Ten sen nie był jednak zwyczajną marą, o nie, to była mara wyjątkowa… Przede wszystkim, potrafiłeś kontrolować otoczenie… Z czarnej czeluści zrobić mogłeś las lub własną komnatę, lub co tylko ci się wyśniło. Odkryłeś to nagle i niespodziewanie, a świadomość tej mocy spadła na ciebie z niespodziewaną oczywistością. Coś jednak ograniczało twą kreacyjną moc… coś tu było nie tak. Ona… nie mogłeś się jej pozbyć. Po prostu tu była… i minę miała, jakby była u siebie.
- Witaj, księżniczko, w swojej własnej głowie. – uśmiechnęła się do ciebie, a głos jej poniósł się wokół jakimś dziwnym echem – Pozwolisz, że trochę się tu rozejrzę…? Mam wrażenie, że jest tu gdzieś coś niepokojącego…
Cholera, niepokojącego? Jasne, miałeś tu pełno rzeczy do ukrycie, oj tak… miałeś co ukrywać. Jak ona w ogóle śmiała. Wchodzić tu od tak, grzebać ci w głowie! Przecież to…
- Nielegalne, tak. – odezwała się znowu – Cóż, rzeczywiście mało to konwencjonalna metoda. I z pewnością zabroniona. Ale… – tu puściła do ciebie oko – …nikomu się przecież nie wygadasz. Kiedy skończę, obudzimy się oboje i, o ile nie masz nic na sumieniu, zapomnimy o całej sprawie. Zobaczysz, jeszcze będziemy się z tego śmiać. Póki co, śpij jednak spokojnie, zwiedzaj własne mary, no, zajmij się czymś… Masz sporo czasu, więc nie musisz się śpieszyć. Za to porządnie się wyśpisz. – stwierdziła i ruszyła, by uskuteczniać swe oględziny. Ty zaś stałeś jak wryty. To, co ona wyprawiała, na co sobie pozwalała… to przechodziło ludzkie pojęcie! Aż brak było słów. Zaraz też przyszło ci do głowy, że za takie nadużycie magii, za taką nadgorliwość… tfu! Nadgorliwość?! Za tą gwałtowną napaść na twój własny umysł!... mógłbyś bez wątpienia posłać ją na stryczek, za co mocodawcy jej pewnie by ci jeszcze podziękowali! Czy oni w ogóle zdają sobie sprawę…?
Tymczasem utkwiłeś tu, uwięziony we własnych myślach, nad którymi miałeś władzę, tak, ale nie zupełną kontrolę. Które w każdej chwili mogły zostać przejrzane za bardzo, przekartkowane i odkryte. Pozwolić jej się tak panoszyć? Czy od razu zabić? Tak czy siak ryzyko… i nie byłeś pewien, jak się za to wszystko zabrać. Ba, nie byłeś jeszcze nawet pewien, co powinieneś zrobić…

*

Sytuacja o tyle była nieciekawa, że o niebezpieczeństwie czającym się w twej głowie nie mógł wiedzieć nikt, kto się akurat w niej nie znajdował. Reszta pałacu, pogrążona we śnie, czy też w jakichś swoich nocnych zajęciach, za nic nie zdawała sobie sprawy, że w myślach pogrążonego we śnie Anleana, śpiącego spokojnie jak niemowlę, rozgrywają się sceny tak złowrogie. Ba!, nie wiedzieli o tym nawet pozostali templariusze, ulokowani daleko, w bogatej dzielnicy.
Tylko wyście wiedzieli.
I znikąd pomocy…


Jensen Adavarus; Thedas, Orzammar

Było już po wszystkim. Everhart patrzył na was, jakby żałował, że udało wam się pozostać w świecie żywych. Zaiste, spojrzenie miał takie, że przez chwilę wydawało się, że sięgnie po miecz i osobiście was tu wyrżnie, by wmówić później reszcie, że nie udało wam się przeżyć. Niemniej, nic takiego nie miało miejsca.
- Zbieramy dupy – zakomunikował tylko i odwrócił się. Jeden z panikarzy, powalonych wcześniej strzałą, poruszył się, jakby chciał złapać kapitana za kostkę. Ten popatrzył na biedaka z niesmakiem i przeklął. - Niechże go ktoś dobije – rozkazał, spoglądając na ciebie.

*

Kilka dni później postanowiono przydzielić ci zadanie w terenie. Everhart wezwał cię do siebie i bez żadnych milusich wstępów poinformował, że udasz się do Denerim i trochę tam rozejrzysz. Nie wiedziałeś, na ile poważnie masz traktować zadania ujęte w słowach „rozejrzeć się”. Łaskawie zostałeś jednak poinformowany, że szerzą się tam niepokojące jakieś plotki o pomiotach i nadchodzącej pladze. Trudno było traktować to poważnie. Takie plotki zawsze gdzieś przecież krążyły, mniej lub bardziej nasilone, przez chwilę nawet zastanawiałeś się, że nie robi ktoś sobie tutaj z ciebie jaj. Kapitan Szarej Straży dłubał w zębach przekazując ci polecenia, sam chyba nie był więc o prawdziwości tych plotek przekonany, z pewnością już nie było mowy o realnym zagrożeniu. Jasny gwint, najwyraźniej ten skurwysyn postanowił trochę zagrać ci na nosie. Bądź co bądź, nawet jeśli należało się tego wszystkiego tu i ówdzie wywiedzieć, tak dla spokojności sumienia, to spokojnie wysłać do tego można było jakiegoś nieopierzonego młokosa. A nie ciebie. Nie zamierzałeś jednak wszczynać w tej sprawie awantur czy wylewać żalów, wiadomo przecież, że Everhart tylko na to czekał. Komentując to zadanie, jako lekkie, przyjemne i bezpieczne, a więc w sam raz dla ciebie, przekazał ci, że oczywiście udasz się tam w pojedynkę, bo trudno żeby do takich pierdół wysyłać poważne oddziały. Cała ta sprawa miała chyba jednak jakieś drugie dno. Everhartowi, choć starał się to ukryć między wierszami, chodziło chyba jednak najbardziej o to, byś, dotarłszy do Denerim, odnalazł tam niejakiego Lethiasa Valestila – Szarego Strażnika elfiej rasy, który przebywa tam wraz z dwoma kompanami. Miałeś więc, „skoro już tam będziesz” zapytać tegoż elfa „jak się sprawy mają”? Na nic było dopytywać, Everhart zapewnił, że Lethias już będzie wiedział, o co chodzi i udzieli ci stosownej odpowiedzi, którą to miałeś wyryć sobie w pamięci i przekazać kapitanowi osobiście po powrocie. Przy okazji zresztą, co też znudzony kapitan jeszcze ci powiedział, możliwe, że elf ów będzie miał dla ciebie dalsze jakieś instrukcje. I tyle, jeśli chodzi o odprawę, Everhart zbył cię protekcjonalnym gestem ręki, gdy tylko przekazał, co miał przekazać, nie zapomniawszy przy tym zaznaczyć złośliwie, byś uważał i nie zrobił sobie w drodze krzywdy. Dodał coś jeszcze, że cała ta wyprawa z tobą w roli głównej średnio mu się zresztą podoba, po czym zamilkł, bo byłeś za daleko już, byś mógł go słyszeć.

Cóż, z pewnością nie była to wyprawa marzeń. Żadna krwiożercza misja, żadnego wielkiego pojedynku, żadnej plagi, czy pomiota. Potraktowano cię jak zwykłego chłopca na posyłki, a przydzielone zadanie to była jakaś uwłaczająca farsa. Nie przejmowałeś się tym jednak zbytnio, pal ich licho. I zacząłeś przygotowywać się do podróży…


Ahal Tarsyn & Godryk de Artois; Thedas, Szlak Fereldeński.

Kupcy, najemnicy, wszyscy popatrzyli po sobie zdziwieni, gdy Ahal wróciła z nowym towarzyszem. Zastanawiali się, co to za jeden, skąd się wziął i dlaczego do nich przyłączył. Jakiś jej znajomy? Ale żeby taki wojak, skąd taka zwykła dziewczyna miałaby znać takich wojaków? I to błąkających się w środku lasu. Nie, nie, zaniechali szybko dociekań i poczęli kombinować dla przybysza jakiś środek transportu. Zastanawiano się, czy na koniu go usadzić, czy na wozie jednego z kupców. Szybko jednak wszystkim się zajęto. Nie każdemu jednak ta sytuacja się spodobała. Suilver, ten niepokojąco spokojny chłopak, wyglądał na bardzo niezadowolonego. Upierał się zresztą, by przybysza nie zabierać, zostawić go tu gdzie stoi i ruszać czym prędzej w dalszą drogę. Koniec i kropka. O dziwo znalazł nawet ku temu kilku popleczników, wywiązała się więc ostra dysputa na temat zabierania pasażerów. Omal po noże nie sięgnięto, i to był dla chłopaka sygnał do odwrotu. Machnął w końcu ręką, westchnął coś pod nosem i, wielce niezadowolony, pozwolił zabrać de Artoisa. Uprzedził jednak, że będzie miał go wciąż na oku.

Ruszyliście więc w dalszą drogę, tak samo nudną jak i dotąd. Powoli pokonywaliście leśne szlaki, wkrótce też dobiegł was dźwięk szemrzącego wzdłuż traktu strumyka. Do celu nie było już daleko. Na postój zatrzymaliście się stosunkowo wcześnie, wraz z nastaniem wieczoru, na całkiem miłej polance pośród rosłych drzew. Rozpalono ognisko, zjedzono posiłek, jeden z kupców opowiedział jakąś kupiecką historię, na wszelkie bóstwa zarzekając się, że jest prawdziwa. Nikt nie chciał jednak w to wierzyć. I gdy podróżnicy odpoczywali tak po trudach drogi, Godryka de Artois zaczepił tamten młody chłopak. Ten, który nie chciał się zgodzić na zabranie go z sobą. Suilver.
- Nie wiem, kim jesteś i dlaczego jedziesz z nami. – zaczął spokojnie, bez żadnych wstępów - Ani nie chcę wiedzieć – i popatrzył na Godryka Ale ty wiedz, że nadejdzie w twym życiu taka chwila, w której będziesz musiał opowiedzieć się po jednej ze stron. Niewłaściwy wybór oznaczać będzie śmierć. Właściwy, sowitą nagrodę. Przemyśl to, nieznajomy. – po czym odszedł w stronę kupców, pozostawiając Godryka z myślami.

*

Wyruszyliście z samego ranka, drogi nie zostało już wiele. Ahal Tarsyn cieszyła się na myśl o osiągnięciu celu, Godryk siedział zaś na wozie, pogrążony w myślach. I nagle się zaczęło. Koń Suilvera zawrócił, a jeden szybki ruch chłopaka posłał nóż w stronę panny Ahal. Ten musnął ledwie jej nogę, ostatecznie raniąc konia, który spłoszony, ruszyć chciał przed siebie. Nie udało mu się to jednak, bo na drodze stanął Suilver, koń stanął więc dęba i zrzucił z siebie zaskoczoną kobietę, przerażony zakręcił się w kółko, omal nie tratując Tarsynowej kopytami, w końcu ugodzony został strzałą w zad i pomknął gdzieś na bok. Zakotłowało się, wzniosły się zaskoczone krzyki, rżenie koni, miejsce miała krótka szamotanina. W powietrze zbił się leśny kurz i po chwili wszystko było jasne. Zdrajcy, pod wodzą Suilvera okrążyli resztę niczego nie spodziewających się podróżnych, pochwycili ich i noże przytknęli do gardzieli. Zdrajcami byli głównie najemnicy, ofiarami zaś – kupcy. Suilver zeskoczył z konia i stanął nad Ahal, miecz swój przytknął jej do szyi z krótką komendą: - Ani drgnij. Wzrok następnie przeniósł na Godryka, w którego wycelowane były dwa co najmniej łuki, a za którym stał jeszcze jeden mężczyzna, gotów zapewne ruszyć w każdej chwili do ataku. Ahal, wraz z tymi, którzy nie należeli do zdradzieckiej bandy, znalazła się w potrzasku, Godryk miał zaś jeszcze wybór. To była ta chwila, o której wcześniej chłopak mętnie mu wspominał, w której musi opowiedzieć się po jednej ze stron. Nie w smak było bowiem walczyć im z tego pokroju wojakiem, dali by mu pewnie radę, tak, ale mógł narobić za dużo zamieszania wymachując mieczem. Nic dziwnego, że nie chcieli go ze sobą zabrać. Teraz zaś, skoro już się napatoczył, woleli aby stanął po ich stronie lub przynajmniej nie przeszkadzał.
- Ciebie też mam zabić? – rzekł doń Suilver sucho, miecz trzymając wciąż nad Tarsyn.
 

Ostatnio edytowane przez Piszący z Bykami : 15-07-2011 o 20:21. Powód: kosmetyczne korekty (literówki, błędy, przecinki, odstępy itp.)
Piszący z Bykami jest offline