Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 15-08-2011, 02:19   #4
Crys
 
Crys's Avatar
 
Kiedy odebrała swój bagaż, odetchnęła z ulgą. Jej „specyfiki” rzeczywiście nie zostały wykryte. Ani na lotnisku w Czechach, ani tu – w Moskwie. Claire uśmiechnęła się do siebie, mając nadzieję, że kiedyś też dojdzie do takiej perfekcji w magyi jak jej mentor. Na samą myśl o nim, przypomniała sobie kawałek ich rozmowy przez telefon, sprzed dwóch dni.
- I pamiętaj, żeby do niego nie...
- ... gadać przy Śpiących i ograniczać się przy Przebudzonych, wiem.
- I żeby używać środków tylko kiedy...
- ... naprawdę nie będę się mogła bez nich obejść, wiem.
- I godnie reprezentować...
- ... swoją Tradycję i mojego mentora, wiem.
- I być w...
- ... kontakcie, kiedy tylko mogę, wiem.
- To też znasz?
- Wszystko znam.

Roześmiał się w słuchawkę. Ciekawe czy egzaminował właśnie jakieś ciało. Wyobraziła sobie tę, nieco makabryczną sytuację. Na zimnym, metalowym stole, nagie ciało denata lub denatki, skromnie przykryte białym płótnem, póki nie zacznie przeprowadzać sekcji. A nad tym obrazkiem on, Trent, roześmiany od ucha do ucha i szczerzący się do słuchawki swojego telefonu. Nie wiedziała, czym się zajmował, kiedy nie było jej w pobliżu, ale żadne inne pasujące do niego zajęcie, nie przyszło jej do głowy.
Claire wzdrygnęła się lekko, kiedy poczuła ocierające się o nogi psie ciało. Na szczęście nim zdążyła coś powiedzieć, ugryzła się w język. Podążyła wzrokiem za akitą, który bezceremonialnie próbował wepchnąć nos pod spódnicę mijającej ich stewardessy. Ta obejrzała się za siebie, roztargnionym wzrokiem, prostując szybkim gestem rąbek swojego wdzianka. Była wyjątkowo wrażliwa, to trzeba było jej przyznać, skoro zareagowała na działania avatara.

Claire nie spotkała zastraszająco dużej liczby magów, a już szczególnie swojej Tradycji. Zastanawiała się przez cały czas, czy wszyscy Eutanatosi byli tak postrzeleni jak jej mentor, z lekkim kręćkiem na punkcie nieodgadnionego, ale wraz z poznawaniem kolejnych magów, zmieniała zdanie. Mężczyzna, który czekał na nią w hali przylotów miał być kolejnym przeciwieństwem człowieka, który kształcił ją i uczył. Z tego, co jej powiedział Trent, Jovan Blagojević, ten, który zgarnie ją z lotniska i zawiezie do Fundacji, był wyjątkowo specyficzny. Niestety, jak zwykle jej mentor nie mylił się. Eutanatos był denerwująco milczący, choć Claire rozpaczliwie próbowała zacząć z nim jakąkolwiek konwersację. W końcu, poirytowana zaniechała swoich prób. Próbowała zabrać się za kupione szybko na lotnisku opakowanie malinowych żelek, ale wystarczyło, że przypomniała sobie plotki zasłyszane o tym mężczyźnie i zupełnie straciła apetyt. Wolała skupić się jednak na obserwacji akity, który biegł po prawej stronie samochodu, z wywalonym prawie do kolan jęzorem i radością w oczach. Cieszył się i był trochę podniecony. Tak, jak ona.

Bała się przyznać, że ostatnia rozmowa z Kucharskym, poza niewątpliwie przyjemnymi akcentami, zawierała w sobie jakąś nie do końca wypowiedzianą troskę i przestrach. Tak jakby starszy Eutanatos szczególnie niechętnie oddawał swoją podopieczną pod krótkotrwałą (oby – dodała mimowolnie) opiekę Blagojevića. Niewesołe myśli nie poprawiło zatrzymanie się obskórnej taksówki gdzieś na nieznanych jej obrzeżach Moskwy. Jakby Moskwa była jej w ogóle w jakikolwiek sposób szczególnie znana...

Zadrżała, kiedy Eutanatos skierował się w las. Po dłuższej chwili brnięcia przez śnieg i pośniegową breję jednocześnie, poczuła na palcach u stóp lekki chłód wilgoci. Nie znosiła, kiedy przemakały jej buty. Miała nadzieję, że walizka, którą szarpała energicznie za sobą, nie ucierpi zanadto, ani żadna z jej rzeczy w tejże. Westchnęła, kiedy zauważyła, że jej avatar, radośnie merdając ogonem podskakuje na śniegu, próbując podrzucić materialny śnieg swoim niematerialnym (prawie zawsze) nosem. Niemalże jak zwykle ignorował zaniepokojenie Claire, nic nie robiąc sobie z jej dudniącego serca i szumiącej w uszach krwi.

Po półgodzinie pieszej drogi miała przed oczami tylko rozpadającą się ruinę. I to miało być wejście do dziedziny? Westchnęła rozdzierająco, kiedy Jovan otworzył drewnianą klapę do piwnicy. Oblodzone schody odeszły w zapomnienie, kiedy Claire poczuła dziwne mrowienie na skórze, kiedy jej nos wciągnął zapach podobny do tego, który pojawiał się tuż po burzy. Ozon i coś zupełnie nieokreślonego. Włoski na rękach stanęły jej dęba, pchnięte mocną, energią... nawet sama nie wiedziała jak to nazwać. Jej nieco oderwana od rzeczywistości przemyślenia, przerwała aż nazbyt realna ręka, która pchnęła ją wprost na stojące przed nią lustro.
Dziewczyna puściła swoją walizkę, instynktownie wyciągając do przodu ręce, żeby zamortyzować zderzenie, które w ogóle nie nastąpiło.
Wpadła z impetem do okrągłej sali. Nie była w stanie powiedzieć, czy była ona szczególnie rozległa, czy może wyjątkowo wąska i nisko sklepiona, jednak gdziekolwiek nie spojrzała widziała lustra. Lustra, w których odbijała się ona. Krzyk uwiązł w jej ściśniętym gardle. Gdzie nie spojrzała, widziała siebie, jednak zniekształconą przez siłę śmierci. Zgnite ciało odpadało z jej policzka, trupie oko wpartrywało się uporczywie, jakby wbijając swój wizerunek wprost w jej jaźń.
Słuch, węch, dotyk, wzrok i smak zaczęły wariować, przenikać się, rozciągać, każdy ze zmysłów jakby w innym kierunku. Tylko w jednym, jedynym lustrze, na mgnienie oka, zobaczyła prawdziwą siebie - wysoką, szczupłą, bardzo ładną, ciemnooką i ciemnowłosą w swoim uwielbianym mocniejszym makijażu i przylegającym ubraniu... Claire przerażona, resztką świadomości zdała sobie sprawę, że nie ma pojęcia, z której strony tu wbiegła. Świar wirował, a ona wirowała razem z nim. Nigdy nie czuła czegoś takiego, nawet w swoich najgorszych narkotycznych i alkoholowych delirkach nie czuła takiego wirowania i zagubienia samej siebie. Nagle cały ten miks doznań, przerwało jedno, aż nazbyt rzeczywiste i bolesne – ktoś złapał ją za nadgarstek, tak, że aż coś chrupnęło niepokojąco. To dłoń Jovana, owinęła się wokół jej własnej i nie zważając na nic, pociągnęła w stronę jednego z luster.
Kolejne przejście było już pestką, w porównaniu z salą pełną luster. Kiedy wypadła do zalanego słońcem pomieszczenia, automatycznie zmrużyła oczy, próbując dostosować swój wzrok do panujących warunków.

Nie musiała długo czekać, żeby móc przyjrzeć się znajdującym się w środku osobom, jak i pierwszemu pomieszczeniu fundacji. Wszystko było nowe, interesujące i szalenie fascynujące. Przesunęła szybko spojrzeniem po twarzach zebranych, próbując nieśmiało uformować na swoich ustach uśmiech. Nie była pewna, czy osiągnęła cel, wciąż mocno pod wpływem przeżyć z lustrzanej sali.
- Witam was w Fundacji Białych Kruków. Jestem Jestem Pedagog Diakon Mistrz Ars Vis oraz Ars Materiae Aureliusz Marek Prim bani Bonisagus, Przewodniczący Rady Fundacji Białych Kruków, Pan i Twórca Perłowych Kamieni, jeden z twórców Dziedziny Białych Kruków, Zausznik Dworu Egipskiego, Pięciokrotny Emisariusz Horyzontu, Prorok Jutrzni, uczeń Księcia Diakona Mistrza Ars Fati, Ars Essentiae, Ars Vis i Ars Mantis Ahmeda Al-Aliastra bani Bonisagus – usłyszała koszmarnie długą formułkę, zastanawiając się, gdzie znajdowało się imię, a gdzie nazwisko, przemawiającego do niej i Jovana mężczyzny.
Jednak, nim miała szansę zareagować w jakikolwiek sposób na słowa dostojnie wyglądającego maga, ten zniknął, po krótkiej wymianie zdań z jej chwilowym opiekunem w innym pomieszczeniu.

Wydarzenia następowały po sobie tak szybko, że Claire zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek uda jej się jeszcze zatrzymać. Nim zdążyłą się dokładnie przyjrzeć ponownie wszystkim obcym, którzy przyglądali się jej jeszcze przed kilkoma sekundami, już znała ich imiona.
Jon, ten szczególnie zapadł jej w pamięć, nie tylko ze względu na to, że po chwili oberwał ciężko w głowę, ale także dlatego, że poczuła od niego nie do końca tak nieprzyjemne, jak można by się spodziewać uczucie śmierci i rozpadu, ze zdecydowaną szczyptą chaosu.
Natłok doznań, prawie zupełnie pozbawił ją tego, co nigdy jej nie opuszczało – gadulstwa. Grupka ludzi zmbombardowała ją intensywnie paroma zdaniami, aby zamilknąć, w próbie dalszego przysłuchiwania się rozmowie. Nie rozumiała prawie niczego ze słów, które mogli usłyszeć i zdziwiona oglądała rekacje reszty, które wyraźnie odbijały się na ich twarzach.

- Obawiam się, że Jovan wyleci stąd z hukiem. Pierwszy raz widzę Mistrza Aureliusza w takim stanie – stwierdził mężczyzna, który przedstawił się Claire jako Gustaw - To Twój mentor? Jak nie, to chyba możesz zostać, prawda?
Nim jednak zdążyła odpowiedzieć na pytanie mężczyzny, usłyszała kolejne zdanie, zakończone jeszcze jednym pytaniem:
- Taa... Za to przez pana Ponurego Żniwiarza znowu będę musiała w ziołowe herbatki zainwestować... Hm... Melisa z miodem...? A co Ty sądzisz?

Claire zamrugała intensywnie, powoli, wyglądając zapewne jak nieco przygłupi obraz uroczej studentki. Akita siedział przy obitym i krwawiącym z ucha Jonie, drapiąc się intensywnie tylną łapą w swoje własne, psie ucho. Dziewczyna chrząknęła, rozejrzała się szybko, już znacznie przytomniej i w końcu zdobyła się na uśmiech.
- Nie, Gustawie – zaczęła swoją odpowiedź, specjalnie sięgając po imię mężczyzny – niech dzięki będą wszystkim Sferom – tym razem mimowolnie użyła ulubionego powiedzienia swojego mentora – ale ta... istota – zaakcentowała słowo, przeciągając je lekko – nie jest moim mentorem. Mam nadzieję, że osobę, która mnie naprawdę uczy, będziecie mieli okazję poznać. Jest tego wart. I jestem przekonana o tym, że mogę zostać tu, gdziekolwiek to TU jest. Jovan nie może mi niczego nakazać, ani zakazać – dodała. Na te słowa, pozbierany już z podłogi młody Wirtualny Adept, wstał jeszcze wciąż dość niepewnie i chwiejnie, dłonią, próbując zetrzeć krew i podał jej toporny, jak na dzisiejsze czasy i stan jej portfela, aparat telefoniczny, który wzięła autmatycznie w ręce i wklepał parę rzeczy w laptopta, wyciągniętego niemalże znikąd.
- Sądzę również, że mam znacznie ciekawsze specyfiki dla Mistrza Aureliusza, gdyby potrzebował czegoś na uspokojenie... a także na pobudzenie – uśmiechnęła się nieco drapieżnie i zawadiacko, odwracając w stronę rudowłosej dziewczyny.
- Jako, że prezentacji nie stało się w zasadzie zadość, pozwólcie... Nazywam się Claire Duane, tak, jestem, ekhm, Eutanatosem, nieszczególnie długo, jednak wciąż i mam nadzieję zawsze intensywnie. I nie, nie mieszkam na co dzień w kostnicy z trupim kochankiem, nie jadam również posiłków, pochylając się nad wiwisekcją jakiejkolwiek żywej istoty – finiszowała, grzebiąc rozpaczliwie w kieszeni swojego długiego, podbitego prawdziwym futrem płaszcza – może malinowej żelki? - dodała, wyciągając dłoń z kolorowym opakowaniem, czując przy tym lekkie szarpnięcie bólu. To właśnie za ten nadgarstek złapał Jovan. Tym postanowiła się jednak zająć nieco później.
 
__________________
Ich will - ich will eure Phantasie
Ich will - ich will eure Energie

Ostatnio edytowane przez Crys : 15-08-2011 o 14:57.
Crys jest offline