Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-11-2011, 19:39   #1
Sekal
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 6828 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Nadciąga Burza - Warsztaty 3ED


Nadciąga Burza

Rozdział I: Mniejsze Zło


Pomieszczenie było dobrze oświetlone. Pięknie zdobione latarenki tworzyły dziwny, nawet dość tajemniczy klimat, gdy rozglądali się ciekawie po bogatym wnętrzu. Pozłacane świeczniki i gałki na rzeźbionych dębowych meblach, misterne gobeliny zwisające ze ścian, szyby w każdym najmniejszym regaliku wypełnionym księgami lub zbytkowymi przedmiotami, które miały tylko wyglądać. Siedziba Gildii Kupców, do której ich zaproszono, robiła odpowiednie wrażenie. Wrażenie zbytku. To nie pomagało kupcom w kreowaniu dobrej opinii o sobie, tylko nie wiadomo było, czy ich to w ogóle obchodzi.
Człowiek, który ich przyjął, także był idealnym odzwierciedleniem dobrobytu. Ubrany w czerwony, obszyty futerkiem strój, przyglądał im się cierpliwie znad złączonych dłoni. Ilość materiału, jaka została zużyta na jego szaty spokojnie mogłaby starczyć na dwie inne osoby, ale za to jedynym objawem obżarstwa pozostawał podwójny podbródek. Kupiec miał już swoje lata i był tu kimś ważnym.
Oni zaś byli tylko zebranymi z ulicy ochotnikami, którzy odpowiedzieli na ogłoszenie.

- Sprawa, dla której zostaliście tu sprowadzeni, jest dla nas dość delikatna i ważna. Dlatego proponujemy po złotej koronie dla każdego, kto pomoże odnaleźć Floriana Wechslera. To kupiec, jeden z nas, członek Gildii. Szanowany człowiek - gdy mówił, jego podbródek poruszał się nie tylko w górę w i dół, ale nawet na boki. - Tydzień temu załadował swój wóz węglem i wyruszył do Stromdorfu, w interesach. Ponoć tam na południu cały czas pada, dlatego węgiel jest dość cenny. Zresztą, z tego co udało nam się dowiedzieć, sprzedał węgiel. I zniknął zaraz potem, wraz ze swym wozem i osłem. Chcielibyśmy, abyście go odnaleźli, a jeśli nie uda się odnaleźć jego - to przynajmniej złoty sygnet, który nosił zawsze na palcu. To symbol przynależności do naszej Gildii. Ktoś mógłby się podszywać i korzystać z pewnych... przywilejów, które mu się nie należą. Bardzo nieliczni takie mają.
Oczy mu się zaświeciły. Czyżby bardziej interesował go sygnet od Floriana? W końcu kupcy byli znani także ze swojego skąpstwa.
- Nie wiemy niestety wiele więcej. Dlatego właśnie potrzebni jesteście wy...


Lało jak z cebra.
Ciemne drzewa Reikwaldu, rosnące wszędzie wokół, jeszcze pogłębiały nieprzyjemne uczucie i chłód, który wraz z wilgocią rozchodził się po ich ciałach już od jakiejś doby. Dwa kryte wozy z trudem przedzierały się przez całkiem rozmiękłą, błotnistą drogę i tempo ich podróży znacznie zmalało, gdy co chwilę musieli zeskakiwać w kałuże, aby pomóc koniom, coraz bardziej zmęczonym. Sama podróż trwała już prawie tydzień, chociaż uciążliwa stała się dopiero teraz, niemal u progu ich celu - Stromdorfu. Mieli znaleźć się u celu tego popołudnia, ale ono już powoli mijało i cel choć już widoczny, to wciąż wydawał się odległy.
Niewielu zbaczało myślami do tego, co by było, gdyby gildia nie udostępniła im miejsca na wozach jadącego akurat w tym kierunku kupca. Otto Weildo, żylasty, starszy już człowiek, zresztą przyjął ich całkiem chętnie. Pięć dodatkowych osób nie obciążało bardzo koni, a swoje pomagało w podróży, bo przecież Reikwald był tak samo niebezpiecznym lasem, jak wszystkie inne w Imperium. Ze sobą miał także dwóch synów, Hugo oraz Franza, którzy za woźniców służyli w tym rodzinnym interesie. Wieźli węgiel oraz wszystko to, co w tak słabo uczęszczanym mieście przydać się mogło, a zdobyć tego tam nijak nie szło. Teraz wydawało się, że bardzo żałowali swojej decyzji, ociekający wodą, brudni od błota, zmęczeni i wściekli. Tyle tylko, że nikt ich po drodze nie zaatakował, co jednak bardziej było efektem szczęścia, niż groźnego wyglądu ochroniarzy.

Bo dziwaczna to była kompania, zebrana z bardzo różnych, wydawałoby się, światów. A jeden z nich wyróżniał się mocno, dla nich samych zwłaszcza. Niby nie wiadomo dlaczego, bo przecie wyglądał na zwykłego młodzieńca, który owinięty w płaszcz, nie wadził nikomu ani niczemu. Zimno bardzo nie było, choć środek wiosny a tu dość blisko już do gór, ale i tak ten tutaj wiadomo kim był. Jeszcze w Altdorfie się dowiedzieli, tam się niezbyt ukrywał. Tam magowie byli powszedni. Na prowincji jednakże sprawy miały się różnie i poradzono mu, aby wszem i wobec swojej przynależności do Kolegium Światła nie zdradzał, przynajmniej nie nabędzie takiej mocy, by albo wszystkich natrętów przegonić lub zrobić coś znacznie gorszego. Młody był, obecnie wyżej od uczniaka stać nie mógł.
Wiedział do dobrze drugi z młodzianów. Jeszcze delikatniejszy w wyglądzie, można rzecz, że dziewczęcy ze swoją delikatną twarzyczką i szczupłym ciałem. Co ciekawe, ten miał bliznę przechodzącą przez jedno oko, które się szczęśliwie dla chłopaka ostało. W mieście nie uczył się może zbyt pilnie, a ubranie nosił proste, znoszone lekko, ale swoje o magach wiedział. Tyle, żeby trzymać się od nich wystarczająco daleko. Teraz nie bardzo mógł to zrobić, choć wyglądając nawet młodziej od synów kupca, przydawał się w tej mozolnej podróży przez błoto, znając jakieś dziwne mechanizmy umożliwiające wydobywanie załadowanych wozów przy użyciu jak najmniejszej siły. Coś tam musiał z tej swojej uczelni wynieść.

Na koźle obok Hugo siedziała dziewczyna, a raczej kobieta już, zaciskając swoje usta w wąską kreskę pełną determinacji. Ubrana najlepiej z nich, choć nie wystawnie, to na pewno solidnie - skórzany płaszcz, kapelusz z szerokim rondem, dobrej jakości, lekko tylko znoszone buty do kolan i spodnie skórzane, wraz z kaftanem tworzące strój zdecydowanie bardziej męski niż kobiecy. Włosy związane w warkocz szarpała co jakiś czas, rzucając baczne spojrzenia na boki, jednocześnie próbując ukryć przed deszczem wystający zza pasa pistolet. Była jedyną kobietą w tej grupie, i chociaż grymasy i twardy wyraz twarzy nie zachęcały, to i tak przyciągała męskie spojrzenia, bo brzydka nie była. A nawet jeśli by była, to i tak zerkaliby.
Najczęściej robił to najstarszy z tej piątki "ochroniarzy" - choć nie znaczyło to, że był stary. Jeszcze daleko było mu do trzydziestki, to wąs trochę postarzał pociągłą twarz. Dodatkowo odpowiedni akcent i błyskawicznie wiązało się go z Bretonią. Teraz przedstawiał sobą marny widok, przemoczony, w starym, brudnym i gdzieniegdzie dziurawym mundurze, najwyraźniej jedynej pozostałości po wcześniejszym życiu. Uzbrojony w kij stanowiłby raczej dość śmiesznego przeciwnika dla każdego niebezpieczeństwa, które mogło czaić się na nich w lesie, chociaż prawdopodobnie najsprawniej, ze wszystkich w tej małej karawanie, władał ostrzem - nawet jeśli jedyny porządny miecz wisiał u boku kobiety.
Ostatni z tej piątki także był młodzieńcem, i o zgrozo, także wciąż cechował się raczej dziewczęcą niż męską urodą. Ubrany w szaro-bury strój, z długimi, przylepionymi teraz do twarzy czarnymi włosami, także wyglądał na chudzielca. Uzbrojony w kuszę i chroniony przez skórznię chowaną pod solidnym płaszczem, dokładnie tak samo jak żak, nie wyglądał na wojownika.
Istotnie, doskonała grupa najemników będących w stanie odeprzeć każdą grupę bandytów czy czegoś jeszcze gorszego.
Ciekawe jak często zadawali sobie pytanie, co oni właściwie tu robią? Zawsze też istniała szansa, że jedyne bitwy odbędą się na języki, ale mimo młodego wieku, większość z nich nie wierzyła, że wszystko odbędzie się bez kłopotów.


Pierwszy zwiastun czekających na nich nieprzyjemności, nie licząc rzecz jasna deszczu i błota, pojawił się na rzece Ober, a dokładniej mówiąc, na moście, który musieli przekroczyć, aby wjechać do miasta. Był już prawie wieczór, który znacznie przyspieszyły chmury, zalegające nisko nad całym obszarem. Co chwilę niebo przecinała błyskawica i grzmot przetaczał się po okolicy, jeszcze ponaglając ich do pośpiechu. Nikt nie chciałby zostać w tym miejscu na noc, a przecież bramy już praktycznie widzieli.
Hugo zatrzymał nagle konie, które ciągnęły pierwszy wóz, wychylając się z kozła. Drewniany most, przerzucony przez rzekę, nie miał zbyt mocnej konstrukcji, która teraz chwiała się i trzeszczała, wyraźnie podmywana przez wezbraną rzekę, której wody zaczynały powoli się przez niego przelewać. Dwóch konnych, ubranych w długie płaszcze z kapturami, spod których ledwo można było dostrzec jednakowe tuniki, przejechało przez most, machając do nich.
- Szybko! Ruszcie się, do cholery!
- Ta kupa belek długo nie wytrzyma, no dalej!

Sam Otto zabrał lejce swojemu synowi, poganiając konie. Wkrótce oba wozy, ciągnięte przez niepewne zwierzęta, znalazły się po drugiej stronie rzeki. Strażnicy znów znaleźli się przed nimi, prowadząc do Stromdorfu, a za nimi, nawet zagłuszając na chwilę deszcz i burzę, konstrukcja mostu jęknęła, zatrzeszczała a potem z hukiem runęła do wody, ginąc w jej odmętach, które pociągnęły drewno za sobą.
- No to szybko nie wrócimy!
Otto wydawał się jeszcze bardziej skwaszony niż wcześniej, chociaż nawet z tej odległości widzieli, że most po drugiej stronie miasta wciąż jeszcze stał. Tylko prowadził w zupełnie inną stronę.

Dotarli do bramy bez dalszych przygód, przejeżdżając nią i mając nawet okazję popatrzeć, jak strażnicy zamykają ją na noc. Miasto otoczone było prawie dziesięciometrowym, solidnym murem, sprawiającym równie dobre wrażenie, co reszta tego miasta. Może prócz dróg, chociaż ta, którą jechali, była wyłożona balami, tworzącymi powierzchnię nierówną, ale za to łatwą do pokonania mimo padającego deszczu. Woda spływała tu jakimiś rynnami, dzięki czemu domy wciąż stały - większość zresztą była solidnie podmurowana. Najlepsze wrażenie jednakże sprawiały tu dachy, wszystkie utrzymane w prawie doskonałym stanem. Tutejsi mieszkańcy, których według Otto było jakieś trzy czwarte tysiąca, najwyraźniej przyzwyczaili się i przystosowali do prawie nieustannie padającego deszczu.
Ich wjazd przyciągnął sporo spojrzeń, kilku ludzi nawet krzyknęło do kupca o wieści i towary, które przewozi. Weildo jednak nie był skory do rozmów, więc tylko powiedział im, że jutro będzie na rynku, a zatrzymuje się w gospodzie Wodny Grom, której nazwa najwyraźniej doskonale pasowała do całej okolicy - mimo, że deszcz nieco osłabł, a na niebie nawet pojawiły się lekkie przejaśnienia, przepuszczające nieco ostatnich promieni słońca, to nie miał zamiaru ustępować całkowicie. Jakieś dzieciaki mimo to biegły po ulicach, także obok wozów, próbując zajrzeć do środka. Obcy musieli być tu rzadkością.
Wystarczyło moknąć przez kilka minut, aby domyślać się dlaczego.

Wkrótce znaleźli się na bardzo dużym rynku, także wyłożonym balami. Do niego przylegała także gospoda, ku której skierował się Otto, a także w której oni sami mieli się zatrzymać. Gildia płaciła za ich pokoje oraz standardowe posiłki - musieli tylko wziąć od karczmarza kwity - za każdy dodatkowy oraz za napitki musieli zapłacić już sami. Co ciekawe, w drodze do tego miejsca minęli kilka innych gospód. Ich liczba musiała być tu spora, mimo, że praktycznie nie gościli obcych.
- Tutejsi uchlewają się, aby zapomnieć, że wciąż pada, zbiory są żadne, a towarów nie ma komu sprzedawać.
Kupiec od razu skierował się na plac, na którym stajenni wzięli za wprowadzanie wozów do wozowni. Wodny Grom obejmował kilka dużych budynków - w tym największy będący samą gospodą, ale wokół placu było sporo dobrze utrzymanych, nie tylko drewnianych, ale nawet całkiem kamiennych budowli. Wyróżniały się zwłaszcza świątynia Sigmara oraz ratusz, oba kamienne. Dodatkowo przed ratuszem znajdował się pomnik mężczyzny ze wzniesionym mieczem, jakiegoś lokalnego bohatera.


Nie mieli ochoty nic już podziwiać. Obrazu prawdziwego placu targowego, środkowej części miasta, dopełniała jeszcze tylko stojąca na środku studnia. Niewiele obchodziło to podróżnych, którzy mokrzy i brudni, wkroczyli wreszcie do środka karczmy, z przyjemnością witając jej ciepło i suchość. A ich z kolei z przyjemnością przywitał właściciel, mężczyzna w zaawansowanym średnim wieku i sporym brzuchem, uśmiechając się przyjaźnie i raczej niewymuszenie.
- Witajcie w Stromdorfie! Pokoje? Ciepła kąpiel? Posiłek? A może od razu kufel mojego własnego Ale?
Zaśmiał się, a jakaś służąca, ładna dziewczyna o przyjemnych dla oka kształtach, zabierała od nich mokre płaszcze, wieszając je w specjalnie do tego przygotowanej alkowie. Na dół najwyraźniej schodziło się do wspólnej izby, skąd dochodził gwar rozmów i ciepło kominka, a na górę ku pokojom.
Przybyli tu w konkretnym celu, ale tego wieczoru mogli myśleć tylko o odpoczynku, wysuszeniu się i zjedzeniu czegoś ciepłego. Ilość gospód w Stromdorfie nabierała coraz większego sensu.
 
Sekal jest offline