Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 29-11-2011, 09:27   #4
Tom Atos
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4583 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Imperium było podobne, ale jednak trochę inne niż jego rodzinne strony. Mieli to samo gówno, tyle że parravońskie gówno było odrobinę lepsze. Altdorf był większy od Parravonu bez dwóch zdań. Bardziej ruchliwy i rozgorączkowany. Jednak bez porównania brudniejszy i bardziej smrodliwy. Z drugiej strony dawał większe możliwości znalezienia dobrze płatnej pracy. Choć telepiąc się kolejny dzień na wozie można było dojść do wniosku, iż nie będzie to łatwy pieniądz.
Przez te dni podróży Julian mógł się przyjrzeć swoim kompanom i tak naprawdę wcale mu nie było do śmiechu. Być może sądził ich po pozorach, ale żaden z nich nie wyglądał na wojownika, a już na pewno nie na takiego co potrafi walczyć w oddziale. On zaś był uzbrojony w kij. Dość zabawna okoliczność. Na szczęście nikt ich nie napadł. Pani Jeziora im sprzyjała, a to nie było bez znaczenia.
Może jej łaskawość wynikała z tego, że jedyne na czym im nie zbywało, to uroda. A bogini sprzyjała pięknym.
Jeśli jednak istniał jakiś bóg od mostów, to najwyraźniej ich nie lubił, bo ledwo przeprawili się na drugą stronę, a konstrukcja zwaliła się w odmęty Ober z trzaskiem.
Po tym niemiłym incydencie, już bez przeszkód dotarli do gospody „Wodny Grom”. Gdzie w końcu mogli zrzucić z grzbietów przemoczone ubrania.

Oddając na przechowanie coś co służyło mu za płaszcz Julian zagadnął zbierającą garderobę dziewczynę, o przyjemnych dla oczu mężczyzny krągłościach.
- Powiedź mi ma cherie dawno już u was tak pada?
Dziewczyna wzruszyła ramionami, jak się wzrusza na pytanie o to, co wiedzą nawet najmłodsze i najgłupsze dzieci. Jej głos był miły w brzmieniu, ale brzmiała w nim nutka rozbawienia.
- Od zawsze przecież. Nawet ojciec mojego tatka nie pamiętał, kiedy nie padało.
Julian osłupiał. Patrzył na dziewczynę zabawnie rozdziawiając usta. W końcu zamknął je z mlaśnięciem i zamrugał oczyma. Chyba go nie zrozumiała, albo on jej.
- Jak to od zawsze … to kiedy słońce wychodzi? A zimą ? Macie tu śnieg, n'est-ce pas ?
- Też o tym słyszałem -
potwierdził Johann, który również pozbył się płaszcza. - Ale zawsze uważałem to za poetycką przesadę.
- Cóż za dziwaczne miejsce, ani chybi nie jest to naturalne, ale powiedz mi jeszcze ma cherie, przed ratuszem stoi pomnik jakiegoś rycerza. Kto to taki ? Jakiś wasz bohater ? - spytał zastanawiając się w duchu cóż może oznaczać taka nieustanna ulewa. W każdym razie opłacalność handlu węglem stała się nagle oczywista.
- Och, czasami przecież nie pada. A zimą mamy burze śnieżne. Co w tym dziwnego?
Wyglądała na autentycznie zaskoczoną ich zdziwieniem.
- A pomnik to rzeczywiście bohater. Uratował Stromdorf przed nieumarłymi i goblinami z gór. Olaus Stichelm, poświęcił siebie, aby nas uratować!
Ostatnie słowa powiedziała z pasją i dumą.
- “Czasami nie pada”. Co za ulga. - stwierdził Julian patrząc porozumiewawczo na Johanna. - Podaj no Skarbie jaki dzban piwa i coś do jedzenia, a jak znajdziesz chwilkę to dosiądź się do nas i opowiedz o tym Stilchelmie. Zgoda ?
Poprosił rozsiadając się za stołem i grzejąc dłonie nad stojącą na blacie świeczką.
Johann odprowadził wzrokiem Albrechta, który najwyraźniej przedkładał zacisze własnych czterech ścian od bijącego od kominka ciepła, potem uśmiechnął się do dziewczyny.
- Są takie miejsca, gdzie częściej nie pada, niż pada? - powiedział. - A ten dzban piwa, jeśli można, dobrze by było gdyby było grzane. - Spojrzał na Juliana, oczekując ewentualnego sprzeciwu. - Po tylu dniach podróży lepsze byłoby coś, co rozgrzewa, niż chłodzi.
Julian tylko pokiwał głową ziewając i zasłaniając usta kułakiem. Był już zmęczony, ale nie lubił jeść i pić samemu. Po za tym był ciekaw opowieści o miejscowym bohaterze. Zmycie się żaka zupełnie go nie interesowało.

Szybko pokręciła głową.
- Nie mogę, panie. Muszę zająć się pokojami. Ale na pewno każdy we wspólnej izbie odpowie chętnie na pytania o nasze miasto. Pan Sebastien nie płaci mi za rozmowy.
Uśmiechnęła się jeszcze i odbiegła, aby wypełniać swoje obowiązki. Zresztą, właściciel tej gospody wciąż znajdował się w pobliżu.

Łowczyni nagród przytaknęła słowom karczmarza.
- Pokój, ciepła kąpiel, ale to za jakiś czas. Najpierw chcę się wysuszyć i rozgrzać ciepłym jedzeniem.
Ygritte nie marnowała czasu na rozmowę ze służką. Razem ze swoją podróżną sakwą zeszła po schodach do wspólnej izby, rozglądając się ciekawie. Potem wybrała miejsce jak najbliżej ognia, wyciągając nogi, a gdy podeszła do niej służka, zamówiła cicho coś ciepłego do picia i strawę. Przy okazji próbowała wycisnąć wodę ze swojego długiego i grubego warkocza z czarnych włosów.
- Ygritte, nie przesadzaj z tym ogniem - powiedział Johann. - Zniszczysz sobie buty. Lepiej się nie spieszyć z tym suszeniem.
Prychając cicho zzuła buty i rzuciła je na bok, trochę dalej od ognia.
- Tak lepiej? Nienawidzę być mokra, mam wtedy dreszcze! Mogłam się więcej dowiedzieć o tym miejscu, zanim się zgodziłam. I to za marny grosz!
- Zniszczyłem tak kiedyś całkiem dobre buty -
stwierdził Johann. - Po takiej gorącej kuracji łykały wodę szybciej, niż dziurawa łajba. Jak tylko sprawiłem sobie nowe poszedłem nad rzekę i tamte utopiłem. A deszcz jest dużo lepszy niż kąpiel w rzece.
Julian tymczasem zabrał się z zapałem za konsumpcję przyniesionego właśnie napitku i strawy. Rzucając się na nią z zachłannością wygłodniałej watahy wilków.
- Pfff … marny grosz - Julian wydął lekceważąco usta i przełykając kolejny kęs - Złota moneta to jest dokładnie tyle złota, ile teraz nie mam mademoiselle i dokładnie tyle za ile jestem gotów popracować.
Podkręcił wąsa patrząc na nią z figlarnym błyskiem w oku.
- A na dreszcze znakomitym remedium jest l’amour. L’amour toujours, jak mawiają w moich stronach. - uśmiechnął się szeroko ukazując zdumiewająco równe, białe i upstrzone kawałkami kaszy zęby.
- Ale skoro o tym mowa, to miejscowi zapewne znają jakieś sposoby zabezpieczenia garderoby przed wilgocią. Widzieliście dachy ich domów? Są dość przezorni w tej kwestii. Warto by zaopatrzyć się w miejscowe ubrania. Nie znam się na szukaniu ludzi, ale pewnie nie będzie to takie proste, jak zapytanie naszego szanownego gospodarza o imć Wechslera. Trzeba najpierw poznać miejscowych i ich miasto, n'est-ce pas? - stwierdził popijając piwem.
- Mon cher gospodarzu! - zawołał machając do mężczyzny - A bywaj no tu do nas. Radzi byśmy usłyszeć co nieco o Stromdorfie i Stichelmie, jeśli masz chwilkę.
Johann, dzielący swe zainteresowania między Ygritte, posiłek i grzane piwo, skinął tylko głową w potwierdzającym geście. Trudno było ocenić, czy ta zgoda dotyczyła sposobów na dreszcze i deszcze, czy też rozmowy z gospodarzem.
Gospodarz nie zwrócił na nich uwagi, teraz zajęty zajmowaniem się kupcem i jego synami, którzy wreszcie także dotarli do Wodnego Gromu. Zamiast tego podszedł barman, stawiając przed nimi kufle.
- Nie trzeba się tak wydzierać, dobrzy panowie. Państwo - poprawił się szybko, wysyłając krótkie spojrzenie ubranej po męsku Ygritte. - Ojciec na pewno się zjawi, jeśli znajdzie chwilę czasu. Ja jestem Hans Brenner, witajcie w naszym przybytku i cieszcie ciepłem. Długo zostaniecie?
Nagle do stołu dosiadł się także lekko podpity już staruszek, popijając ale ze swojego kufla. Jego siwe włosy były w nieładzie, ale ubranie choć znoszone, to wciąż całkiem porządne.
- Lukas Kaltenbach. Wy, młodzi, to zawsze mało wiecie. Ale lubię tych, co wiedzy poszukują! Cóżeś to chcecie wiedzieć o Stromdorfie, mieście starszym od samego Młotodzierżcy, hę?
Hans pokręcił głową, tutejszego musiał doskonale znać. Zerknął jeszcze raz na Ygritte, uśmiechając się lekko. Nie był brzydki, nawet całkiem przystojny. Potem wrócił do swoich obowiązków. Gdzieś obok grano w karty, a sama izba była całkiem przytulna. Umieszczony w rogu bar, od którego odchodziła kuchnia, trunki i garłacz na ścianie, duży kominek i pusty, duży fotel przed nim, a także spora ilość stołów i ław, wszystkie na stałe przymocowane do podłogi.
- Johann Baade - przedstawił się Johann, witając staruszka. - Parę dni zapewne, zanim dalej ruszymy. A skoro już tu będziemy, to i wiedzieć warto coś o tym mieście.
Na sekundę spojrzał na Ygritte. Czuł się nieco rozczarowany jej postawą. Nie lubił pyskatych i zarozumiałych bab, ale miał nadzieję, że trafiła im się dziewczyna ciut rozmowniejsza, a nie taki milczek, co to z własnej woli ani be, ani me z siebie nie wydusi. I przestawał powoli liczyć na to, że Ygritte wspomoże ich w poszukiwaniach. A dokładniej - w słownej części tych poszukiwań.
- Może zaczniemy od Stichelma - zaproponował.
- I od historii tutejszych burz. Jestem pewna, że mają swoją historię, skoro miasto najwyraźniej od nich otrzymało swoją nazwę - wtrąciła Ygritte, zabierając się za pochłanianie swojej porcji ciepłej strawy.

Staruszek nabił fajkę, zapalił i zaczął powoli pykać.
- Panienko, przyczyny burz to nawet najstarsze krasnoludy nie znają! Były to zawsze, a nazwa nasza mówi właśnie o nich, to wiemy na pewno. Ale co poza tym, to nie mnie pytać.
Pokazał swoje pożółkłe resztki zębów w uśmiechu.
- Olaus to już nowa historyja. Ledwie pięćset lat temu - zarechotał z udanego dowcipu. - Podczas wojen wampirzych to się działo, gdy pokonany von Cartein cofał się od Altdorfu i do naszego miasta przybył. Zabił bohater wodza wampirów, ha! Żeście się nie spodziewali, że taki kapitan milicji może to zrobić, co? Niestety, sam ranion, umarł niedługo potem. Postawiono mu odpowiedni grób, potem pomnik. I tyle wiadomo.
- Nie da się ukryć, że nań zasłużył. -
Johann skinął głową z uznaniem. - Szkoda dla niego, że zginął, zamiast owoce swej chwały do późnej starości zjadać. Ale tak już jest, niestety, że martwy łatwiej bohaterem zostaje.
- A jak jest z tymi deszczami? -
mówił dalej. - Pada przez cały dzień i noc, czy też są jakieś przerwy w dostawie tej lejącej się z nieba wodzie? Słońce chociaż czasami wygląda zza chmur? Macie jakieś specjalne buty? Ubrania? Że też wam domów nie zmyło do rzeki. Dobrze musicie budować.
- Gdzie tam cały czas. Ledwie dwa na trzy dni tu pada, a i problemów wiele to nie sprawia, nie tutaj w mieście. Bo kto zdrów na umyśle na deszcz by narzekał?
Pyknął z fajki, zupełnie nieprzejęty. Na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech.
- Z dziada pradziada się nauczyliśmy tak to wszystko stawiać, aby nie spłynęło. Te domy to już długie lata stoją! A ubrania, to skóry dobrze wygarbowane i tłuszczem posmarowane. Od deszcze nikt przeca nie umarł, ani się nie rozpuścił.
- Domy. Szkoda, że nie mosty. -
mruknął Julian z przekąsem.
- Dwa dni na trzy... - Uśmiechnął się Johann. - To się słyszy dużo lepiej, niż ‘ciągle pada’. W takim razie - jaka pogoda powinna być jutro? Pora na deszcz, czy tym razem będzie można wyjść na dwór bez lecącej z nieba wody?
- Ciężko przewidzieć, chłopcze, ciężko. Czasami jest czyste niebo a kilka minut później już chmury, wiatrzysko i tłuką gromy dookoła. Nie przewidzisz, oj nie.
- Ech... Dość zatem trudno na spacer się z dziewczyną umówić -
zażartował Johann - na tak zwane łono natury się wybrać.

Julian tymczasem zakończył posiłek i podziękowawszy za towarzystwo podszedł do barmana.
- Powiedź mi mon amie gdzie tu u was można kupić jakieś solidne ubrania?
- O tej porze to nigdzie. –
odpowiedział mężczyzna lekko stropiony – Ale jeśli chcecie coś kupić, to u Starego Halbe. O tego co tam siedzi w kącie.
Barman wskazał ręką łysawego mężczyznę na oko po sześćdziesiątce, dość dobrze ubranego. Siedział on samotnie popijając wino i jedząc udo kurczaka z kaszą.
Julian podziękował skinieniem głowy i podszedł do mężczyzny.
- Pozwolisz monsieur że się przysiądę? Wybacz natarczywość, lecz widzę że pijesz wino, a to wybacz tak rzadki widok w waszych gospodach, że pozwolę się zapytać jakież to wino tak Ci smakuje?
- O … -
Halbe przełknął kęs i uśmiechnął się zakłopotany – To nasze. Białe reiklandzkie. Jesteście Panie Bretończykiem jak wnoszę z wymowy?
- Nie inaczej, a nawet lepiej mon amie. Parravończykiem. O stamtąd. –
wskazał ręką w stronę zachodu.
- Zza Szarych Gór. Po sąsiedzku można powiedzieć. – uśmiechnął się Julian.
- Taak. – pokiwał uprzejmie głową Halbe zachodząc w głowę o co też może chodzić temu dziwacznie mówiącemu cudzoziemcowi.
- Zastanawiasz się zapewne mon amie o co też może chodzić temu dziwacznie mówiącemu cudzoziemcowi, n'est-ce pas? – spytał Julian odgadując jego myśli.
- Spójrz tylko na mnie. – Aust – Agder wskazał dłonią na swe pożałowania godne i liche odzienie.
- Jako człowiek światły sam możesz ocenić w jak opłakanym jestem stanie, lecz … - Julian wyciągnął sakiewkę i potrząsnął ją wydobywając metaliczny odgłos. – Mógłbym temu zaradzić, gdybyś okazał mi nieco zrozumienia.
- Jest już późno … -
stwierdził niepewnie Halbe.
- Nie daj się prosić mon amie, gdzież się podziała tradycyjna reiklandzka gościnność?
Przez chwilę widać było jak łysy handlarz walczy ze sobą. Jednak rzut oka na sakiewkę i przemoczona koszulinę Juliana pomógł mu podjąć decyzję.
- No zgoda chodźcie Panie. Coś dla was znajdziemy. Jeno bądźcie cicho, bo żona już pewnie śpią.
Na te słowa Julian radośnie poklepał mężczyznę po ramienia.
- Merveille. Chodźmy zatem co prędzej, bym ja miał ubranie, a Ty byś mógł się położyć.

Mości Halbe nie mieszkał daleko. W niewielkiej kamieniczce na dole miał skład, a na piętrze mieszkał. Starając się zachowywać cicho, by nie zbudzić srogiej połowicy kupczyny, przy świetle kaganka wybierali co solidniejsze i pasujące części garderoby, a także co nie bez znaczenia dla Juliana, również suche.
Transakcja przebiegła szybko, cicho i sprawnie. Wkrótce zadowolony klient podkręcając zawadiacko wąsa wrócił do gospody w progu rzucając wyzywające i zuchwałe spojrzenie.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przygaszony Julian podszedł do barmana i poprosił o wolny pokój, pojedynczy o ile to możliwe.
 
Tom Atos jest offline