Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 05-12-2011, 17:27   #5
Asenat
 
Asenat's Avatar
 
Antonia wyprostowała się na całą imponującą wysokość swego ciała, podbudowaną niebotycznymi obcasami. Przód munduru zatrzeszczał niebezpiecznie, poddany ciężkiej próbie naprężania przez obfite wdzięki. Syrena wyła niemiłosiernie, ale Antonii, przyzwyczajonej do życia i pracy w wiecznym ferworze i hałasie, nie przeszkadzało to nijak w myśleniu. Przede wszystkim, z jej bogatego doświadczenia w akcjach mocno nielegalnych i średnio bezpiecznych dla uczestników wynikało jasno, iż gdy coś się pieprzy, trzeba wskazać winnego niezwłocznie, by samemu nie zostać oskarżonym o niedoróbki. Padło na Architekta.
- Dzięki, stary - głos Antonii ociekał sarkazmem, ale z tym głębokim tembrem i tak brzmiał jak zaproszenie do łóżka. - Świetna robota!
Nie to, żeby naprawdę uważała, że czegoś nie dopatrzył. Z miejsca mogła podać kilka powodów, dla których działo się obecnie co się działo. Jeden nawet całkiem prawdopodobny, i niestety, nie do wiadomości publicznej...
- Nie przejmuj się, i najlepszym zdarzają się wpadki - tym razem coś w tonie głosu Antonii sugerowało, że przy niej błędy mogą się owszem zdarzyć, ale tylko jeden raz.
- Kobiece skrzydło jest najmniej ważne w tej chwili. Jak stracimy nasze panie przez czyjś brak profesjonalizmu, to tragedii nie będzie. Jak stracimy wszystkich innych, to będzie problem. Czas się też odliczyć. To kto na ochotnika idzie do Malcolma?
-Nie rozumiem... Nie powinno być takich komplikacji. To rzeczywiście trochę utrudnia nam pracę. Ja robię to co do mnie należy. Robię to dobrze, więc proponuje, żeby każdy zajął się tym za co odpowiada.
Antonia niemal parsknęła: oto przemówiła urażona duma. Point Man i Architekt wymieniali uwagi, a ona przestępowała z nogi na nogę i czuła nadciągający ciężki szlag.
-Tamten co wyszedł gadał całkiem do rzeczy, szczególnie jeśli brać pod uwagę, że nie wszystko poszło jak należy
Jest bunt, najprawdopodobniej jest broń. Jest broń, jest niebezpiecznie, a w Południowym mamy dwójkę naszych. Jeśli tam są - Point Man pojechał po bandzie. - Idźcie do zbrojowni i nie żałujcie sobie broni. Szczególnie gazów łzawiących i maski. A jak nie ma, to mam nadzieję, że sobie je wyobrazisz-w ostatnim zdaniu zwrócił się do Williama.
-Czy mam wam je wyjąć z którejś z szafek?
Profesor przyglądał mu się uważnie. Wszystko było jasne.
-Nie będzie takiej potrzeby. Damy sobie radę prawda?
Zwrócił się do Chemiczki z zamiarem wywołania wrażenia, że jest tym który absolutnie panuje nad sytuacją.
Na twarzy Antonii zagościł nieodgadniony i groźny uśmiech.
- Nie wiem jak wy. Ja na pewno.
Propozycję słuchania projekcji kogoś, w czyim śnie coś się zaczęło sypać zmilczała. W skrytości swojego nieszczególnie wspaniałomyślnego serca miała nadzieję, że to będzie błąd PointMana. Pierwszy i zarazem ostatni. Otworzyłoby to nowe, ciekawe perspektywy. Tymczasem mężczyźni wymieniali nudne blabla o zabawkach do robienia krzywdy bliźnim. Trzydziestoletni chłopcy, którym ktoś powiedział, że teraz mogą mieć rpga na żywo...
-A ty w tym czasie gdzie będziesz?
-Ja zajmę się dziedzińcem...
Bla bla bla. Do Antonii docierało co dziesiąte słowo. Ruszyć się, działać... Plany we śnie mozna sobie w dupę wsadzić. Tu najważniejsza i tak jest improwizacja.
-Co z Ekstraktorem?
-Pewnie siedzi wygodnie na swoim fotelu i oczekuje nas. Spotkamy się w pokoju Naczelnika, więc on nie bardzo ma się jak ruszyć.
Wreszcie dogadali wszystko, co chcieli.
Smith pokiwał głową, wyciągając swoją zza pasa.
-Jeszcze jakieś pytania?-popatrzył na dwójkę.
Profesor podniósł się z ławki zapinając mundur i nakładając czapkę.
-Spokojnie jakby co będziemy w kontakcie. Idziemy proszę pani?
Otworzył drzwi szatni i zapraszającym gestem dłoni zachęcił Chemiczkę do wyjścia.
-Damy mają pierwszeństwo.
Może i mają bunt, ale to nie znaczy, że trzeba zapomnieć o dobrych manierach.
- Damą to była twoja mamusia, Brytolu. Może. Nie obrażaj mnie, mam tkliwą naturę - parsknęła.
Will nie wyglądał jakby przejął się zbytnio wyzywającym tonem kobiety.
-Charakterek co? Może być ciekawie.

Antonia dumnie przedefiladowała przed mężczyznami, wychodząc pierwsza przez otwarte szarmancko drzwi. Bez opieszałości, ale z taką miną, że widać było jak na dłoni, że zdanie na temat poczynań Point-Mana i jego osoby ma mocno niepochlebne.

***
-Zaraz czy to nie głos naszego Fałszerza? Cholera. - Architekt sprawiał wrażenie, jakby trafił go piorun.
Postępująca obok niego krokiem pantery ruszającej na polowanie Antonia uśmiechnęła się pod nosem.
- Ty chyba naprawdę nie widziałeś, jak coś się dogłębnie sypie i pieprzy, prawda? - zagadnęła kojącym, ciepłym głosem. - Nie przejmuj się, to jest pestka - złapała Architekta za rękę i zatrzymała. - Zaraz tam pójdziemy. A teraz popatrz na mnie. Na twarz. Widzisz coś niezwykłego? Przypatrz się dokładnie, to wbrew pozorom jest ważne. Coś dziwnego? Przebarwienia, nierówności skóry? Cokolwiek?
Anglik zmarszczył lekko brew i przyjrzał jej się uważnie. Zaraz jego twarz rozjaśnił fasadowy uśmiech. Jasne, że coś się sypie, ale w tej chwili nie mógł nic na to poradzić.
-Hmm? Urocza jak zawsze. Nie widzę nic szczególnego. Nie chciałbym przerywać tej pasjonującej wymiany zdań, ale mamy robotę do wykonania. Odłóżmy ją chociaż na później.
Napięta twarz Antonii rozluźniła się w jednej chwili, świdrujące, hipnotyczne spojrzenie ciemnych oczu zmiękło i Brazylijka wycisnęła na policzku Architekta solennego i głośnego całusa.
- To cudownie! Nie masz pojęcia, jak się cieszę!
Bo i też cieszyła się w istocie, może tylko słabiej trochę, niż wskazywałby na to jej ekstatycznie radosny wybuch. Gdyby jakimś niesłychanym zbiegiem okoliczności Architekt miał dość wrażliwości by zobaczyć jej drugie oblicze, nie tylko ten sen posypałby w drobiazgi, ale i cała akcja. Oczywiście, nie mogła wykluczyć, że to i tak się dzieje. Anglik może konwersuje sobie jak na herbatce u królowej, ale jego podświadomość widzi i wie, kuli się ze strachu i tak ustawia projekcje, by pozbyły się intruza.
-Tyle jeśli chodzi o to, że się starzeję Susan.
Powiedział bardziej do siebie niż do towarzyszki nieznacznie uśmiechając się pod nosem.
-Nie wiem czym sobie zasłużyłem... Zdecydowanie lepiej dokończmy tę rozmowę później.
- Ej, gdzie się podziała słynna angielska flegma? - zażartowała Antonia i uścisnęła jego rękę. Dłoń miała dużą jak mężczyzna i bardzo ciepłą. - Idziemy. Będzie dobrze.
Za bardzo nie miała pomysłu, jak przemówić do podświadomości Anglika. “Zaufaj mi, nie ugryzę cię przecież” przyniosłoby skutek wręcz odwrotny. Wtedy dopiero, zdaniem Brazylijki, zacząłby się cyrk. Gdyby strach stał się świadomy.
- Idziemy, szybciutko.

Skierowali swoje przyspieszone kroki prosto do zbrojowni.

***

- Ekhm, nie żebym się wtryniała do waszych perfekcyjnych po męsku planów... - oznajmiła w biegu - ale po kiego licha my do tej zbrojowni idziemy? Tracimy czas. Jestem z Rio, pierwszego obrzyna dostałam na komunię. Wymyślmy sobie po gnacie zamiast ganiać jak suki z cieczką.
Antonia zatrzymała się i przestąpiła z nogi na nogę i podrapała się po pośladku. - Te majtki są z koronek. Nienawidzę koronek, wrzynają mi się w tyłek - poskarżyła się.
-A kto powiedział, że będziemy potrzebowali obrzyna? Zaufaj mi. Mój sen, zrobimy po mojemu. W czasie akcji chciałbym tworzyć najmniej jak się da. Poza tym już zaraz jesteśmy.
Will przerwał wyjaśnianie i po namyśle dodał jeszcze:
-Masz najbardziej wygodne gacie jakie mogłem sobie wyobrazić. Daj mi igłę z nitką to po powrocie stworzę Ci naprawdę szałową koronkę. No co? To wbrew pozorom bardzo męskie zajęcie.
- Ależ... ufam ci całkowicie - zełgała Antonia z wielkim przekonaniem. - Ale koronkową bieliznę robi się na szydełku, nie igłą.
-Spryciula.

***

-Masz swoje obrzyn - Architekt powiódł po zbrojowni gestem kelnera zachwalającego menu. - Tylko uważaj gdzie celujesz.
- To nie obrzyny. Ale się nadadzą. Dobra robota - Antonia zatarła dłonie, ozdobione sporymi złotymi tipsami... Co ciekawe, w szatni jeszcze ich nie miała, musiały pojawić się niedawno. I z pewnością nie był to manicure, w jakim mogły paradować w pracy strażniczki służby więziennej.
-Odwrócisz uwagę Ralpha moja droga?
Odruchowo ściszył głos jeszcze bardziej i zbliżył się do Antoni, żeby mieć pewność iż nikt ich nie usłyszy.
-Muszę stworzyć dla nas coś przydatnego a nie chcę, żeby ktoś przypadkiem tu zajrzał. Poza tym jak wyniesiemy to stąd to nikt nie powinien się dziwić.
Oczy Brazylijki zamigotały radośnie, choć gdzieś na dnie spojrzenia przyczaiło się coś niepokojącego i chyba złego. Antonia uwielbiała odwracanie uwagi i konspiracyjne szepty z mężczyznami. Czasami nawet bardziej niż leżenie na plaży pod rozpalonym słońcem i leniwe smarowanie ciała oliwką. Rozpięła górne guziki kurtki munduru i nachyliła się do Anglika.
- Takim zakompleksionym grubaskom odgryzam głowy na jeden raz.
- W takim razie chyba dobrze, że nie mam problemów z nadwagą prawda?

Kiedy tylko Brytol ruszył w głąb zbrojowni, Antonia przytachała strzelbę i glocka wraz z pudełkami z amunicją i złożyła je na ladzie przed strażnikiem wydającym broń.
- Co za dzień - mruknęła i otarła czoło, jednocześnie prostując się i wypinając do przodu piersi. - Co tam u żony, Ralph? - zagadnęła ciekawie.
- Rozwiedliśmy się - burknął strażnik, a Antonia znalazła się w swoim żywiole.
- Mój Boże, Ralph! Tak mi przykro! - przechyliła się przez ladę i ujęła dłoń strażnika, gładząc ją współczująco. Przy okazji zauważyła złote tipsy na swoich palcach, ale nie przejęła się tym zbytnio.
- Daj spokój...- burknął - Przecież to suka była.
Mimo tych słów, jego oczy wyraźnie nie nadążały za tym co mówił. Nie dość, że zadawały kłam słowom, to jeszcze niczym na sznurkach zawisły w pewnym miejscu na ciele Antonii...
- Nie, Ralph, nie możesz tak mówić - oznajmiła stanowczo i nachyliła się lekko nad ladą. - Mówię serio. Wracasz do obiegu, więc musisz znowu zachowywać się jak łowca. Myśliwy, rozumiesz. Polowanie na baby ma kilka zasad, a najważniejszą jest ta: nigdy nie mów im źle o byłych. Możesz sobie tak myśleć, możesz to mówić do kumpli przy browarze, ale nigdy innym kobietom. Boże, Ralph... ale będziesz miał rwanie! Doświadczony, z dobrą pracą... dwudziestki na to lecą. Tylko nie wypłakuj żalów po żonie. Oczywiście, ważne jest pierwsze wrażenie. Pierwszy pocałunek, rozumiesz. Ma być taki, żeby się nogi ugięły. Nauczyła mnie tego taka jedna fajna dziwka.
- Myślałem, że kurwy się nie całują - Ralph nabrał pewnych podejrzeń.
- Oglądałeś Pretty Women? Jakie to romantyczne! Nie bądź romantyczny, chłopie. To pedalskie. Facet ma być zdecydowany, przychodzisz jak po swoje i to sobie bierzesz. Nie na chama, ale po męsku. Najpierw musisz oblizać usta, o tak - Antonia przeciągnęła końcem języka po wardze. - Potem, dotykasz twarzy, patrzysz w oczy. Potem dolnej wargi, końcem palca. Nie wpychaj języka, zanim sama nie otworzy ust - Antonia ciągnęła wykład entuzjastycznie i nagle urwała. - Wiesz co, jak się tłumaczy, to potem trudno to odtworzyć. Pokażę ci! - Antonia wskoczyła na ladę.
- Eeee - zdążył tylko jęknąć Ralph.
- Nie musisz dziękować. Zaprosisz mnie dzisiaj wieczorem na piwo i będziemy kwita - Brazylijka uspokoiła wszystkie obawy po czym przełożyła nogi na stronę Ralpha i przeszła od wykładu do ćwiczeń praktycznych.
-Antonia idziemy - w środku programu rozległ się głos Architekta.
Powiedział to do pleców Brazylijki. Antonia bowiem siedziała na ladzie, obejmując ciasno nogami Ralpha i całowała go z werwą i wyraźną przyjemnością.
- Jasne, Will, jasne - odparła po chwili, odklejając się od strażnika. Zeskoczyła z lady i zaczęła pakować broń.
- Jesteśmy umówieni, Ralph - rzuciła jeszcze przez ramię na odchodnem.
Rzadko kiedy widywało się wyraz tak bezbrzeżnego szczęścia na twarzy faceta. Choć dla Antonii, widok taki z pewnością nie był pierwszyzną.
- Udało się? - zapytała szeptem już na korytarzu, kiedy szybkim krokiem szli w stronę gabinetu naczelnika.
-Jak najbardziej młoda damo.
Will podniósł na moment torbę tak, żeby Brazylijka zwróciła na nią uwagę.
-Mamy wszystko co trzeba.
Spod rozpiętej kurtki munduru Antonii wystawała obcisła bluzka w lamparcie cętki, zdecydowanie nieprzepisowa. A kiedy obróciła się w stronę Architekta, na jej szyi oprócz srebrnego łańcuszka z medalikiem wisiał także naszyjnik z muszli i rzeźbionych kości. Kości niepokojąco i upiornie przypominających te z ludzkich palców.
- Nie przejmuj się tym - machnęła lekceważąco złotymi tipsami. - To nie ty. To ja. Mnie nie można trwale zmienić, wsadzić w inne buty, każde przebranie prędzej czy później spada. Forgerzy zmieniają się w kogo chcą, a ja zawsze w samą siebie.
-Tak, ja zdecydowanie zbyt mało znam się na modzie by stworzyć coś...
Mężczyzna szukał przez moment odpowiedniego słowa, ale po chwili jednak spasował.
-Coś.
Wzruszył tylko ramionami w rozbrajającym geście szczerości. I pobiegli na złamanie karku w stronę gabinetu naczelnika.
 
Asenat jest offline