Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-12-2011, 18:16   #4
kanna
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 19201 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Basia szła powoli, przyciskając do boku plecak, zawieszony na jednym pasku pod ramieniem. Lustrowała spojrzeniem osoby siedzące w przedziałach. Była zmęczona wizytą u ciotki, czuła też dziwny niepokój i nie była w nastroju do kontaktów towarzyskich, którymi zwykle umilała sobie samotne powroty pociągiem.

Samotne, bo od kiedy na Węgłowej zamieszkał konkubent matki ciotka powiedziała, że więcej „tej nierządnicy szargającej honor zmarłego męża, a jej brata” oglądać nie będzie. Dziewczyna jednak lubiła ciotkę Halinkę - a ta dodatkowo zawsze wspierała finansowo bratanicę – więc jeździła teraz sama.

Ominęła kilka przedziałów gdzie siedziały matki z dziećmi – była pewna, ze maluchy przykleją się do niej i nie dadzą wytchnienia przez cała drogę. W kolejnym chłopak, cały w dżinsie, szeptał coś do ucha wytapirowanej lali, a ta chichotała kretyńsko. Ach, ci się znowu będą obściskiwać cała drogę… Samotni mężczyźni też nie wchodzili w grę, Basia pamiętała zbyt dobrze ostatnie odcinki programu 997 - te o przestępczości w pociągach, o okradaniu uśpionych uprzednio pasażerów środkami rozpuszczanymi w napojach, albo nawet w dymie papierosowym. Basia nie do końca wierzyła w ten dym (w końcu palący też się nim zaciągał, nie?) ale ciotka Halinka nie miała wątpliwości „Jeszcze młoda i głupia jesteś – mawiała – a skąd wiesz, że taki złodziej nie ma specjalnego filtra, albo nie jest przyzwyczajony do tej substancji?”
Ciotka Halinka za punkt honoru stawiała sobie uchronienie bratanicy przed niebezpieczeństwami czyhającymi na młode, naiwne panienki (a za taką postrzegała Baśkę). Wspólne ogadanie nagranych uprzednio na video – prezent od braci Basi – odcinków Magazynu Kryminalnego 997 stanowiło (obok wspominek o zmarłym dwa lata temu Zenku, ojcu Basi) żelazny punkt każdej wizyty.

Basia owinęła się szczelniej swoim granatowym płaszczem, patrząc z niepokojem na przemoczone rękawy – materiał farbował pod wpływem wilgoci i dziewczyna obawiała się, ze bluzka pod spodem ma już intensywny, fioletowy kolor.

W końcu! Jakieś dziewczyny, jedna z walkmanem, druga z kolorowym Harlekinem – miała nadzieje, że nie będą jej zawracać głowy.
-Dzień dobry – powiedziała i przecisnęła się do miejsca przy oknie, dziwnym trafem wolnego. Nie ściągając płaszcza – wstydziła się plam na rękawach bluzki – wcisnęła się w kąt, upychając plecak na siedzeniu miedzy swoim udem a zimną ścianą wagonu.

Pociąg ruszył, niepokój narastał, choć nie potrafiła znaleźć jego źródła. Wkrótce monotonne kołysanie, połączone ze stukotem kół o szyny uśpiło dziewczynę.

***

Obudziła się przerażona. Zaschło jej w ustach. Przez kilka sekund wpatrywała się w ciemną, mokrą szybę zastanawiając się, gdzie jest. Pamięć wróciła po chwili, Basia poszukała wzrokiem towarzyszek z przedziału ale zamiast nich siedział gładko uczesany mężczyzna.

Strach podszedł dziewczynie do gardła.

„Nie panikuj, kretynko” zmitygowała samą siebie, zaciskając spoconą dłoń na pasku plecaka. Po chwili udało się jej uspokoić. W miarę, znaczy. W sensie – mogła na powrót oddychać.
Mężczyzna chyba zauważył jej strach i uśmiechnął się – jak się Basi wydawało – kpiąco.
Po chwili jednak zagadał do niej sztucznie miłym głosem. Dziewczyna coś bąkała, uspokoiła się jednak dopiero wtedy, kiedy do przedziału dosiadło się małżeństwo w wieku jej rodziców…

***

Basia szła szybko, od tramwaju na Węgłową było już niedaleko.
- To nie mógł być ten sam mężczyzna - przekonała sama siebie – Nie zdążył by wysiąść. Ktoś podobny i tyle… Nie nakręcaj się. Za dużo tego 997.

Tania parasolka przegrała starcie z porywami wiatru i dziewczyna porzuciła ja w jednym z koszy na śmiecie. Kuląc się w zacinającycm deszczu minęła swój żłobek na Kruczej i nadrobiła trochę drogi, żeby oświetloną ulicą ominąć miejski park. Po zmroku nie był tak przyjaznym miejscem jak za dnia.
Weszła do ciemnej bramy i po chwili stanęła przed drzwiami mieszkania. Zadzwoniła. Miała klucze, ale wolała nie zaskakiwać matki i tego jej…
Po chwili zamek zazgrzytał.

- O, już jesteś – matka, dość zadbana , tleniona blondynka „chwilkę po 40” jak się zawsze przedstawiała, otworzyła drzwi, wpuszczając dziewczynę do wąskiego przedpokoju – cała przemokłaś… zjesz coś? Co u ciotki?
- Dobrze. Nie, jadłam już...
– Basia rzuciła okiem na przymknięte drzwi do największego pokoju – zwalista sylwetka mężczyzny podświetlona blaskiem padającym z telewizora , była wyraźnie widoczna przez matową szybę w pokojowych drzwiach – Pójdę spać, zmarzłam… dobranoc mamo.

Cmoknęła kobietę w policzek i – nie rozbierając się – weszła do swojego pokoju, zamykając szczelnie drzwi.

Matka wróciła do pokoju z telewizorem.
- Już wróciła? – zapytał mężczyzna, nawet nie próbując kryć niechęci w głosie.
- A gdzie miała iść? – obruszyła się kobieta – Przecież to jej dom, no co ty Zbyszek…

***

TY MOŻESZ BYĆ NASTĘPNA, BASIU. STRZEŻ SIĘ CIENI POŚRÓD CIENI. I PATRZ NA ŚWIAT SZEROKO ZAMKNIĘTYMI OCZAMI, BASIU. BO TY MOŻESZ BYĆ NASTĘPNA.

Basia wpatrywała się w kawałek papieru. Zwykła kartka, wydarta nierówno z zeszytu w kratkę. Litery rozmazały się, bo dłoń zaczęła jej drżeć. Następna? Następna jak tata? To bez sensu.. chciała wyrzucić kartkę, zmiąć ją, ale nie mogła. Złożyła ją wiec skrupulatnie i wsunęła do tomiku wierszy Gałczyńskiego. Sam tekst.. nie był szczególny. Jakaś durna groźba. Bez znaczenia. Niepokojące było co innego… użyte tam było jej imię. Dwa razy. Trudno uznać tą sytuację za przypadek…
Przygryzła palec, wpatrując się w lekko wilgotny – i wyraźnie fioletowy - skrawek papieru. Była pewna, że kiedy wsiadała do pociągu, to w wewnętrznej kieszeni jej granatowego płaszcza nie było nic, poza biletem kolejowym.
- Może to jakiś żart ciotki? – albo taka jej próba jej ostrzeżenia, ochronienia mnie? – próbowała przekonywać samą siebie, rozpaczliwie szukając wyjaśnienia dla tej sytuacji.

Ale umysł uparcie podsuwał jednio wyjaśnienie
- To musiał być ten facet, z pociągu. Nachylił się nad Toba, jak spałaś, rozpiął ci płaszcz i zostawił ta kartkę.

Basia zadrżała. Ściągnęła przemoczone rajstopy, spodniczkę, zafarbowana bluzkę, pozwoliła im opaść na ziemię i wsunęła się pod kołdrę.

- Powinnam wstać i zaprać te plamy. Jutro nie zejdą. Trzeba je zapierać, jak sa świeże. Zmarnuję sobie najlepsza białą bluzkę – tłukło się jej w głowie, jak refren jakiejś piosenki. W kółko i w kółko. Ciągle od nowa. Aż zasnęła.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline