Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 18-03-2012, 21:37   #1
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 19234 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[18+ Zew Cthulhu] WYSPA ZAPOMNIANYCH DEMONÓW

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=xAlAu6fGLfQ&feature=related[/MEDIA]

PROLOG

Pośród szalejącego sztormu, w morzu ciemności i kaskadach lejącego się z nieba deszczu, łatwo było przeoczyć to małe światełko. Ognik światła pośród czarnej dżungli.

Światło zwabiło małe, kudłate stworzenie, podobne do małpy. Stworek przycupnął pod dającym schronienie przed ulewą okiennym okapem i ciekawie zerknął w stronę światła. Zajrzał przez małe okienko do wnętrza niewielkiego bungalowu na drzewie.

Mógł ujrzeć niemłodego już Japończyka, w okrągłych okularach i siwych włosach. Gdyby futrzak znał się na takich rzeczach, rozpoznałby, że człowiek ten nosi mundur oficera cesarskiej armii.

Mężczyzna pisał coś powolnymi, starannymi ruchami, na płótnie leżącym przed nim na bambusowej macie. Twarz Japończyka pozostała bez wyrazu, niczym kamienna maska. Tylko ciemne oczy wyrażały niepokój i wewnętrzną walkę.

Starszy Azjata skończył pisać. Zwinął brulion w gruby rulonik, zawiązał wokół niego czerwoną wstążkę, a potem odłożył na bok splecionego z pędów bambusa, niskiego stolika. Następnie Japoński oficer wyjął nóż tanto, przetarł lśniące ostrze jedwabną szmatką, a potem bez wahania, gwałtownym ruchem wbił sobie miecz w brzuch. Stęknął, plując krwią, ale kontynuował ruchy ostrzem, rozplatając sobie ciało i zalewając kolana krwią.

Niestety, nie było nikogo, kto skróciłby męki seppuku poprzez ścięcie oficerowi głowy. Ale samobójca zdawał się być obojętny na cierpienie oraz na krew wylewającą się szerokim potokiem z rany. W końcu ubabrane krwią dłonie nie utrzymały rękojeści broni w palcach i japońskim oficer zakończył życie w pozycji klęczącej na podłodze.

Spłoszony zapachem świeżej krwi futrzany podglądacz uciekł, przez co nie mógł już zobaczyć tego, co wydarzyło się w małym domku na drzewie nieco później. Ale gdyby został, ujrzałby rzeczy straszne i nieprawdopodobne, o ile tylko potrafiłby je ogarnąć swoim małym, zwierzęcym rozumkiem.



GRUPA „JEŃCY”



Co czuje człowiek uwięziony we własnych koszmarach, głodny, traktowany przez oprawców jak bydło wiezione na rzeź? Co czuje człowiek męczony morską chorobą, gdy stalowe więzienie, na którym zamknęli go wrogowie, unosi się na sztormowych falach? Co czuje, gdy słyszy metaliczny jęk kadłuba wystawianego na szaleńcze siły żywiołów?
Czy jest mu obojętne, co się z nim stanie? Czy utonięcie w oceanicznych odmętach nie wydaje mu się lepszym rozwiązaniem, niż nieznany los gdzieś u celu.

Wszyscy spośród osiemdziesięciu dziewięciu przebywających w dwóch ładowniach ludzi słyszeli plotki. Płynęli na śmierć. Poprzedzoną bolesnymi, straszliwymi eksperymentami. Japońscy naukowcy i lekarze, gdzieś na zapomnianej przez Boga wyspie na Pacyfiku, prowadzili bolesne i mordercze badania na jeńcach wojennych. Wyspa śmierci. Nikt z niej nie wracał. Każdy, kogo wepchnięto pod groźbą bagnetów na pokład tego statku, przepadał bez wieści.

Może więc śmierć przez utonięcie nie wydawała się aż tak zła? Może dzięki niej człowiek oszczędzał sobie cierpień i tortur? Może ....

Czy jednak wola życia nie jest większa? Dla stłoczonych w ładowniach mężczyzn i kobiet było to bez różnicy. Gdyby spojrzeli na siebie z odpowiedniej perspektywy szybko zauważyliby niepokojącą prawidłowość. Wszyscy więźniowie byli w sile wieku i w dość znośnej kondycji fizycznej, chociaż choroba morska i tropikalne przypadłości zbierały już swoje żniwo.

Uderzenie poczuli wszyscy pod pokładem. Potężne, wypełniające statek dźwiękiem rozrywanego kadłuba, a potem odgłosami wlewającej się pod pokład wody.

Strach przed nieznanym utonął w wybuchu paniki. Więźniowie wrzeszczeli i z przerażeniem walili gołymi pięściami w zamknięte na głucho drzwi, w stalowe ściany ładowni. Teraz, w chwili, gdy okręt po zderzeniu z ukrytą pod powierzchnią skałą, zaczął tonąć, wszyscy nagle zapragnęli żyć.




GRUPA „KOMANDOSI”


Kolejna gwałtowna turbulencja i nawet twardzi, amerykańscy żołnierze pobledli.
Samolot, którym lecieli, był niczym fruwająca trumna ze stali. Trumna ze skrzydłami i potężnymi śmigłami pozwalającymi jej przemieszczać się w przestrzeni. Zalewana deszczem trumna.

Żołnierze modlili się, lub bladzi obserwowali twarze swoich towarzyszy broni. Niektórzy nerwowo żuli gumę, inni po raz nie wiadomo, który sprawdzali wyposażenie.

W wejściu do pomieszczenia pilotów stanął nadzorujący akcję oficer lotnictwa.
Przekrzykując łoskot burzy i silniki pokazał im palcem zegarek, a potem trzy palce.

Trzy minuty i skaczą! Skaczą!? W takich warunkach!? Wydanie takiego rozkazu równało się zbiorowemu morderstwu na żołnierzach! Nie mieli jednak wyjścia. Rozpoczęło się gorączkowe przygotowanie do skoku.

Uderzenie w samolot zaskoczyło ich kompletnie. Wyglądało na to, że namierzyła ich obrona wroga, bo w jednej chwili tył samolotu dosłownie zniknął. Odpadł oderwany od reszty pojazdu w jazgocie rozdzieranego na strzępy metalu.

Do środka maszyny wlała się woda i pęd powietrza. Jeden z żołnierzy z wrzaskiem, razem z ogonem maszyny, zniknął w ciemnościach.

Samolot stracił sterowność i w mgnieniu oka zaczął spadać w dół. Wyglądało na to, że zadanie grupy komandosów zakończy się szybciej, niż się zaczęło.




GRUPA „JEŃCY”


Tak naprawdę niewielu pamiętało, co wydarzyło się na okręcie.

Mogli pamiętać krzyki ....

Tak....

Było wiele krzyków.....

Mogli pamiętać jakiegoś japońskiego strażnika, który z niewiadomych przyczyn, otworzył grodzie do ich ładowni i zaczął strzelać do najbliższych ludzi wrzeszcząc przeraźliwie, cały we krwi....

Tak, to mogli pamiętać .... o ile chcieli.....

Mogli pamiętać jakiegoś japońskiego więźnia, który rzucił się na oszalałego żołnierza i innych więźniów, którzy ruszyli za nim i mogli pamiętać, jak japoński żołnierz padł pod naporem ciał, a spod pięści i zębów ludzi spłynęła świeża krew mieszając się z wlewającą pod pokład wodą....

Mogli zapamiętać panikę, gdy przerażeni więźniowie nagle odkryli w sobie wolę życia i ruszyli pędem, nie patrząc na nikogo i nic, aby tylko wydostać się ze znienawidzonego więzienia.

Niektórym się udało, ale kiedy wyszli na pokład mogli szybko pożałować swojej decyzji.

Statek tonął w szybkim tempie.... rozdarty kadłub wpuszczał do stalowego wnętrza tony oceanicznej wody. Słone fale przelewały się po pokładzie niosąc z sobą stalowe beczki i inne niebezpieczne rzeczy....

Mogli pamiętać, że część z nich fale zmyły za burtę, że część próbowała uciec przed żarłocznym żywiołem skacząc za burtę. nieliczni myśleli racjonalnie – by wziąć coś ze sobą, pomóc komuś, połączyć swoje siły. Atawistyczny pęd życia wziął gorę.

Potem jedyne, co pamiętali to niekończący się sztorm i fale, które ciągnęły ich na dno, w odmęty.

O życiu i śmierci w takiej chwili decydował przypadek.

Oni mieli szczęście.

Lub nie, patrząc na to z perspektywy przyszłych wydarzeń.

Teraz jednak niewielką grupkę żywych falę wyrzuciły na brzeg, gdzie plując wodą, drżąc z wycieńczenia mogli tylko domyślać się, co spotkało innych ludzi....

Gdyby mieli zegarki, wiedzieliby, że zbliża się czwarta nad ranem....

Teraz jednak nie myśleli o niczym innym, jak o swoim szczęściu. Żyli. Ale byli wycieńczeni, zziębnięci, na brzegu jakiejś nieznanej wyspy. Mogli jedynie modlić się, aby okazała się ona być dla nich szczęśliwym trafem.




GRUPA „KOMANDOSI”


To było szaleństwo, to co w tą krotką chwilę działo się w zniszczonym samolocie.

Ludzie wrzeszczeli. Ktoś, jakiś dzielny żołnierz, poleciał w ciemność nocy, prosto w objęcia śmierci.

Skok w takiej sytuacji nie wchodził w rachubę. Pozostanie w maszynie również nie. Obie alternatywy musiały skończyć się jednakowo.

Samolot uderzył ciężkim brzuchem w wierzchołki palm. Miotani w nim ludzie poczuli to uderzenie. Pilot robił, co mógł, ale mógł zrobić naprawdę niewiele. Maszyna waliła więc brzuchem po drzewach, a na ich oczach ludzie wypadali na zewnątrz, odbijali się od stalowych ścian, uderzali głowami o elementy transportowca. Pękały czaszki, łamały się kości, śmierć zbierała swoje żniwo.

W końcu samolot spotkał swój koniec, ale czy to dzięki umiejętności pilota, czy też dzięki szczęściu wyhamował na czymś, możliwe, że zahaczył drugim skrzydłem o jakieś drzewo.

Chwiał się. Amerykańscy paramarines szybko doszli do siebie.

- Ruszać się! Jazda! - wrzeszczał kapitan Sanders, a ludzie reagowali instynktownie.

Łapali, co było pod ręką i przez dziurę w miejscu gdzie był kiedyś ogon samolotu, wyskakiwali w zalewaną deszczem ciemność.

W ostatniej dosłownie chwili, bo w sekundę po tym, jak ostatni komandos opuścił wrak, samolot, wraz z pilotami, poleciał dziobem w dół, z przeraźliwym zgrzytem rozdzieranego metalu, zjechał po jakiś spadzistym terenie, w jakąś przepaść. Powietrze wypełnił charakterystyczny zapach paliwa. Tylko kwestią chwili było, kiedy jakiś kawałek metalu wskrzesi iskrę trąc o drugi kawałek i wrak maszyny, wraz z pechowymi pilotami i resztą zapasów wybuchnie.

Na razie jednak ocaleni żołnierze mieli inne zmartwienia na głowie. To, że żyli, nie oznaczało, że są bezpieczni. W końcu tył samolotu nie odpadł sam. Japońce musiały być blisko.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 27-03-2012 o 22:57. Powód: DODANIE SPOREJ ILOŚCI POSTA
Armiel jest offline