Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 21-03-2012, 21:13   #1
Mizuki
 
Mizuki's Avatar
 
[Storytelling +18] Czarne płaszcze : Pożoga.

"Dym ich katuszy na weki wieków się wznosi i nie mają odpoczynku we dnie i w nocy czciciele Bestii i jej obrazu i ten, kto bierze znamię jej imienia"
Apokalipsa św.Jana




Addsburg było niczym niewyróżniającym się miastem na wschodzie Cesarstwa. Mówiono, że jego zachodnie mury witają w pokłonie cywilizację, zaś wschodnie surowo spoglądają w kierunku dziczy - ziem, o których ciemne chłopstwo rozpowiadało legendy. Miały je zamieszkiwać dzikie ludy, niedoznające bojaźni Bożej i dalej błądzące wśród ciemności w grzechu.
Mimo tak nieciekawego, nazywając delikatnie, sąsiedztwa mieszkańcy prowadzili względnie normalny, spokojny żywot. Gnidy cięły tutaj jak we wszystkich grodach Cesarstwa, chleb smakował tak samo - jedynie kurwy były tańsze. Co wielu podróżników nakłaniało by pozostać za murami jedną, niekiedy dwie noce dłużej, poświęcając je na rubaszne zabawy z twarzą wciśniętą między dyndające, pocieszne cyce Helgi czy innej "damulki".
Tych jednak nie było tak wielu. Niewielu ciągnęło na te porośnięte starymi puszczami i zalane bagnami ziemie, bez wyraźnego powodu. Miasto nie położone było położone na żadnym z szlaków handlowych. Nie mogło pochwalić się posiadaniem kopalni niespotykanych kruszców , czy nawet tych pospolitych. Tak do wielkich rzek jak i gór - zbyt daleko. Wydawać się by mogło, iż Pan dając upust swym kaprysom postanowił nanieść na mapę punkt nazywany Addsburgiem. Dziurą na samym środku dziury, z niewiadomych przyczyn tętniącą życiem i posiadającą własną katedrę. Jak wielu jednak żyje tych, którzy odważyli by się swego Boga nazywać "kapryśnym". Och, niezbadane są wyroki Boskie.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Nieliczni kupcy zwijali swe stragany. Mieszkańcy maszerowali przez obłocone uliczki, wciskając głowy między ramiona by zaznać choć odrobiny ciepła mimo tnącego twarz, zimnego wietrzyska. Wtem rozległ się dźwięk dzwonów z dzwonnicy katedry Ognia Chrystusowego. - wszyscy, zgodnie udali się w na wieczorną mszę.
Wnętrze katedry uderzało raczej niespodziewaną [ sądząc po jej okazałych gabarytach ] skromnością. Ławy pozbijane były z prostych, nieheblowanych desek. Ściany gołe, próżno było doszukwiac się zdobień, złota czy wymyślnych fresków rodem ze stolicy apostolskiej.
- Oremus...- pisnął niczym ściśnięty za przyrodzenie gruby, spocony ksiądz odziany w odpowiedni, liturgiczny strój cały pokryty tłustymi plamami. Natychmiast odwrócił się plecami do wiernych. Poczerwieniała, spocona łysina na czubku jego głowy odbijała światła setek świec rozpalonych po bokach ołtarza. Kapłan rozłożył dłonie i rozpoczął modlitwę ku wielkiemu, obramowanemu w złoto obrazowi Jezusa Chrystusa.
- Pater noster qui es in caelis... - wyciągnął niczym operowa śpiewaczka grubas, co wywołało skryty uśmiech u kilku chłopców siedzących gdzieś z przodu. Uśmiech szybko ustąpił przerażeniu, kiedy wnętrzem katedry wstrząsnął przerażający krzyk bólu. Ksiądz drgnął lekko, jednak ciągnął dalej:
-sanctificetur nomen tuum;adveniat regnum tuum...- kolejny rozdzierający krzyk. Tym razem ojczulek podskoczył na tyle energicznie, że jego kałdun zafalował niczym piersi tak zachwalanych Addsburskich dziwek.
Pośród wiernych rozeszły się niespokojne szepty.
- Bójcie się Boga ! To czas modlitwy , a nie plotek i zwątpienia przekupy !- ksiądz ze swym głosem starał się być groźny, jednak przypominało to warczenie szczenięcia na kawałek kiełbasy, zbyt dużej by mógł ją zmieścić w pysku. Grubas poczerwieniał przy tym, a spieniona ślina zrosiła skrzywione twarze wiernych w pierwszym rzędzie.
- Hołota...-mruknął pod nosem odwracając się , po czym kontynuował.-fiat voluntas tua sicut in caelo et in terra; Panem nostrum quotidianum da nobis hodie...

Krzyki trwały jednak dalej, biorąc swój początek pośród komnat przylegającej do katedry plebani. Na korytarzach panował półmrok. Przemierzając ich plątaninę [ któż spodziewałby się , że plebania tak niewielkiego zgromadzenia będzie tak okazała ?] zanurzając się to raz w całkowitej ciemności , to wyłaniając w blasku pojedynczych świec gospodyni, niosąca parującą misę wody przypominała czarciego pomiota. Była wysoka i przy tym niewyobrażalnie chuda. Z orlim nosem i osadzonym na jego skrzycie brodawką, aż dziw brał , że miejscowi nie popieścili jej ogniem pochodni i nie uczesali widłami. Szybko wślizgnęła się do jednej z wielu izb plebani, która w przeciwieństwie do wnętrza katedry nie była już tak skromnie umeblowana.


Na drewnianym, zdobionym łożu spoczywała kobieta, której krzyk zaburzał spokój całego kościoła Najświętszego Ognia Chrystusowego. Jej włosy przyległy do zlanej potem twarzy. Pościel była równie przemoczona, co sama dziewczyna. Jej nogi, szeroko rozłożone na boki, prężyły się raz po raz, tak mocno , iż palce stóp wyginały się w wręcz nieludzki sposób.
- Bogu niech będą dzięki ! Roando, ileż można zwlekać ?- wrzasnął stojący w roku izby ksiądz widząc gospodynię.
- Boga nie mieszajta świnty ojczy w doznania tyj suki... Pierw dupy wystawiła ni wiadomo komu a tyraz jeszcze mam przyjąc bynkarta na tyn świat, a?
- Jak śmiesz... ! Nie... to teraz nie ważne. Rób co musisz, pomóż tej kobiecie !
- Kurwa tyż kobita, racja...
- mruknęła gospodyni odkładając misę wody i dając nura między rozłożone nogi kobiety. Dopiero teraz dostrzec można było, że nadgarstki przyszłej matki są unieruchomione, przymocowane grubymi, skórzanymi pasami do zdobień łoża.
- Wyjmijcie to ze mnie ! - wrzasnęła kobieta przerażona, po czym zaczęła się szarpać. Gospodyni odskoczyła do tyłu, jakby wiedząc co za chwilę się stanie. Kobieta po chwili opadła bezwładnie na pościel, na jej twarzy pojawił się uśmiech.
- Niech przeklęte będzie imię fałszywego proroka, Jezusa, bękarta z Nazaretu i imię matki jego, co jako najtańsza dupodaja się wysławiła ! - powiedziała rozkosznym głosem, po czym splunęła w twarz gospodyni. Stara kobieta palcami wydobyła lepką ciecz ze swego oczodołu, po czym zdegustowana popatrzyła w kierunku księdza.
- Czuc mnie tutej stosem, proszę ojca...- warknęła niemal.
- Nie Tobie decydować Roando... To nie jej wina. Niedługo przybędą... Tymczasem, rób co należy.


Dwa dni wcześniej. Hez-hezron.

Jego Eminencja, Biskup Hez-hezronu Gersard siedział oparty o wysokie, zdobione oparcie swego fotela. Na stole przed nim spoczywał rozwinięty zwój z "przeszłością" - jak można wnioskować po wielu, wszelakiego pochodzenia plamach na nim. Spojrzenie biskupa zdawało się nieobecne, wbite gdzieś w przestrzeń nad stołem. Usta wygięte w lekkim [ przyprawiającym większość inkwizytorów w Hezie o dreszcze ] uśmiechu. Ten zapewne wywołany był przez zawartość, dwóch butelczynek wina stojących gdzieś obok, których zawartość stała się już udziałem podstarzałego mężczyzny.
- Wasza Świątobliwość mnie wzywała ?- w drzwiach po prawej stronie pojawił się młody chłopiec, o dłuższych blond włosach.
- Ach tak , tak Marku. Pozwól...- wyrwany z zadumy Gersard przywołał chłopaka gestem dłoni.
- Czy sprawiłoby Ci przyjemność , gdyby Twój Biskup został ośmieszony Marku ?
- Nie, wasza Świątobliwość...
- A czy sprawiłoby Ci przyjemność, gdyby Twój Biskup odczuwał stały dyskomfort graniczący z bólem , chłopcze ?
- Oczywiście , że nie wasza świątobliwość...
- A więc powiedz mi Marku... wiesz , że wlałem w siebie już drugą butelkę z mej winiarni...
- wskazał podbródkiem opróżnione naczynia. - Pytam zatem... Skoro nie chcesz żebym zlał się we własne gacie i nie sprawia Ci przyjemności podziwianie jak szczyny gniotą mi flaki. Gdzie jest nocnik, Ty czorcie ? - warknął nagle Biskup, a chłopak niemal potykając się o własne nogi, wybiegł na poszukiwania "Świętego Graala".
Skoncentrowane, pełne dumy spojrzenie podstarzałego mężczyzny padło na zwój.
- Opętanie...- mruknął spoglądając na tekst - W Addsburgu ? HA ! Filipie, zrobiłeś się miękki.- mruknął przywołując ku pamięci wspomnienie przyjaciela z lat młodości, od którego otrzymał wiadomość. - Znaj jednak moją łaskawość...
- Już jestem wsza Świątobliwość ! - wbiegł nagle Marek, trzymając w ramionach porcelanowy, zdobiony złotem nocnik.
- Chłopcze... Zanieś to do komnat Inkwizytorium. Niech przydzielą czterech ludzi do Addsburga.
- Adds...burga ?
- zająknął się chłopak odbierając od Biskupa papiery z jego pieczęcią.- Nie powinniśmy wysłać tego do jakiegoś bliższego oddziału , wasza Świątobliwość ?
- Mam przyjmować rady od szczeniaka, który nawet nie potrafi przynieść na czas nocnika ?! Szuraj no ino chyżo i zamknij drzwi !


-+-+-

Witam

Zapraszam do udziału w sesji opartej na opowiadaniach pana Jacka Piekary z cyklu inkwizytorskiego - O Mordimerze Madderdinie.
Jest to wyzwanie bardzo trudne - postaram się jednak ze wszystkich sił oddać klimat panujący w owych opowiadaniach. Liczę cicho na to, że jako gracze [ i mam nadzieję również osoby, którym seria ta naprawdę przypadła do gustu] pomożecie w jego tworzeniu.

Przechodząc do konkretów:
Liczba graczy: poszukuję od 4 do [ w wypadku naprawdę wyrównanego poziomu kart] 5 graczy.

Karta Postaci
Imię i Nazwisko
Wiek
Wygląd [+avatar]
Zalety [ wasza postać przykładowo może władać mieczem dużo lepiej niż pozostali inkwizytorzy ]
Wady [ przykładowo może należeć do inkwizytorów , którzy nad wszelkie sztuki walki kładli nacisk na wiedzę - tutaj oczywiście słaba znajomosc np. fechtunku jako wada]
Charakter [ czy jest pełen powołania i oddania. Czy to raczej osoba , która czerpie prywatne zyski z wykonywanego zawodu - możliwości jest wiele.]
Historia - oczywiście "światotworzenie" jest możliwe, a nawet mile widziane :]. Historia ma być jednak ogólnikowa.

Częstotliwość pisania- raz na tydzień. W niektórych przypadkach szybciej - jednak za zgodą wszystkich graczy.

Rekrutacja potrwa do 28 Marca
 
__________________
"...niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"

Ostatnio edytowane przez Mizuki : 21-03-2012 o 21:35.
Mizuki jest offline