Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 27-03-2012, 22:32   #2
SWAT
 
SWAT's Avatar
 
Reputacja: 3540 SWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputacjęSWAT ma wspaniałą reputację
- Kurwa, kurwa, kurwa… – żołnierz klął szpetnie. Śmierć zaglądała mu w oczy.

Rzucało nim po całej kabinie, w ostatniej chwili złapał się wiszącej na ścianie siatki. O mało nie wyleciał z samolotu, lądując na kamieniach, które z zawrotną szybkością migały pod samolotem, który kosił palmy ze skutecznością kosiarki. Wspiął się na niej, mimo przeciążenia i porywającego większość przedmiotów z samolotu wiatru, w głąb maszyny.
Zastanawiał się, co za gówno podkusiło go, aby odpiął pasy.

"Nosz kurwa. I to jeszcze w taką pogodę?" - stwierdził to któryś raz w swoim życiu.

Był idiotą po całej linii. Ale nie miał zamiaru się tym przejmować, nie teraz. Potem sobie umrze. Po swojemu.

Inni komandosi, wylatywali z samolotu, zasysani ciągiem wiatru. Robert tulił się do swojej ostatniej deski ratunku, czując jak wiatr buszował mu pod mundurem. Był zimny, przeszywający, wilgotny. Większość sprzętu jaki mieli ze sobą, też leciała przez dziurę, która utworzyła się po oderwaniu ogona. A on klął jak pojebany, na czym świat stał.

I nagle, pędzący wrak, bo samolotem już wtedy go nazwać nie było można, zatrzymał się jakby natrafił na wielką ścianę, w którą uderzył z impetem. Siatka do której się tulił, puściła z wystrzałem, posyłając Roberta na drzwi do kokpitu pilotów, o ile jeszcze go tak było można nazwać. I o ile tam byli jacykolwiek piloci. W oczach mu pociemniało, poczuł krew, która zalała mu plecy. Pewnie coś rozwalił, o wystające, ostre elementy pogiętego samolotu. Sprawdził, czy nic go nie przebiło i czy się aby nie połamał. Oprócz rwącej nogi i pleców zalewających mu mundur krwią, oraz zawrotów głową, chyba nic mu nie było.

Kiedy w oczach mu się uspokoiło, a potem dotarły do niego słowa Sandersa, podniósł się ciężko, na początku na cztery. Zaczął się na czworakach kierować w kierunku swojego sprzętu, który w przeciwieństwie do niego, odznaczył się choć cieniem inteligencji. Nie odpiął pasów. Ale nie mógł pokazać że jest słaby, dlatego też dźwignął się z sykiem i wysiłkiem do pionu, chwycił radio i plecak ze swoim osprzętem, po czym zaczął trzymając się ściany wraku, kierować do dziury w ogonie, przez którą wyskakiwali pieprzeni inteligenci, którzy nie odpięli pasów.

"Chamstwo" – warknął w myślach, widząc że są tacy którym się nie oberwało.

Przez dziurę, po prostu wypadł, lądując na plecaku. Mimo to nie było wysoko i zaraz ruszył do linii drzew, przy której zbierali się inni i Sanders, który wrzeszczał w eter, zagłuszając burzę i wszystko inne. Noltan był pod wrażeniem jego głosu.

Podszedł do Sandersa tak, jakby był na życiowym kacu. Możliwe że przez adrenalinę, nie czuł jeszcze wszystkich swoich obrażeń. Ale żył i to się liczyło póki co, nie spieszyło mu się lecieć na spotkanie ojcem. Czy też raczej spaść, ponieważ lot, wyobrażał sobie tylko do nieba. A spadanie do piekła, więcej i tak nie oczekiwał.

- Aye, aye sir! – wychrypiał, upadając niedaleko Sandersa na kolana, pod pretekstem sprawdzenia co z radiem.

W rzeczywistości nie czuł lewej nogi.
 
__________________
Po prostu być, iść tam gdzie masz iść.
Po prostu być, urzeczywistniać sny.
Po prostu być, żyć tak jak chcesz żyć.
Po prostu być, po prostu być.

Ostatnio edytowane przez SWAT : 28-03-2012 o 17:45.
SWAT jest offline