Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 28-03-2012, 16:44   #5
Betterman
 
Betterman's Avatar
 
Reputacja: 529 Betterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnieBetterman jest jak niezastąpione światło przewodnie
Jeśli przeżywał w czasie lotu jakieś rozterki, to je zachowywał dla siebie. Jeżeli cokolwiek psuło mu nastrój, to tylko świadomość absolutnej bezsilności; rozumiał jednak, że taki już los ładunku. Dlatego konsekwentnie przyprawiał co wrażliwszych kolegów o mdłości przekornym zadowoleniem z wariackiej przejażdżki i – jakże by inaczej – popalanym nonszalancko papierosem.
Kiedy przy kolejnym wstrząsie omal go nie połknął, wychylił się nawet demonstracyjnie ze swojego miejsca i popatrzył z wyrzutem w kierunku kokpitu, ale nie zdążył wygłosić komentarza, bo na widok lotnika zajął się ukrywaniem dowodu na bezczelne lekceważenie procedur. A potem było już na to zdecydowanie za późno.

Na pewno uderzył w coś łokciem, bo ścierpła mu ręka, na pewno przygryzł też wargę, a wreszcie grzmotnął hełmem w burtę, aż pociemniało mu w oczach. Mimo to zachował dość przytomności, żeby po walce z szelkami spadochronu cieszyć się kompletem palców. A zadanie nie było wcale łatwe. W ramach zabezpieczenie strefy zrzutu miał skakać w awangardzie, więc straszliwe dupnięcie zastało go w końcowej fazie przygotowań. Już w drugiej próbie zdołał wepchnąć nóż z powrotem do pochwy, a potem poszło prawie zupełnie gładko.
Rozglądając się w oszołomieniu, ocenił z akceptowalną w tym stanie pewnością, że wszyscy żywi powinni mniej więcej świadomie i samodzielnie poradzić sobie z ewakuacją. W tym czasie zorientował się też, że coś wrzeszczy, ale że nie było to nic mądrego, czym prędzej przestał i zatroszczył się wreszcie o siebie.
Nie żeby w razie potrzeby poskąpił komuś pomocnej dłoni, ale zasadniczo sam potrzebował co najmniej obu. W jedną złapał B.A.R-a, w drugą swój plecak, zataczając się jak pijany, bo przy pakowaniu tradycyjnie pofolgował starej prawdzie, że łatwiej z pełnym magazynkiem i paczką fajek znieść kilkudniową dietę niż zatłuc kamikaze kanapką. No, może z kilkoma paczkami.
Koleżka wytypowany do roli samobieżnego składu amunicji zwykle chętnie odstępował część zapasów, bo mało kto lubi targać zabawki, którymi sam się nie może pobawić. Chociaż tym razem zawartość plecaka i tak nie miała dla niego większego znaczenia. Nie po tym, jak uderzenie wyrwało go z pasów i cisnęło w noc za resztkami ogona.
Dla Luka Summersa była z kolei o tyle istotna, że został z bezwzględnym minimum wszystkiego, co akurat nie było nabojem, papierosem albo kondomem. Przy czym w tej akurat chwili niedoborem przedmiotów drugiej i trzeciej potrzeby i tak niespecjalnie się przejmował. Przede wszystkim musiał zebrać się na tyle do kupy, żeby nogi zaczęły przyzwoicie współpracować i dogoniły całą resztę, z wolą opuszczenia wraku na czele.
Profilaktycznie zwolnił trochę przed postrzępioną krawędzią poszycia, a potem skoczył.

Zgrzebał się sprawnie z ziemi, odrętwienie w biodrze optymistycznie składając na karb złośliwego ułożenia kabury z czterdziestką piątką przy gwałtownym przyziemieniu. Przebiegł parę chwiejnych kroków i znów opadł na kolano, strategiczne zapasy upuszczając przed siebie. Po omacku sprawdził karabin, szarpnął rygiel, uniósł broń do ramienia. Popatrzył wzdłuż lufy w mrok, szukając rozbłysku, głębszego cienia albo czegokolwiek, co zdradziłoby pozycję powitalnego komitetu. Potem skierował ją w dół, opierając łokieć na udzie.
Przykładnie zabezpieczył swój kierunek. A że losowo wybrany... Nikt nie powinien wybrzydzać. W końcu zrzut nie był przygotowany zbyt dobrze... Rozpoznanie nie pierwszy już raz dało dupy.
Szczerząc się do siebie w nieco obłąkańczym stylu, cierpliwie wypatrywał w deszczu potencjalnych celów, dopóki ktoś nie trzepnął go w ramię na znak, że wszyscy już się wydostali.
Wtedy zarzucił majdan na plecy i też pognał do drzew.

Jego tajemnicą pozostało, jak po tym wszystkim mógł wciąż trzymać w ustach żarzącego się łobuzersko peta.
 

Ostatnio edytowane przez Betterman : 28-03-2012 o 16:56.
Betterman jest offline