Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-04-2012, 23:38   #1
malahaj
 
malahaj's Avatar
 
Reputacja: 2687 malahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputacjęmalahaj ma wspaniałą reputację
[WFRP 2 ed.] Cz.2 - Imię Róży

Klasztor „Oczyszczająca Łza Miłosierdzia” Ostland. 33 Erntezeit 2522 KI

- Ilu tym razem? -
- Trzech Matko. Dwóch jeszcze w nocy, trzeci na ranem. -
- Oby Morr przyjął ich do swego królestwa... -
- Tak Matko... -
- Ilu to będzie razem. Siedemnastu? -
- Osiemnastu, jeśli liczyć starego Joba. No i do tego trzech, którzy... -
- Wiem, córko, wiem. A ilu mamy zarażonych? -
- Nie wiemy Matko. W klasztorze nie ma już miejsca, więc chorzy zostają w domach. W niektórych zarażone są już całe rodziny. Siostry robią, co mogą, ale po tym co stało się wczoraj... -
- Wiem, córko, wiem. Nie lękaj się. Pani Światła nas ochroni, tak jak czyniła od zawsze. -
- Tak, matko. Jeśli nic się nie zmieni, to w niej nasza ostatnia nadzieja. -
- Tak, córko. W niej i w Magnusie von Antara. -

*****



IMIĘ RÓŻY


„Nie wiem czy rozumiecie, ale kaganek miłości ciężko jest odpalić od bierwion stosu...


*****

Zemsta najlepiej smakuje na zimno.


*****

Czarcia Mogiła. Zamek Magnusa von Antary w Ostlandzie. 4 Brauzeit 2522 KI

Historia lubi się powtarzać. Tak głosiło stare powiedzenie ludowe. Zgromadzeni na dziedzińcu Czarciej Mogiły awanturnicy, nie mogli odmówić mu racji. Znowu tu byli. Znowu wezwał ich Pana tego ponurego zamczyska. Znów przyjdzie im wypełniać jego rozkazy i zapewne znów nie wszyscy będą wstanie przeżyć czekające ich zadanie. Niektórzy z nich byli już znani jako „Pogromcy Bestii”, inni dopiero mieli nadzieje zdobyć sławę i chwale. Lub zwyczajnie chcieli spłacić długi, zarobić trochę złota, albo nie mieli innego wyboru. Magnus von Antara potrafił być przekonujący. Ci, którzy już ową sławę i chwałę mieli, wiedzieli, że ceną za jej zdobycie jest ból, krew i śmierć.

Historia lubi się powtarzać. Tak jak wtedy przygnało ich tu pilne wezwanie. Tak jak wtedy, niebo nad zamkiem było szaro sine od ciężkich burzowych chmur, które miały im towarzyszyć w drodze. Tak jak wtedy, czekając na posłuchanie, spoglądali po sobie, zastanawiając się, ilu tym razem pochłonie zadanie i czy jest sens zapamiętywać imiona tych, których jeszcze nie znali. Z czym przyjdzie im się zmierzyć tym razem i ile z tego co zobaczą, zostanie w nich na zawsze.

Historia lubi się powtarzać. Sam Magnus von Antara, przez długie lata swego żywota, boleśnie przekonał się jak wiele jest prawdy w ludowym porzekadle. Znów spoglądał z okna swej komnaty, na zamkowy dziedziniec. Znów trzymał w dłoniach listy. Znowu zastanawiał się, czy wysyła tych ludzi na pewną śmierć, czy znowu, na przekór losowi, kilku z nich być może przeżyje. Nad jego siedzibą znów zbierały się czarne chmury. Znowu nadchodziła burza. On zaś, był jednym z nielicznych, którzy wiedzieli, jak wielka.

*****

W końcu ich wezwano. Tak jak poprzednio Magnus przyjął ich w dużej komnacie, grzejąc stare kości przy kominku. Albert, sługa starego rycerza, nalał każdemu kielich wina i zniknął za drzwiami. Dopiero gdy wznieśli toast za poległych towarzyszy, Magnus przeszedł do rzeczy.

- Jak się pewnie domyślacie, wezwałem was, bo mam dla was kolejne zadanie. Wojna, która dotknęła nas wszystkich, wbrew temu co mogą sądzić niektórzy, nie skończyła się wraz ze zwycięstwem Imperatora pod Middenheim. Wróg został rozbity, ale nie zniszczony. Uciekł i ukrył się tyko, szykując do nowych bitew. My zaś wciąż musimy zmagać się z tym, co pozostało po jego przejściu. To, co niektórym z was było dane przeżyć w Ostermak, było właśnie takim śladem. Są jednak kolejne. Zwłaszcza tu, na północy, daleko nam jeszcze do normalności a niektóre z zadanych tej krainie ran wciąż krwawią i się jątrzą. Zwłaszcza, że Mroczni posługują się nie tylko siłą oręża. Plugawa magia, odrażające kulty i straszliwe zarazy. To są ich narzędzia i z nimi również przyjdzie się nam zwierzyć. Niektórym szybciej, niż innym...

- Czy ktoś zna ziemie południa tej prowincji, wzdłuż granicy z Hochlandem? Słyszeliście może o klasztorze „Oczyszczająca Łza Miłosierdzia”, przybytku Shallyi? -


Kilku z obecnych pokiwało głowami. Klasztor był znany w okolicy. W spokojniejszych czasach był miejscem pielgrzymek i wędrówek wyznawców bogini miłosierdzia, oraz wszelkich maści chorych i cierpiących. Zbudowano go w miejscu, skąd bije małe źródełko mające ponoć uzdrawiająca moc.

- Doszły mnie bardzo niepokojące wieści z tamtych okolic. Być może tego nie wiecie, ale klasztor, jako jedno z nielicznych miejsc w prowincji nie został zniszczony. Nieopodal stoczono małą bitwę z siłami Chaosu. Choć kosztowo to wiele istnień, to udało się uratować sam klasztor i przylegającą do niego wioskę. Niestety od dawna nie mamy wieści z innych miejsc, gdzie przed wojną mieszkali ludzie. Klasztor stanowił naturalną drogę ucieczki, dla uciekającej przed hordą ludności. Tam też zebrały się niedobitki lokalnego wojska. Wsparte rycerzami Sigmara i przy skromnym udziale zebranych przeze mnie sił, odparli atak na sam klasztor i uchronili zgromadzonych tam ludzi od masakry. Nie na długo jednak.

- Jak wam rzekłem na początku, wróg używa przeciw nam nie tyko oręża. Nie mógł pokonać Obrońców Imperium w uczciwej walce, więc zesłał na nich zarazę. Ostatnia wiadomość z klasztoru, jaką otrzymałem, była wysłana tydzień temu. Matka Przeorysza Ulrica Kohler, to moja stara przyjaciółka. W dużej mierze to dzięki niej i jej uzdrowicielskim mocą, nadal chodzę po tym umęczonym świecie. Nawet one są jednak niczym, wobec zarazy, która nawiedziła tamte ziemie. Ani moc kapłanek Shallyi ani kapłanów Sigmara nie położył jej kresu. Ponoć niektórych nawet udało się im uleczyć, ale tylko po to, aby za jakiś czas znów zostali zarażeni. Nikt nie wie jak plaga się rozprzestrzenia, ani jak daleko sięga, choć osobiście uważam, że akurat tutaj, widmo wojny nam sprzyja, bo ludzkie siedziby często nie mają ze sobą kontaktu.

- Sama choroba, nie jest podobna do żadnej, o której wcześniej słyszałem. Matka Ulrica pisze, że zarażony człowiek początkowo czuje przypływ niezwykłej siły i witalności. Jest wstanie robić rzeczy, których nigdy wcześnie dokonać nie zdołał. Ponoć starcy nabierają wigoru młodych mężczyzn a dzieci mają siłę dorosłych. Zarażeni żołnierze w pierwszych dniach choroby potrafi władać wielkimi mieczami i ciężkimi toporami w jednej dłoni, ich ciosy były tak mocne, że potrafili jednym cięciem topora ściąć grube drzewo a ciężką kuszę napinali niczym proce.

- To jednak tylko początek. Po kilku dniach - u niektórych po dwóch a u innych po tygodniu - człowiek wiotczeje jak nieświeża ryba. W kilka godzin starzeję się o całe lata. Chorzy nie mogą jeść ani pić a ich ciała wręcz pożerają się same. Znikają mięśnie, wypadają włosy i paznokcie, kości stają się kruche jak szkło. Tylko brzuch pęcznieje i puchnie napełniając się ohydną galaretowatą substancją, której jest coraz więcej w miarę jak zarażony słabnie. Jego ciało powoli zmienia się w te breje, która zaczyna wylewać się z niego na zewnątrz, przez wszystkie otwory i pękające na skórze wrzody. Większość zarażonych umiera, kiedy ich narządy wewnętrzne gniją i przemieniają się w te galaretę. Ci jednak mają szczęście...

- Niektórych z tych, którzy dożywają jeszcze do tego etapu, czeka straszniejszych koniec. Matka Ulrica pisze, że z trzewi najbardziej chorych na świat wydostają się straszliwe istoty. Przebijają od środka brzuchy i w eksplozji ohydnej substancji wydostają na zewnątrz, by atakować wszystko co żywe. Zanim uzdrowicielki zorientowały się w zagrożeniu, potwory zbiły trzy z nich. Potem je zabito. W rzeczy samej, po „wykluciu” okazały się niegroźne, przynajmniej dla wyszkolonych i uzbrojonych wojowników. Matka boi się jednak, że jeśli nie powstrzymamy zarazy, niektóre z nich mogą przeżyć dłużej i tylko mroczni widzą czym mogą się stać, jeśli w porę się ich nie zniszczy.

- Tam właśnie się udajecie. -


Magnus przerwał swą opowieść, spoglądać po wszystkich. Niektóre oblicza były sine, inne blade jak trupy. Po innych nie dało się poznać niczego, ale on wiedział lepiej.

- Wiem, że choć niektórzy z was mają pewne talenty, to nie jesteście uzdrowicielami. Nie tego jednak od was oczekuje.

- Kiedy dowiedziałem się o wszystkim, skontaktowałem się z jedynym człowiekiem, który może nam pomóc. To Mistrz Piter Bergman z Kolegium Jadeitu. Człowiek ten położył już kres niejednej zarazie i jest zaprzysięgłym wrogiem Władcy Much, który je zsyła. Mistrz uważa, że i tym razem Pan Zrazy, zesłał swą moc. Mistrz był tu przed wami i po zapoznaniu się z wieściami wyruszył wcześniej, szukać rozwiania tego problemu. Wczoraj przysalał do mnie swego latającego sługę, aby doręczyć mi wiadomość. Wedle niego zaraza jest wynikiem jakiegoś mrocznego rytuału, odprawionego przez sługi Władcy Much. Tylko jego odwrócenie może uratować ofiary i klasztor. Mistrz zebrał wszystko co będzie do tego potrzebne, ale ostrzegł mnie, że sługi nieprzyjaciela są na jego tropie. Dlatego to Wy musicie dostarczyć wszystko na miejsce.

- Udacie się do wsi Gladbach, trzy dni drogi na południe stąd. Tam odnajdziecie człowieka imieniem Kristian. To zaufany sługa Mistrza Pitera. Waszym zadaniem jest odeskortować jego i wszystko co wam zleci do klasztoru. Z Gladbach do klasztoru można dostać się drogą lądową lub rzeką. Sami będziecie musieli zdecydować, którą trasę wybrać. Nie jestem wstanie powiedzieć, która z nich jest bezpieczniejsza, bo nie mamy żadnych wieści ani z wsi leżących nieopodal drogi dla klasztoru, ani od rzecznych stanic i osad. Z Gladbach do Klasztoru normalnie było pięć, może sześć dni drogi. Jak będzie teraz, nikt nie wie...

- Wczoraj po otrzymaniu wiadomości od Mistrza Pitera, wysłałem do Gladbach swego łowczego z kilkoma ludźmi. Mieli zadanie zbadać drogę przed wami i powinniście ich zastać we wsi. Kacper Jager, tak się nazywa łowczy. Mając informacje od niego, zaplanujcie trasę i ruszajcie jak najszybciej do klasztoru. Dostanie oczywiście mapę, ale nie wiem, na ile jeszcze jest teraz aktualna.

- Z racji pewnych spraw, wynikłych przy ostatnim zadaniu, a na które zwrócił moją uwagę Albert, nie chce wiedzieć o waszych poczynaniach, ani o tym jaką drogę obierzecie. Dla waszego bezpieczeństwa. Nikt nie wie dokąd was wysyłam. Wy też tego nie rozgłaszajcie. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

- Pamiętajcie, że każdy dzień a być może i każda godzina zwłoki, to kolejne ofiary zarazy. Musicie dotrzeć do klasztoru jak najszybciej i odprawić rytuał. Nie wątpię, że Mistrz Bergman, będzie już tam na was czekał, lub dołączy do was po drodze. „Czarodziej nigdy się nie spóźnia i nigdy nie przybywa za wcześnie. Pojawia się zawsze dokładnie wtedy, kiedy sobie tego życzy”. Tak mi kiedyś powiedział. -


Stary rycerz uśmiechnął się pod wąsem, ale szybko spoważniał.

- Wasze zadanie jest proste. Musicie jak najszybciej dotrzeć do klasztoru, za wszelką cenę ochraniać w drodze wszystko, co będzie potrzebne do odprawienia rytuału, chronić samego Mistrz Pitera i wypełniać jego rozkazy. Musicie uratować tak wielu jak się da. Ten klasztor MUSI przetrwać, czy to jasne? -

- Żyje jednak wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że życie rzadko dostosowuje się do naszych planów. Dlatego jestem świadom, że możecie przybyć za późno, lub z innych przyczyn nie być wstanie uzdrowić zarażonych. Jeśli tak się stanie, musicie zrobić to co należy. Zaraza nie może się rozprzestrzenić, bez względu na wszystko. Jeśli stwierdzicie, że nie ma innego sposobu, macie wypalić ją ogniem. To jedyny pewny sposób jaki znam. Nikt z zarażonych, nie może przenieś choroby dalej. NIKT, rozumiecie? Dotyczy to również każdego z was... -


W komnacie zapadła cisza a stalowy wzrok von Antary, mówił jasno co ma na myśli.

- Wysłałem wiadomość do Lordów przebywających na północy od klasztoru. Wyślą do niego swoje siły, jednak dla nich to dużo dłuższa droga niż dla was. Sam również wyśle za wami żołnierzy, jak tylko będę miał ich wystarczająco dużo. Jednak to wy musicie uratować klasztor. Wojsko, albo przybędzie już po wszystkich, albo będzie miało za zadnie oczyścić teren ze wszystkich zarażonych i spalić wszystko. -

- Za wypełnienie zadania i uratowanie klasztoru, dostaniecie po pięćdziesiąt Karli na głowę. Za uratowanie matki Ulrici drugie tyle, bez względu, na to, czy dokonacie tego „przy okazji” pierwszego zadania czy przyprowadzicie ją tutaj, jeśli klasztoru nie będzie dało się uratować. Po dziesięć sztuk złota, za każda z pozostałych kapłanek. Za wykrycie kto stoi za tym wszystkim i zabicie go, kolejne pięćdziesiąt, ale to nie jest wasze główne zadanie. Być może mistrz Piter dołoży coś od siebie jeśli wypełnicie jego polecenia.
- W ostateczności jeśli, nie będzie innego wyjścia, za wypalenie ogniska zarazy, tak aby nie rozprzestrzeniał się dalej, też dostaniecie pięćdziesiąt Karli.

- Wyruszacie jak tylko będziecie gotowi.


Von Antara nie miał w zwyczaju powtarzania rozkazów a im już wcześniej, po przybyciu na zamek zapłacono za poprzednie zadanie i umożliwiono przygotowanie się do drogi. Pozostało im tylko dopić wino i ruszać. Gdy opuszczali już komnatę, rycerz zatrzymał jeszcze na chwile Bruna.

- Twój brat Ralf, wyruszał do klasztoru, krótko po tym, jak rozstaliście się, przed twoim wyruszeniem do Ostermak. Wyruszył wraz rycerzami zakonnymi i z tego, co pisała mi Matka Ulrica cięgle jest w klasztorze... -

*****

Wyruszyli trzy godziny później, uprzednio przygotowawszy się do drogi. Początkowo los im sprzyjał i zdołał wyruszyć z Czarciej Mogiły przed burzą. Z czasem pogoda poprawiła się i podróż przebiegła bez przeszkód. No nie licząc tego, że nie spotkali nikogo po drodze. Nikogo. Aż do Gablach co prawda nie miał być żadnych ludzkich siedzib, ale ten kompletny brak podróżnych był... niezwykły.
Większość trasy biegła przez las. Magnus poinformował ich, że w promieniu dnia drogi od jego zamku, powinno być bezpiecznie, ale dalej może być już różnie. Tym niemniej jak na razie nikt ich nie zaatakował ani nie napadł. Heizn i Moperiol od czasu do czasu wyprawiali się do lasu i na zwiady. Znaleźli ślady goblinów, zwierzoludzi i innych istot, ale żadnej z nich nie spotkali, ani nie było oznak, aby planowały na nich zasadzkę.

Do Gladbach dotarli planowo po trzech dniach intensywnego marszu. Świadomość, że do szybkości przebierania przez niego nogami, zależy czyjeś życie, potrafi dodać człowiekowi skrzydeł. Wieś okazała się na wpół opuszczonym zbitkiem rozsypujących się chat i nędznych szałasów. Większość tego był stawna niedawno na szybko, w miejsce spalonych poprzednich budynków. Wystraszeni ludzie spoglądali na nich zza zabitych okiennic, zaciskając w rękach siekiery i widły. Wyszedł do nich tylko jeden, podający się za przywódcę. O Piterze Bergamnie nie widział nic, zaś pytany o Kristiana i ludzi von Antary pokazał im tyko szlak na południe. Cztery wozy, ośmiu ludzi. Nic więcej się od niego nie dowiedzieli.

*****

Dogonili ich godzinę później. Słońce stało właśnie w zenicie. Weszli na szczyt płaskiego wzgórza i przed sobą, u stóp pagórka zobaczyli płytki strumień. Przez bród przeprawiły się dwa wozy. Trzeci utknął na środku płytkiej rzeczki a ciągnące go muły, nie chciały się ruszyć. Czwarty dopiero czekał na swoją kolej. Wszystkie kryte płótnem i ciągnięte przez parę mułów. Dokoła krążyli i krzyczeli ludzie, którzy musieli być poszukiwanymi przez najemników von Antary Kristianem i ludźmi samego Magnusa. Po drugiej stronie strumienia trakt ginął w lesie.

- Spójrzcie! Tam w lesie! -
Elfie oczy nowej w ich gronie Taliany, zwrócił ich uwagę na ścianę lasu.
- Jeźdźcy. - dodał Moperiol - Czterech konnych i sześciu pieszych. Oni... -

W tym momencie rozległy się strzały. Trzech konnych wypaliło w galopie z pistoletów. Czwarty wypuścił strzale z łuku. Podążający za nimi piesi mieli kusze i również użyli ich do ostrzelania przeprawiającej się kolumny. Człowiek siedzący na pierwszy wozie spadł z kozła zmieciony kilkoma trafieniami, padł też jeden z prowadzących go mułów. Drugi wpadł w szał, usiłując samotnie pociągnąć wóz, wraz z bezwładnym ciałem towarzysza.

- Spójrzcie na prowadzącego jeźdźca! -

Postać prowadząca napastników do ataku. Wydała się dziwnie znajoma wszystkim, którzy przybyli z Ostermak, choć większość widziała go tylko przez chwile, kiedy przekrzykiwał się ze strażnikami Magnusa, chcąc dostać się do budynku, gdzie dochodzi do zdrowia. Charakterystycznego długiego płaszcza i szpiczastego kapelusza o szerokim rondzie tak łatwo się nie zapomina.

mapka
 

Ostatnio edytowane przez malahaj : 05-04-2012 o 17:13.
malahaj jest offline