Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 26-09-2012, 15:25   #1
Asenat
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
[Gra o tron] Głód

Głód



Zło konieczne





Roddard Worsworn


Jechali w milczeniu pod milczącymi drzewami. Mort od rana kiedy rozwarł gębę, odzywał się tylko do swojego szczurka, popiskującego czasami w wygodnym legowisku w kapturze. Roddarda smarkacz nie zaszczycał nawet spojrzeniem, już żeby nie słowem nawet. Mort miał focha, a Roddard zagwozdkę – co do cholery powiedział nie tak i jak to teraz odkręcić. Oprócz obrażonego szczeniaka, którego wszyscy traktowali już niemal tak, jakby Roddard zmajstrował go swoją osobistą kuśką, starszy zwiadowca miał zmartwienie rzeczywiste i większego formatu, które żarło go jak robak. Trzy tygodnie temu Ulmer posłał go z młodzikiem, aby znaleźli zagubiony w głuszy zwiad. Trzech dobrych, doświadczonych ludzi, którzy na walkach z dzikimi zżarli własne zęby. Mijał dzień za dniem, a Roddard nie tylko nie odnalazł zaginionych braci – nie trafił na żaden, choćby najmniejszy, ale dający nadzieję na to, że jeszcze żyją, ślad. Zawiódł, po raz pierwszy odkąd przywdział czerń zawiódł i miał wrócić z niczym... bo oto przecież już wracali, pokonani nie przez dzikich, ale przez ciągnącą się w nieskończoność puszczę. Znalazł zamiast braci kilka opuszczonych wiosek. Ukryte w głębi bagien lub poprzytulane do skalnych ostańców, jeszcze niedawno rozbrzmiewały głosami dzikich... teraz były puste i Roddardowi piekielnie się to nie podobało.


Czuwasz?

Tak, o tym też myślał. Zżymał się i wściekał na samego siebie, ale nie potrafił wyrzucić z pamięci kilku rzuconych szeptem słów. Nie mógł zapomnieć i ciągle obracał je w myślach, jak kobieta wracająca raz po raz do wspomnienia pierwszego kochanka. Wieczór zresztą temu sprzyjał, jak na złość. Był taki jak tamten, pół roku temu z okładem. w którym zmysł polityczny Roddarda Worsworna zawiódł. Chwycił lekki przymrozek, powietrze stało w miejscu, nieruchome i przejrzyste, nie poruszały się gałęzie śpiących drzew, na granatowym niebie migotały zamrożone gwiazdy.

Czuwasz?

Oczywiście, że czuwał. Co, na wszystkich bogów starych i nowych, miałby czynić innego? Był zwiadowcą, bratem z Nocnej Straży. Mieczem w ciemności, tarczą, która osłania krainę człowieka. Tak, jak mówiła przysięga. Czuwał i osłaniał, był w tym dobry. Najlepszy. I nikt, żaden z braci, nawet sam Lord Dowódca, nigdy nie zadał mu takiego pytania. Odpowiedź była przecież oczywista. Ona zapytała i do dziś Roddard w bezsenne noce, kiedy... czuwał przy ognisku, obok Mort mamrotał przez sen, nogi chłopaka mimowolnie wierzgały i biegły w jakiejś ucieczce ulicami Królewskiej Przystani, która wracała do niego po latach – w takie noce Roddard sam siebie wyzywał od idiotów i wracał uporczywie myślami do tych paru chwil, w których stał obok drobnej Skagijki na szczycie Muru. Czy zapytała dlatego, by go obrazić, podać w wątpliwość jego lojalność i siłę, czy dlatego, że ta odpowiedź była jednak dla niej ważna? Dlaczego, dlaczego?

Czuwasz?. Szeleszczący szept. Osypujący się, skrzący igiełkami śnieg. Pytanie, na które nie ma mądrej odpowiedzi. Pytanie, które ciągle obracał w myślach. Strach w jej oczach i ulga, kiedy odpowiedział. Nie. Nic nie widzi. Nic tam nie ma, prócz śniegu i nocy.

Oto i był - jasno jak na dłoni – powód, dla którego baby powinny trzymać się z dala od Muru. Roddard nie znał nigdy mężczyzny, który jednym rzuconym w przelocie zdaniem mógłby wbić się w myśli na długie miesiące. Ona to potrafiła. Kobiety to potrafiły.

A Roddardowi unikanie Skagijki szło przez pięć bitych lat tak dobrze, że prawie uwierzył, iż ma w sobie jakiś głęboko ukryty, nieużywany na co dzień polityczny zmysł. Ten zmysł pozwalał mu iść długie miesiące gładko w zgodzie z rozkazami starszyzny i nie wkurwiać Moruad Magnar. Roddard Worsworn giął się niczym drzewo na wietrze i unikał kontaktu z wizytującymi Czarny Zamek Skagosami, biorąc na swoje barki każdy możliwy zwiad, a nawet nudnawą jazdę na wozach idących z dostawami do Wieży Cieni. Nie spotykał siostry magnara z własnego wyboru, więc nie miał okazji jej wkurwić. Dzięki temu... sam też się nie wkurwiał. Plan był taki dobry i działał. Niestety nawet to, co dobrze żre, w końcu musi zdechnąć.

***

Chwycił lekki przymrozek, powietrze stało w miejscu, nieruchome i przejrzyste, nie poruszały się gałęzie śpiących drzew, na granatowym niebie migotały zamrożone gwiazdy. W wielkiej sali Lord Dowódca podejmował hucznie Skagosów, jedzono, pito i śpiewano. Roddard wyślizgał się z tej pożegnalnej uczty z gracją węża, zamieniając się na warty z Septą i Krane'em, choć dopiero powrócił ze zwiadu i mógł odpoczywać. To był jednak ostatni dzień gościny barbarzyńców. Jutro odjadą, bladym świtem Roddard będzie mógł im pomachać na pożegnanie ze szczytu Muru i odetchnąć dyskretnie z ulgą. A potem wszystko wróci szczęśliwie na utarte tory codzienności... chociaż Mort jeszcze parę dni będzie pewnie obrażony za te kilka słów, które się Roddardowi wypsnęły w komentarzu do Mortowej chęci obejrzenia barbarzyńców. Mimo wszystko – zwiadowca stał na warcie, uśmiechał się sam do siebie i podziwiał własny spryt.

I wtedy dobrze żrący przez pięć lat polityczny plan Roddarda Worsworna zwanego Krukiem wziął i zdechł bez uprzedzenia. Za jego plecami skrzypnął śnieg, zwiadowca odwrócił się i zamarł. Moruad Magnar z niewiadomych przyczyn wolała zamienić pełny kielich i miskę w ciepłej sali w towarzystwie Lorda Qorgyle'a na zimny szczyt Muru i osobiste towarzystwo zwiadowcy zarazem. Musiała wejść po schodach, bo nie słyszał skrzypienia kołowrotów. Stanęła mu cicho za plecami, tak jak tego nienawidził.

- Czuwasz? - zapytała szeleszczącym, zniżonym do niemal niesłyszalnego szeptu głosem, od którego zjeżyły mu się wszystkie włosy na karku. I to była ona. Zaciskała drobne dłonie na tym paskudnym klejnocie, o którym opowiadali mu bracia. Wygrzebanym z paszczy czardrzewa obrzydlistwie, którego żadna kobieta godna tego miana nie tknęłaby nawet palcem. Zakutana w białe skóry siostra magnara na kobietę też raczej nie wyglądała. Wyglądała na zagubione w głuszy zagłodzone dziecko, krucha i niska, z wielkimi czarnymi oczami w drobnej, piegowatej twarzy.
- Czuwasz? - zapytała raz jeszcze i podeszła, by obok niego oprzeć się dłońmi o szczyt Muru i spojrzeć w noc nad nawiedzonym lasem.
Wszystkie odpowiedzi na to pytanie były głupie, więc Roddard skinął tylko głową, w nadziei, że to wystarczy. Nie wystarczyło.
- Widzisz coś? - ciągle szept. Przebijała wzrokiem ciemności, kłykcie drobnych palców pobielały. Odwróciła się do niego. W oczach miała coś strasznego, coś, co ścisnęło mu serce i trzewia w jedną zbitą, zmrożoną kulę. Strach. Siostra magnara miała ponoć za sobą setki wrzeszczących Skagosów, z których każdy z radością oddałby dla niej życie. Stała bezpieczna na najpotężniejszej budowli wzniesionej ręką człowieka – i bała się.
- Nie. Nic nie widzę – usłyszał własny zgrzytliwy głos i zobaczył na drobnej twarzy ulgę.
- To dobrze – odszeptała, nachylając się ku niemu lekko. Zaczął podejrzewać jakąś okrutną krotochwilę, jakąś kpinę, ale jej obecna powaga była tak samo prawdziwa jak poprzedni strach. - Ja... ja też nic nie widzę...
Uścisnęła mu rękę, zanim odeszła. Szybko i lekko, nie obejmując dłoni, ale nadgarstek – tak, jak żegnali się Skagosi i niektórzy z dzikich. Dłonie miała twarde od odcisków jak mężczyzna i zimne jak Mur.

***


To był wieczór taki jak tamten... oprócz podobieństw pogodowych miał jeszcze to jedno: Mort się na Roddarda obraził. Śmiertelnie. Objawiło się to tym, że młody zwiadowca zawarł zęby aż do szczękościsku i milczał jak zaklęty od rana, kiedy to fakt obrażenia miał miejsce. Świtem podkradli się pod wioskę dzikich. Kolejną, która okazała się opuszczona – ale zanim się taką okazała, Mort uniósł się dumą.

- Nie ma dymów – wyszeptał przyczajonemu za rozłożystym jałowcem Roddardowi prosto w ucho, zionąc intensywnie zepsutymi zębami i solonym śledziem. Oparł rękę na ramieniu Kruka i wyślepiał się na wioskę ponad jego ramieniem.
- Zejdź ze mnie – syknął Roddard w odpowiedzi, choć powinien ugryźć się w język.
- Przecież zawsze mówisz – zdziwił się Mort i ani drgnął, oczywiście – Zawsze mówisz: patrzaj oczami, słuchaj uszami!
- Po pierwsze – warknął Worsworn – mów ciszej. Po drugie: mówi się patrz, a nie patrzaj. A po trzecie i najważniejsze: czy mówiłem, że kiedy patrzysz i słuchasz możesz mi włazić na plecy?

Więc Mort się obraził. A Roddard Worsworn, brat z Nocnej Straży, szlachcic i szanowany zwiadowca, znalazł sam siebie bezbronnym wobec focha szesnastoletniego szczeniaka. Nie pierwszy zresztą raz. Przez ten rok, od kiedy chłopak pozostawał pod jego skrzydłami, Worsworn wielokrotnie znalazł ten zaszczytny poniekąd obowiązek straszliwie męczącym. Wielokrotnie miał dość – zwłaszcza kiedy ten cholerny szczurek, którego chłopak targał ze sobą, obszczywał mu w nocy przyodziewę albo dobierał się do prowiantu. Nie raz i nie dwa chciał uprzejmie podziękować i zrzucić ten ciężar na barki kogoś innego. A jednak bywały i takie chwile, kiedy patrzył na Morta i czuł rozpierającą mu piersi dumę. Jak wtedy, gdy wyjeżdżali po raz pierwszy, i dzieciak porzygał się rzęsiście ze strachu przed tunelem. A potem obtarł gębę, wdrapał się na siodło, przyjął nonszalancko bohaterską pozę, którą musiał podpatrzeć na jakimś pomniku w Królewskiej Przystani i rzucił „jadziem” piskliwym, ale zdecydowanym głosem. Albo wtedy, gdy na dziesięć strzał przez Morta wypuszczonych po raz pierwszy pięć poszło w tarczę. Albo gdy dziki wytrącił Worswornowi miecz i zamachnął się toporem, a Mort wskoczył atakującemu na plecy i wbił palce w oczy. Bywały takie chwile. Były cenne. Tymczasem jednak jechali w milczeniu, Mort miał focha, a Roddard zagwozdkę, jak chłopaka ugłaskać.

Siedlisko niemożliwej Gwiazdy i jej niemożliwej siódemki braci było ostatnią nadzieją Roddarda na zasięgnięcie języka. Raz, że Bennet, dowódca zaginionego zwiadu uwielbiał kuchnię dzikiej i nadkładał wielokrotnie drogi, by się nażreć do syta pod jej gościnnym dachem. Dwa, że Gwiazda była przyjacielem Straży i jeśli coś wiedziała, nie zachowałaby tego na siebie. Trzy, że z taką masą bachorów, z czego jednym według wiedzy Kruka przy piersi a kolejnym w drodze, dzika w obliczu zagrożenia prędzej okopałaby się w swoim siedliszczu i poprawiła ostrokół, a nie skazywała siebie i dzieci na ryzykowną tułaczkę nie wiadomo dokąd i w jakim celu.

Nie zmieniało to faktu, że sam Roddard z Gwiazdą dogadywał się z dużym trudem. Nie szło nawet o to, że dzika nazywała go uparcie „tuptusiem”, to przełykał gładko jak pelikan... innych zwiadowców nazywała „bąbelkami”, „misiami”, „orzeszkami” i „pszczółkami”. Roddard miał świadomość, że on sam żyje w swoim własnym świecie, regulowanym rozkazami i słowami przysięgi o niebo mocniej niż większość jego braci. Gwiazda, niestety, też żyła we własnym świecie, regulowanym rytmem poczęć i porodów, sraczek i chorób dziecięcych, nauki chodzenia i mówienia jej kolejnych pociech, które zdawały się wyskakiwać z dzikiej za każdym razem, gdy tylko Roddard się odwrócił na chwilę. W świecie Gwiazdy nie było miejsca na przysięgi, honor, rozkazy i wojny, a jedynym obowiązkiem było zapewnienie dzieciom pełnej michy. Gwiazda Straży nie rozumiała i rozumieć nie chciała, wszystkich ich uważała za trochę wyrośnięte, ubrane na czarno dzieci. Za każdym razem, kiedy Roddard zasiadał przy palenisku w jej domu dziwiła się też głęboko, że taki duży i śliczny tuptuś nie ma jeszcze baby. Mimo wszystko Roddard doceniał ciepły, przyjazny dom dzikiej, a gdy zaczęły się przymrozki, docenił i dar, który mu kiedyś wcisnęła przy pożegnaniu – śpiwór z wyprawionej na miękko foczej skóry.

Pomiędzy wapiennymi ostańcami, między które wciśnięte było siedlisko dzikiej, snuł się blady dym. Zmierzchało już i w tej ciszy zmierzchu rozlegał się ostro odgłos rąbania siekierą. Mort milczał i należało rozwiązać kwestię jego focha, zanim pójdą do dzikich.

- Mort – ozwał się Roddard. - Gwiazda chyba doma... Weź no wleź na drzewo i popatrzaj, co tam porabiają.
Tego tylko gówniarzowi było trzeba. Wyjął szczurka z kaptura, posadził go na łęku siodła i zadarł nos pod wieczorny nieboskłon.
- Mówi się wejdź, a nie wleź. I mówi się popatrz, a nie popatrzaj – oznajmił z wyższością i Roddard z ulgą stwierdził, że zostało mu chyba wybaczone. Mort stanął na siodle i chwycił się gałęzi, zręcznie i szybko piął się w górę i po chwili siedział pewnie na rozwidleniu dębowych gałęzi.
- Hm, Roddard – wyszeptał podniecony. - Widzę.
- Co?
- Gwiazdę widzę, ale ma kałdun jak bęben wielki!
- Dajcie jej bogowie bliźniaki... - mruknął Worsworn pod nosem.
- Co?
- Nico. Co robią?
- Gwiazda stoi przed ostrokołem i komenderuje. Lorn, Torn, Horn i Mały Jon rąbią drwa – relacjonował Mort z dębu, a Roddard zdziwił się dogłębnie. On braci Gwiazdy nawet z bliska nie rozpoznawał. Wszyscy mieli dla niego takie same zakazane mordy. - Wern, Kern i Carmichael układają stos. Wieeeeeelkiii stos, Roddard. Myślisz, że im zimno?
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 26-09-2012 o 16:49.
Asenat jest offline