Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 28-09-2012, 13:42   #5
Asenat
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację

W nocy ścisnął mróz i na nocnym niebie rozpaliły się warkocze migotliwych, drgających świateł, które obserwowała zachwycona z okna swej komnaty. Spała źle, dręczyły ją koszmary i wstała równie zmęczona jak się położyła. Rano zaś mróz puścił i Mur zaczął płakać.
- Warkocz Kusicielki – powiedział jej maester Aemon przy śniadaniu. - Niezwykłe zjawisko. Mówią, że przynosi szaleństwo i ludzie stają się tacy, jakimi są naprawdę. Pod Warkoczem Kusicielki spadają maski.
- Pod Kudłami Kurwy wszystkich pierdoli ze szczętem, od góry do dołu – zgodził się Ulmer. - Uważaj, Alyso – dodał już ciszej. - To prawdziwa prawda. Trzymaj swojego pięknisia blisko siebie i miej oczy wokół głowy.
- Ile to potrwa?
- Dzień, może dwa – ocenił measter Aemon. Fallon Farwynd snuł płaczliwą opowieść o tym, jak jako dziecko na Ostatnim Świetle zgubił obciążnik do sieci i ojciec wlał mu wiosłem, a potem zostawił na plaży na całą noc. Marbran milczał ponuro, dopóki Septa nie zaczął kłócić się z Ulmerem. Oczy Flinta mówiły jasno, że Pierwszy Zarządca przepłakał pół nocy, a drugie pół nie spał. Już przy śniadaniu wybuchnęły dwie bitki i Alysa zaszyła się w swoim pokoju i próbowała zdrzemnąć.

Obudziło ją walenie do drzwi. Było późne popołudnie.
- Maester Aemon cię wzywa, pani.
- Coś się stało?
- Septa spadł z konia.

Willam Snow już przy śniadaniu wydawał się jej blady i niewyraźny i prawie nic nie jadł. Jednak myśl, że jakiś koń mógłby go zrzucić była jakaś taka... nieprawdopodobna.
A jednak leżał bez ducha na wąskim łóżku w komnatach Aemona, z wywróconymi białkami oczu, przez nogi i ręce przebiegał mu raz za razem dziwny dreszcz. Był nieprzytomny i rozpalony jak piec. Jakiś cuchnący stajnią jasnowłosy młodzik poklepywał go po policzkach.
- Spadł – rzucił do Alysy.
- Uderzył się? - obmacała czaszkę kawalkatora i nie trafiła na nic niepokojącego.
- Nieee... zsunął się po boku. Zemdlał chyba.
- Ta gorączka jest dziwna, dlatego cię wezwałem – zaznaczył maester Aemon i w trójkę nachylili się nad chorym.
- Może się zatruł?
- On nie jadł prawie nic od dwóch dni – wyznał młody. - I nie pił bebłot Ulmera – zaznaczył na wszelki wypadek.

Usta Willama Snowa drgnęły i poruszyły się.
- On coś powiedział! Co on powiedział?
- Nic nie słyszałem.
Młody chrząknął. - Powiedział, że wali mu z mordy padliną.

Nachylili się jeszcze niżej nad ustami Willama.
- Pierwiosnki to to nie są – oceniła Alysa. - Ale padlina też nie.
- Ja nic nie czuję – zaznaczył Aemon.
- Śmierdzi jak każdemu – wyznał młody.

Willam Snow


Biegła ku niemu, mała kulka szarych futer, zanosząc się śmiechem. Willam wytrząsnął spod kaftana mokry śnieg, który mu tam wepchnęła pełną garstką. Uciekała i zawracała, aż wreszcie ją dopadł, też roześmiany i wtarł w jej policzki śnieg z błotem, ten pierwszy śnieg, który spadł wczesną jesienią i zaraz począł topnieć. Pierwszy i zarazem ostatni śnieg w jej życiu.

Odwinęła się w jego uścisku i zatopiła ostre zęby w jego przedramieniu.

***

Jestem mieczem w ciemności.
Jestem strażnikiem na murach.
Ogniem w ciemności.
Rogiem, który budzi śpiących.
Tarczą, która osłania krainę człowieka.

A gówno prawda. Starym człowiekiem jestem.

Jestem napierdalającą głową Septy.
Jestem flakami Septy, zawiązanymi w supeł wokół Septy kręgosłupa i będę rzygał, niech no tylko wstanę...


Willam Snow otworzył oczy i jęknął, bo blady świt za oknem oślepił go jak cios buzdyganem między oczy. Uniósł się na łóżku i pomału spuścił stopy na zimną podłogę. Głowa gibała mu się na szyi wte i we wte, dla równowagi nogi miał sztywne jak z drewna. Żeby jeszcze pił coś, ale gdzie tam. Cierpiał skutki przepicia bez picia. Struł się czymś i nie wiedział czym. Już wczoraj było fatalnie, a dzisiaj będzie jeszcze gorzej.

Ledwie odnotował wejście Marudy... nie, wróć. Eddisona Tolleta. Tak się nazywał. Nowy rekrut.
- W nocy przeszedł Warkocz Kusicielki – zagaił chłopak, a gardła Septy dobył się w odpowiedzi bliżej nieokreślony bulgot.
- To cudownie. Czy ktoś już kogoś zabił? - wydusił wreszcie Septa z głębin ściśniętych trzewi Septy, przez przelewające się wodospady nadprodukcji żółci.
- Zamknąłem stajnie – odparł szybko chłopak. Będą z niego ludzie, znaczy.
- Trzeba łajno wygarnąć, bo po pęciny już koniom sięga.
- Tak też sobie pomyślałem, jak zobaczyłem światła na niebie i jak zobaczyłem ciebie...
- Że co?
- Że wstał nam dzisiaj naprawdę gówniany dzień.

Willam próbował się zerzygać, ale mu nie szło. Poczołgał się więc na śniadanie, a gówniany dzień rozlewał się po horyzont nieprzebytym morzem łajna.
- Nie dam ci pieniędzy, Willam – oczy Flinta mogły być przekrwione i załzawione, ale Pierwszy Zarządca i tak okopał się w twierdzy swoich racji.
- Jak mam kupić konie bez pieniędzy?
- Ja nie wiem – Flint rozłożył ręce, z rękawów posypały mu się pomięte karteluszki. - Przecież ja ci nie ze sknerstwa odmawiam. Nie dam, bo nie mam.
Koniuszemu Czarnego Zamku odbiło się żółcią.
- Dobrze. Dobrze! Ulmer, Mordeczko, kiedy za Mur jedziesz?
- Będzie za trzy cztery dni...
- To nie pojedziesz, bo ja ci koni nie dam. Nie ze sknerstwa, nie, skąd. Nie dam, bo nie mam!
- Jak ci zaraz...
- Spokój – rzucił Marbran, przerywając szeptaną rozmowę z córką i Aemonem. - Willam, nie ma pieniędzy. Oprócz wielu innych rzeczy nie ma też złota. Musisz znaleźć inny sposób. Może rozmnóż te konie, co je mamy?
- W cztery dni? Poza tym, żadna klacz się nie grzeje i... - zamilkł, bo Marbran najpierw uniósł palec, a potem przechylił się przez stół, objął go dłonią za kark i przycisnął czoło do jego czoła.
- Właśnie przyjechał Joran. Właśnie mi doniósł, że dzicy przełażą przez Mur w okolicach Długiego Kurhanu, bo bardziej niż Skagosów boją się Toczącej się Czaszki. Czaszka ponoć skrzykuje ludzi. Lord Stark wespół z Boltonem ślą kruka za krukiem, bo im się dupy marszczą ze strachu przed Skagosami. W nocy przeszły Kudły Kurwy i jeszcze przed świtem musiałem rozsądzać bójki... Willamie. Oszczędź mi w taki dzień jak ten szczegółów z pożycia intymnego koni z łaski swojej. I. Znajdź. Nam. Wierzchowce.

Willamowi opadło wszystko, co nie opadło mu do tej pory. Jak przez gruby mur słyszał, że Farwynd żali się Joranowi, że ojciec go bił, a matka nie kochała. Zwiadowca o dziwo słuchał tego rzewnego smucenia, nawet z pewnym współczuciem. I temu się Septa nie dziwił, bo wiedział, że Żelazny Człowiek, który łupił Lannisterów i łupiony Lannister na Murze zapałali do siebie niezwykłą przyjaźnią. Dziwił się, że Fallon miał rodziców. A Septa zawsze myślał, że grubasa może wywaliło podczas sztormu na brzeg jak gnijące truchło wieloryba.
- Snow, wezmę za ciebie wartę – rzucił mu cicho Qhorin i Septa poczuł coś na kształt wdzięczności. Mógł się zaszyć u siebie i pocierpieć w spokoju. Oraz, oczywiście... Znaleźć. Nam. Wierzchowce.

Cztery godziny potem znajdywanie wierzchowców dalej tkwiło na etapie „Do Lorda Rickarda Starka, Namiestnika Północy, Lorda Winterfell...” oraz brzydkiego kleksa pod spodem. Na tym też etapie znalazł go Joran Lannister, który był wysyłał kruki do Wschodniej Strażnicy i przy okazji zgarnął list, który przyszedł do Willama. Pergamin skakał w rękach Septy jak mysz, a oczy nie mogły się skupić na literach.
- Przeczytam ci – zaoferował Lannister i przeczytał. - Czy pamiętasz takiego konia, Horna, takiego kudłatego trochę, gniadego, ze śladem po zaleczonej grzybicy wokół ucha, który nie porósł sierścią. Spod twojej ręki. Czy myślisz, że koń może oszaleć? Co by zrobiło, żeby koń oszalał? Lars, koniuszy Wschodniej Strażnicy, ręką maestera Mikaela.
- Oni tam wszyscy nad morzem poszaleli! - eksplodował Septa. - Lars że wysyła kruka w sprawie konia! I Najlepszy też dobry, że mu tego kruka wysłał! Jasssssne!
- Nie wygląda to składnie – przyznał Joran.
- Składnie? To się kupy nie trzyma! Żarty się was tam trzymają?! Dupie uszy chcecie dorabiać?!

I urwał, bo własny eksplodował mu w czaszce miriadami igiełek bólu.
- Połóż się.
- Nic mi nie jest.
- Oczywiście. Połóż się, bracie.

Septa się jednak nie położył, bo oprócz tego, że go bolało, to go jeszcze zaczęło nosić i nie mógł patrzeć ani na jeden, ani na drugi list. W stajni Ed Maruda machał dzielnie widłami.
- Łajno tu, łajno tam, wszędzie łajno – podśpiewywał sobie przy pracy i nagle zamierzył się na Willama widłami.
- Gdzie? - huknął Willam.
- Wybacz, panie – zmitygował się Ed. - Zlałeś się z tłem.
- Bardzo kurwa śmieszne. Osiodłaj Pioruna, objadę go kawałek po dziedzińcu chociaż. Niech coś będzie dobrego z tego gównianego dnia.

I przy drugim okrążeniu wszystkie problemy Willama nagle cudownie się rozwiązały. Zrobiło mu się naprawdę słabo. Najpierw spod tyłka odjechał mu koń, a potem styrana dusza Septy odjechała w mrok.

***


Była noc, ale niebo nad Murem drgało i pobłyskiwało w światłach Warkocza Kusicielki. Maester Aemon ostrzegał go, że może to sprowadzić dziwne sny i dziwne myśli, ale nic takiego mu się nie przydarzyło... choć niektórych z braci faktycznie popierdoliło ze szczętem. Willam po prostu nie mógł spać, bo mu światła zaglądały w okno. Więc snuł się po dziedzińcu jak smród po portkach i podziwiał. W końcu, piękne to to było, i zdarzało się ponoć nieczęsto, warto popatrzeć.

Tedy i łaził z zadartą głową, chociaż zimno było, że aż strach. Ostatni taki mróz poprzedniej zimy. Właśnie dlatego był pierwszym, który powitał przy tunelu powracającego z dalekiej wyprawy za Mur Qhorina. Wpierw poczuł niemożebny wkurw, bo choć tego konia na którym zwiadowca zjechał widział po raz pierwszy, to niewątpliwie koń nadawał się już tylko na kiełbasy. Qhorin był w lepszym stanie... ale tylko niewiele lepszym, wychudzony jak śmierć, blady jak śmierć i cuchnący jak psujący się trup. A potem zobaczył, kogo zwiadowca przyciągnął ze sobą na drugim koniu, którego jeszcze można było wielkim nakładem sił i środków ratować. Zobaczył i go zatkało.

Dziewczyna tkwiła na siodle wczepiona dłońmi w łęk jak kot. Równie zabiedzona jak Qhorin, z wielkimi czarnymi oczami rozpalonymi ogniem gorączki, piegami odcinającymi się ostro od bladej twarzy. Miała najwyżej kilkanaście lat, dziecko niemal.
- Moruad zsiadaj – polecił jej zwiadowca, dziewczyna posłusznie uniosła się i oklapła zaraz z powrotem.
- Posikałam się – jęknęła ze wstydem i schowała twarz w futra. - Posikałam się i przymarzłam do siodła...
- Willam, ściągnij ją – warknął Qhorin, a dookoła nich nagle się zaroiło od braci. Septa próbował wykonać polecenie, dziewczyna leciała mu przez ręce, miękka i bezwładna. I gorąca jak piekło.
- Qhorin, do Lorda Dowódcy!
- Zaraz! Ona ma gorączkę! To nie zaraza jakaś? - zaprotestował Septa i został zignorowany doszczętnie. Qhorin odszedł, za nim inni, a Septa został sam. Kiedy zaś wreszcie oderwał dziewczynę od siodła, na własne oczy się przekonał, że nawet jeśli się posikała, to nie stanowiło to sedna problemu. Futra, w które była owinięta były przesiąknięte gęstą, czarną niemal krwią, krew zamarzała parując na siodle.

- Ktoś mi może pomóc? - mruknął Willam pod Warkoczem Kusicielki. - Nie? Tak myślałem, kurwa. Jak zwykle. Hopla, dziewczyno. Idziemy do maestera.

Nie mogła iść, więc wziął ją na ręce.
- Jesteś ranna?
- Ranna... - poświadczyła, albo tylko powtórzyła za nim drewnianym głosem.

Kiedy położył ją w komnatach Aemona i pilnował, dopóki maester nie wróci z baterią swych tajemniczych buteleczek i flakoników, nagle się rozpłakała. Pomiędzy jednym a drugim spazmem Willam wyłowił tyle, że chciała tylko złota. Tylko złota i rudego Flinta i czy innego Norreya, żeby ją wziął za żonę, a teraz wszystko stracone. Rozpaczliwe dramaty dziewczątek płaczących, że nigdy nie znajdą męża nie były Sepcie obce. Miał w końcu siostry. Toteż odpowiedział najlepiej jak umiał, że maester zaraz przyjdzie, że twarzy jej nie poharatało i dalej jest ładna, że dla takiej twarzy całe stada Flintów i Norreyów będą się tłuc po mordach. Łzy wyschły jej w jednej chwili.
- Masz dobre serce. Ale nie masz racji.

Lord Dowódca zszedł do niego nad ranem do stajni i zastał go czyszczącego zapamiętale okrwawione siodło, na którym przyjechała dziewczyna.
- Wywal to. Nie. Spal to. Jeszcze dzisiaj, teraz. I, Willamie... nic nie widziałeś. Durne plotki to ostatnia rzecz, jakiej mi trzeba.

***

Biegła ku niemu, mała kulka szarych futer, zanosząc się śmiechem. Kiedy ją złapał, odwinęła się w jego uścisku i zatopiła ostre zęby w jego przedramieniu. Czuł się źle, dlatego jej się udało. Czuł się słabo i okropnie śmierdziało mu z gęby.

I wtedy zdał sobie sprawę, że jest obserwowany. Na polu śniegu rosły trzy czardrzewa. Usta wszystkich trzech twarzy drgnęły, otworzyły się trzy pary oczu. Gałęzie jednego z drzew wyciągnęły się ku niemu i gładziły po nagiej piersi. Korzenie innego boleśnie przebiły skórę na boku i Willam wrzasnął.
- Patrz! - rozkazała Twarz Pierwsza.
- Słuchaj! - rozkazała Twarz Druga.

- Dlaczego tak mi z mordy jedzie? - poskarżył się Twarzom. - Padlinę żarłem?

- Obudź się! - rozkazała Twarz Trzecia i nadeszło światło.

I niewiele się, generalnie, zmieniło. Wisiały nad nim trzy Twarze.

- Pierwiosnki to to nie są – powiedziała Twarz pośrodku, twarz należąca do Alysy Qorgyle. Coś smyrało Willama po piersi i nie były to wcale gałęzie czardrzewa, tylko włosy Alysy. - Ale padlina też nie...
- Ja nic nie czuję – oznajmiła Twarz po Lewej, otoczona wianuszkiem siwych włosów twarz Aemona. Maester właśnie ugniatał mu sękatymi palcami okolice wątroby, czy może trzustki.
- Śmierdzi jak każdemu – oceniła Twarz po Prawej, ani chybi twarz Marudy Tolleta. - Dajmy mu lekarstwa Ulmera. Pomoże mu albo zabije. O patrzcie! Chyba nas słyszy! Lekarstwo Ulmera działa nawet niepodane!

Samotny


Leżał w wykrocie już drugi dzień. Nie powinien, wiedział, że nie powinien tykać tego łosia, mięso leżało zbyt długo i cuchnęło, ale głód był silniejszy. Teraz leżał, cierpiał i czekał, aż przejdzie. Mimo wszystko z pełnym brzuchem. Przejdzie, jak zawsze przechodziło. Usłyszał głos rogu, ale nie wyszedł ze swojej kryjówki. Żył tu nie od wczoraj i wiedział, że jeśli słychać rogi, to jacyś czarni jadą z lasu, by zniknąć w trzewiach lodowej góry. Tacy go nie interesowali. Ułożył się wygodniej i zasnął.

Biegła ku niemu. Mała kulka szarego futra.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 28-09-2012 o 13:58.
Asenat jest offline