Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 01-10-2012, 11:37   #6
Asenat
 
Asenat's Avatar
 
Reputacja: 5766 Asenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputacjęAsenat ma wspaniałą reputację
Joran Lannister


Cisza, kiedy już złożysz przysięgę, staje się pojęciem względnym. Podobnie jak samotność. Brat z Nocnej Straży nigdy nie jest sam. Zostaje przeklęty lub pobłogosławiony towarzystwem podobnych sobie martwych ludzi, którzy na południu nie mają już czego szukać.
Przy kominku parowała armia przemoczonych butów. Wysokie, wyłożone krecią skórką buty Jorana przy rozdeptanych buciorach jego zastępcy Wiotkiego wyglądały niemal na buty kobiety. Joran miał małe, wąskie stopy o wysokim, arystokratycznym podbiciu. Wiotki miał nogi wielkie jak czółna i szerokie jak końskie kopyta... dzięki temu, jak sam twierdził, nie zapadał się w bagnach Przesmyku. Wiotki gadał do siebie przez sen, przez kotarę dobiegał jego zaaferowany głos. Nawet przez sen składał raporty. Albrecht Snow pojękiwał przy każdej zmianie pozycji, rana musiała mu doskwierać i nie dziwota – zanim Wiotki zszył go, jeszcze za Murem, przez cięcie wyglądały sploty kiszek. Ale Albrecht przeżyje, Joran był tego pewien, przeżyje nawet pomimo leczenia Najlepszego Maestera, na jakiego zasłużyli martwi ludzie. Aenys Florent, Tregar Piątka i Czerwony Desmond chrapali w tercecie, Aenys cienko i przenikliwie, Tregar zachłystując się własnym oddechem, a Desmond głośno i burkotliwie, jak wszystko, co robił. Joran jako szlachcic i dowódca mógł mieć własną, niepozbawioną pewnych wygód celę. Odmówił. Był martwym człowiekiem. Wolał sypiać obok swych martwych braci, dzień i noc słuchać, jakie są ich radości i smutki. Piętnastu jego najlepszych ludzi – jeszcze niedawno było ich dziewiętnastu – wykończonych długim pościgiem za dzikimi, walką i powrotem na Mur w jesiennej upierdliwej, marznącej mżawce – spało lekkim snem zwiadowców i bezpiecznej komnacie Wschodniej Strażnicy. Ktoś zakaszlał przez sen, ktoś się poruszył. Lionel wyszeptał nieobecnym głosem imię kobiety, ktoś jęknął „nie umieraj”. Albrecht jęczał i Joran wstał, by dać bratu wody.
Wiotki poderwał się, gdy tylko Joran postawił stopy na podłodze.
- Dokąd idziemy? - zapytał, zanim jeszcze otworzył oczy.
- Nigdzie. Śpij.
Poprawił Albrechtowi opatrunki i przysiadł przy kominku, by jeszcze raz przeczytać listy.

Do Jorana Lannistera, starszego nad zwiadowcami Wschodniej Strażnicy
Gdy tylko znajdziemy maestera godnego by dołączyć do odważnych braci na Murze, szlachetny pan będzie wiedział o tym pierwszy.
Gunthor, maester Cytadeli, sekretarz


Aha, czyli nie. Czyli pocałujcie Cytadelę w dupę, dzielni bracia, nie mamy dla was nikogo. Nawet nie szukamy, ale nie wypada nam tego powiedzieć wprost. Joran przez chwilę miał ochotę zmiąć pergamin i cisnąć go w płomienie, zamiast tego wsadził go do kamionkowego dzbana po miodzie, obok trzydziestu innych, podobnych odpowiedzi. Cytadela słała dworne odpowiedzi, a jemu umierali ludzie, których można było uratować. W walce stracił tylko jednego... trzech zmarło już we Wschodniej Strażnicy. Derekowi sam wbił nóż w serce, bo maester Najlepszy rozłożył bezradnie ręce nad zapapraną raną, a Joran nie mógł patrzeć, jak Derek się męczył. Mieli ginąć w obronie Królestwa. Ginęli od chorób, na które były leki – ale oni ich nie mieli, ginęli od ran, które można było zamknąć – ale potrzebny był ktoś, kto wiedziałby jak. Umierali, tym razem prawdziwie – bo nikogo nie obchodzili.

Joran,
Harga 30 mil od Czarnego Zamku, 90 ludzi. Przysiągł pokój. Zostaje na zimę. Latający Wąż martwy, biją się. Wodzem jego syn lub brat. 100 ludzi. Arrec Złamany Topór idzie morskim brzegiem na południe, 200 ludzi lub mniej. Kobiety i dzieci. Trwaj w zdrowiu, bracie.
Qhorin, ręką maestera Aemona


Potarł oczy i sięgnął po wino. Należało za to wypić. Harga był starym, złośliwym, wrednym dziadem, ale skoro ruszył zad pod czardrzewo i wydusił zza połamanych zębów, że nie ruszy Straży, będzie się tego trzymał aż do roztopów. Joran żałował, że Półręki nie wzniósł się na wyżyny elokwencji i nie napisał, jak zginął Latający Wąż. Polowali na niego obydwaj... a teraz dopadł go kres. I bardzo, kurwa, dobrze. Jego oddział rozbije się teraz pomiędzy wodzuniów mniejszego formatu. A mniejszych łatwiej skubnąć. Arrec trochę go zmartwił, bo Joran wolał, by siedział tam, gdzie siedzi, a nie właził Żmiji na jej tereny – ale trudno. Idzie zima, dzicy jako zwykle się ruszają, każdy chce sobie wymościć wygodny, cieplutki barłóg przed mrozami. Ktoś będzie się musiał usunąć, ktoś dostanie w łeb, aż wreszcie zapadnie spokój, przysypany zaspami. Nowy kształt sił za Murem nie wyglądał tak źle i Joran naprawdę mógł się za to napić. Napił się i za Qhorina, którego Lord Dowódca praktycznie uwięził w Czarnym Zamku. Joran się temu nie dziwił ani trochę – gdyby głowa Półrękiego sfrunęła z barków na jakimś zwiadzie, ugoda ze Skagosami mogłaby pójść w zdecydowanie nieciekawym kierunku. Moruad rzadko bo rzadko, ale czasami brała sobie do serca słowa zwiadowcy. Mimo wszystko – żal mu było brata. Rozumiał, że serce może się rwać za Mur. Zwiadowca zamknięty w zamku był bezużyteczny i gnuśniał.

- Joran! - ktoś go poklepał po twarzy. - Pany Lannister! Trzeba wstać!
Nachylało się nad nim brodate oblicze Nuka i łasicowata gęba Wiotkiego.
- Już, co...
- Żmija przyszła. I syn Gormunda. I Szybki Jyck. I Cedrica Ręka Sztormu. I...
- I cholera idę już. Wprowadźcie ich, do sali wieczernej, dajcie...
- Pany Lannister. Pany Bettley zakazał dzikich wpuszczać za Mur. Są pod bramą. Ognisko sobie rozpalili.

Żmija się wścieknie.

- Jest jeszcze coś, o czym nie wiem?
- W nocy przyleciał kruk z Czarnego Zamku – westchnął Wiotki. - Qorgyle każe ci złożyć kurtuazyjną wizytę Skagosom. Blane doniósł, że łażą po strażnicach i Pająk się wkurwił. Masz przemówić Skagijce do rozumu.
- Nuk, znajdź jakiś kawał mięsa. I wino, dużo wina – skoro Bettley zabronił puszczać dzikich za bramę, Joran podejmie ich pod bramą. Sojusze z dzikimi trzeba pielęgnować i podlewać winem, inaczej usychają.

A Żmija faktycznie była wściekła. Nawet podlana winem była wściekła i Joran diabelnie dobrze ją rozumiał. Ile to już lat... dużo. Obydwoje byli młodzi, choć nie... to on był młody. Żmija była tylko... młodsza niż teraz. Jego pierwszy sojusz, i choć zawarł potem znaczniejsze i ważniejsze, ten okazał się najtrwalszy. Jego pierwszy błyskotliwy plan na Murze – by zawrzeć sojusz z dzikimi rybakami i na ich łodziach przeprawić się na tyły plemienia, które szarpało i ludzi Żmii, i Straż. I choć były potem plany o niebo bardziej błyskotliwe i lepiej przeprowadzone, ten był pierwszy i zajmował w sercu Jorana poczesne miejsce. Teraz zaś Żmija siedziała przy ognisku, wiatr targał jej siwymi kłakami, i pluła mu jadem w twarz. Jej córka Cedrica milczała gniewnie, a inni przywódcy rybackich wiosek pchali się na wyprzódki przed siwowłosą Żmiję o przywiędniętej twarzy, by uzupełnić ten obraz nędzy i rozpaczy własnymi spostrzeżeniami.

- Ja się ciebie nie czepiam – syczała Żmija przez ognisko. - Ale wychodzi mnie, żeście poszli ze Skagosami baraszkować i my teraz nieważni są.
- Nic z tych rzeczy. Miałem do ciebie jechać. Arrec idzie na twoje ziemie.
- Arrekiem ty mi Czarne Serce gęby nie zatkasz – parsknęła. - Nie znasz go. Ja znam. Pobijemy się trochę, potem pogodzimy i spokój będzie. Mi o to idzie, żeś poszedł ze Skagosami do łóżka.
- Nie przypominam sobie... musiała być niezła popijawa.
- Joran – odezwała się milcząca dotąd Cedrica i przysiadła się bliżej. Jej miedziane włosy pachniały skrzypem i dębową korą. Była piękna – tak piękna, jak potrafią być dzikie kobiety. - Matka jest gniewna. Skagosi od paru lat częściej nas... odwiedzali. Ale nie wszczynali burd, pytali tylko o stare opowieści, o Sahayedę i Erranda. Tośmy i ich puszczali. Potem znikli. Teraz znowu przypływają, i znowu łupią, mordują i porywają kobiety. Obiecałeś nam ochronę. Przysięgałeś. Czy słowo Jorana nic nie znaczy?

Wtedy, lata temu, gdy zawierał z nimi sojusz, właśnie to im dał. Chcieli broni – ale powiedział, że da im coś lepszego. Ochronę i swoje słowo.

- Jest coś jeszcze – mruknęła Żmija i zamachała pustym bukłakiem, więc podał jej własny. - Doszły nas słuchy, że magnar Skagos dogaduje się z Toczącą się Czaszką. Że płaci mu solą za sojusz. I że Czaszka zbywa go tylko dlatego, że chce więcej soli. Wiesz o tym, Czarne Serce? Nie? A to by znaczyło, żeście tę sukę Moruad dopuścili pod własną pierzynę, głaskacie w każdą stronę i cieszycie się durni, że wam mruczy pod ręką... a podczas gdy wy słuchacie jej kłamstw, jej brat dogaduje się ponad waszymi głowami z przyszłym Królem za Murem!
- Czaszka ogłosił się królem?
- Jeszcze nie. Ale nie liczyłabym, że poczeka, aż wam wrony rozum wróci!
- Obiecałeś nam, Joran!
- Przyrzekłeś nam ochronę!
- Znalazłeś nowych przyjaciół, toś o starych zapomniał?!

***


Skagoski wojownik o twarzy naznaczonej czerwonym wykwitem oparzeliny górował nad nim wzrostem. Miał wielkie bary, wielkie łapy i wielki topór. Zza jego pleców szczerzyła do niego dziwnie ostre zęby wysoka, smukła kobieta o dzikich oczach w wytatuowanej twarzy i miękkich ruchach polującego kota. Te zęby chyba ktoś jej połamał, tak dziwnie równo. To była bezpieczna myśl... bo taka, że spiłowała je sobie sama, żeby były ostrzejsze, mogła zaburzyć spokojny sen na długie noce. Druga z kobiet stojących za Hwarhenem z klanu Crowl była młodziutka, przez gładką twarz ciągnęła się cienka blizna, ta stała spokojnie i spoglądała z rozwagą.
- Joran? - wyraził powątpiewanie Hwarhen Crowl. - Joran Czarne Serce? - zmierzył go powtórnie wzrokiem. - A nie wyglądasz!
Wiotki oderwał zafascynowane spojrzenie od wytatuowanej Skagijki i szturchnął Lannistera w bok.
- Hwarhen? Hwarhen Bez Żony? - pokazał palcem na dwie kobiety za plecami Skagosa. - A nie wygląda, co, bracie?

Ryk śmiechu odbił się echem od ruin opuszczonej strażnicy. Skagosi wybuchnęli jazgotem i poklepywali się z uciechy po udach. Najgłośniej śmiał się Hwarhen. Miał łzy w oczach i chichotał nawet wtedy, gdy doprowadził czarnych braci przed Moruad Magnar.

Nie zmieniła się od czasu poprzedniego spotkania. Miał wrażenie, że wcale się nie zmienia.
- Joran. Wiele czasu minęło. Usiądź. Jedz. Pij.
„Snag”, szeptał tłum za jej plecami. „Snag, snag”. Tak go nazywali. Wydra. Śmiał się kiedyś z tego przezwiska, dopóki Nuk mu nie wytłumaczył, że według skagoskich wierzeń wydra to najsprytniejsze zwierzę, które ukradło promień słońca i dało je ludziom, by mogli rozpalać ogień wśród długich nocy wiecznej zimy, w czasach, w których nie było lata.

***


Nie zmieniła się w ogóle. Joran miał wrażenie, że mówi do ściany lodu, jego słowa wylatują z jego ust i rozbijają się miękko o jej niewzruszony, lodowaty zimny spokój.
- Nic mi o tym nie wiadomo. Skąd przypuszczenie, że mój brat zwierza mi się ze swych planów, trosk swego serca... czy czegokolwiek.
- Jesteś jego siostrą.
- Jestem Skagijką. On jest magnarem. Jestem jego owcą, a nie siostrą.
- Straż jest zaniepokojona, że Skagos może zawrzeć sojusz z Toczącą się Czaszką.
- Rozumiem zaniepokojenie Straży, Joranie z klanu Lannister.
- Ale go nie podzielasz?
Miała wielkie, czarne oczy. Oczy, w których jeśli patrzyło się zbyt długo, można zatonąć razem z głową, by nigdy się nie wynurzyć.
- Rzekłam. Czego z moich słów nie pojąłeś, Czarne Serce? Jeśli magnar będzie chciał przymierza z Czaszką, to je zawrze. Magnar jest bogiem. Jego wola jest wszystkim.
- Jeśli magnar będzie miał wolę uderzyć na Mur?
- To zapłaczę. Nad tobą. Nad sobą. Nad wszystkimi, którzy zginą. Ale moje łzy nie będą miały żadnego znaczenia, Joranie. Tak jak i moje zdanie.
Wbił wzrok w ognisko.
- Na razie twoje słowo traci na znaczeniu. Obiecałaś trzymać ludzi z dala od Muru.
- Obiecałam. I dotrzymuję.
- Czyżby?
- Och. Czy coś zostało zniszczone?
- Nie?
- Czy ktoś z moich ludzi zabił wronę?
- Nie.
- Zatem moi ludzie trzymają się z dala od Muru, Joranie. Uwierz mi – gdybym nie dotrzymała słowa, które dałam Półrękiemu, od razu poczułbyś różnicę.

Nie. Moruad Magnar zdecydowanie nie była owcą. Kiedy zapadła noc i przyszła, by go obudzić, bo niezbliżajacy się do Muru Skagosi wypatrzyli dzikich, którzy przez Mur przeszli, bynajmniej nie beczała jak owca. Za to wymogła na nim, by do pościgu za dzikimi dołączyła Alraun z klanu Rork, ta ze spiłowanymi zębami, i jej ludzie.
- Qorgyle wpuścił mnie ziemię Straży. Powiedz mu. Powiedz mu, Czarne Serce, że póki tu jestem, będę tej ziemi bronić. Nie przyjmę odmowy.

Joran Lannister w środku nocy poczynił jeszcze jedno ważne spostrzeżenie. Jeśli magnar Skagos będzie miał wolę uderzyć na Mur, a zapłakana Moruad będzie wówczas wolała być owcą – Joran chciałby zająć każde miejsce, które nie będzie znajdowało się naprzeciwko klanu Rork. Wszyscy mieli spiłowane zęby. Wszyscy wyglądali, jakby żywcem wyszli z dawnych czasów, kiedy magnarowie Skagos byli władcami ludzi i bestii, Boltonowie obdzierali żywcem Starków ze skóry, a posyłanie sobie uciętych głów, rąk i innych części ciała było powszechnie uważane za wyszukaną dyplomację. Rorkowie nie mieli koni, ale w niczym to im nie zawadzało. Alraun przytrzymywała się lekko jego strzemienia i biegła, nadążając za koniem w kłusie. Kiedy dopadli dzikich, nie miała nawet zadyszki. Miała za to mord w oczach.

***


- Piętnastu. Z jednej rodziny. Jedna miała nawet dziecko przy piersi – relacjonował Qhorinowi przy śniadaniu cztery dni później.
- Musieli się potwornie bać, skoro ryzykowali wspinaczkę z dziećmi.
- I bali się. Wiotki przycisnął jeńca. Powiedzieli, że uciekali, bo doszły ich słuchy, że Czaszka ruszył się na południe.
- Mówiłeś Moruad?
- Mówiłem. Powtórzyła raz jeszcze, że skoro dopuściliśmy ją na Długi Kurhan, będzie bronić tej ziemi. Kazała powiedzieć Qorgyle'owi...
- ... że żąda przebicia bramy pod Długim Kurhanem.
- Jako żywo.
- Mówiłem ci, bracie. Ona jest magnarem.
- Nie jest... jeszcze.
W szarych oczach zwiadowcy, z którym się przyjaźnił i rywalizował jednocześnie, pojawił się błysk rozbawienia.
- Oczywiście, bracie. A ty nie jesteś – już – Lannisterem.
- Byłeś już u Marbrana?
- Idę za dwie godziny.
- Ja za dwie godziny mam wartę za Septę – odparł wolno. - To nam daje dużo czasu na sprawdzenie, czy nauczyłeś się jakiejś podłej sztuczki od poprzedniego razu.

Joran wyszczerzył zęby. Nauczył się, i to niejednej, a kilka było naprawdę podłych. Nie dokończyli śniadania i niebawem dziedziniec rozbrzmiał pieśnią stali i krzykami gapiów. Najgłośniej darł się Fallon, któremu chyba już odpłynęły obudzone Kudłami Kurwy wspomnienia trudnego dzieciństwa, by zakopać się znowu głęboko w pamięci. Grubas klaskał i machał bukłakiem.
- Z prawej go, z prawej, Joran, tak jak wtedy!

Przerwał w połowie wyjątkowo podły wybieg, bo Qhorin odskoczył i zadarł głowę wysoko, pokazując mu coś końcem miecza. To była prosta sztuczka, ale zbyt często działała. Joran się zaśmiał. Fallon krzyknął przenikliwie. Qhorin zamknął oczy.

Jeden z wartowników na Murze, mała czarna sylwetka, odbił się od krawędzi i runął w dół.
 

Ostatnio edytowane przez Asenat : 01-10-2012 o 12:56.
Asenat jest offline