John Hiway
Piranie popatrzyły po sobie...
Ricky? Eeee... Noo..
Podobno miał być.
Ale gdzie jest, to nie mam pojęcia...
Chyba będzie trzeba jeszcze poczekać...
Albo spytać kogoś innego. Wokół ciebie knajpa szaleje i krzyczy rykiem głośników, śmiechem i wołaniami bawiących się ludzi... Przeszło Ci przez myśl, że mógłbyś się do tego przyłączyć...
Albo przynajmniej jeszcze jednego browarka wypić.
Byle nie wydać za dużo...
Gdzież ten Ricky?
Nagle kiedy szedłeś do baru, poczułeś klepnięcie w ramię.
Za Tobą stoi
blondyna, ta którą widziałeś z indiańcem.
-
Jesteś proszny do Hella, do stolika pana RavenBlade'a.
Zanim zdązyłeś odpowiedzieć, odwróciła się na pięcie, za balansowała biodrami, żeby nie potrącić kolesia niosącego w rękach sześć szklanek piwa i zniknęła w tłumie...
Roxie
Łowy... Powinny odbywać się w ciszy...
Ale cisza lasu jest głośna, tak samo jak cisza miasta.
Tu po prostu nieco wzmocniona...
Czerwonoskóry siedzi spokojnie przy stoliku, z twarzą oświetlona błękitną poświatą monitora laptopa.
Błękit i cienie wyostrzają jeszcze jego rysy.
Przez chwilę spoglądał na Ciebie, ale niewidzącym wzrokiem, z telefonem przy
uchu. Potem odprężył się, rozejrzał...
Po chwili nachylił się do towarzyszki, coś cicho jej powiedział.
Wstała, podeszła do schodów.
Mijając Cię, przyjrzała się, krótko, przelotnie, ale uważnie.
Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na salę i wyszła na górę.
Indianiec został sam, oparty o kanapę, z rekami założonymi na kark.
Crawler -Co jest Crawler?
Tak, to ja... Słuchaj, stary, jest nie najlepiej... Trevora szlag trafił.
Zaćpał...
Kurwa jego mać - pomyślałeś
-I tu jest kłopot, bo nie wiem czy kapela się nie rozpadnie. Ale jak tylko będę coś miał, to Ci dam znać, możesz być spokojny. Może spróbuj w samej Proximie?
Dobra, stary, muszę kończyć...
Rozłączył się.
Wyraźnie się spieszył.
Kurwa.
Tłum faluje, woła, śmieje się, bawi. Jakaś parka obściskuje się tuż obok Ciebie...
Patrzą sobie w oczy rozanielonym spojrzeniem.
Panienka ma na oczach makijaż, którego zrobienie kosztowało zapewne ze stówę. Wróciła do Ciebie myśl o herbacie, ale z towarzyszką.
Mieć spokój.
Słysząc muzykę, zabawę, żeby nie zatracić się w ponurych rozmyślaniach, ale mieć spokój...
A swojego znajomego z zaułka widzisz między tłumem, siedzi przy stoliku pod ścianą, z telefonem przy uchu.
Napoleon
Znasz głos w słuchawce.
To ten łapiduch z kliniki...
-Dzień dobry panu, tu doktor Jones. Prowadzę leczenie pańskiej siostry.
Powstał drobny kłopot.
Środki które przedawkowała pańska siostra, spowodowały ciężkie uszkodzenie wątroby. Dopiero po detoksykacji organizmu, mozna było ją przebadać.
Potrzebna jest operacja, wyklonowanie i wszczepienie nowej wątroby.
Jeżeli nie zostanie to zrobione, pańska siostra umrze najpóźniej w tydzień.
Pomijam już inne narządy, które zostały uszkodzone i tez wypadałoby "załatać".
Nie lubię przekazywać takich informacji...
Na chwile przerwał, jakby chcąc by słowa jakie usłyszałeś w pełni dotarły do twej świadomości.
-Operacja która uratuje jej życie, będzie kosztowała około 2500 dolarów, razem z kosztem pobytu w klinice. Okres rekonwalescencji przewiduję na około dwa tygodnie, w cenie 50 dolarów za dzień... Proszę pana? Proszę pana, słyszy mnie pan?
Odpowiedź "Tak, zrozumiałem" musiała mu wystarczyć.
Dwa i pół kafla w kilka dni?! JAK?!
Obraz blondyny wyparował Ci z umysłu...