Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 11-10-2012, 22:25   #9
Kovix
 
Reputacja: 60 Kovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znanyKovix wkrótce będzie znany
Stos… o kurwa, zaraz komuś może być naprawdę ciepło – pomyślał Roddard, patrząc na siedzącego na drzewie Morta. Trzeba było działać ostrożnie, ale szybko.
- Dobra, złaź stamtąd i czuwaj tutaj. Postaram się zobaczyć coś więcej i wrócę po ciebie. Nie rób nic durnego i nie zgrywaj bohatera. Od nas może zależeć życie naszych braci – dodał poważnie, patrząc na schodzącego z drzewa chłopaka.
- I bądź przygotowany na ucieczkę. Obserwuj, czuwaj cały czas.
Po tych słowach, Roddard nałożył kaptur, sprawdził broń i ruszył naokoło, by podejść możliwie najbliżej siedliska , pozostając niezauważonym.

- Lorn - usłyszał przenikliwy, wysoki głos Gwiazdy, kiedy czołgał się pomiędzy porośniętymi mchem głazami. - Przynieś te włócznie, co je wczoraj opalałeś...
Nie usłyszał odpowiedzi Lorna. Za to coś w głosie dzikiej go zaniepokoiło. Mówiła tak, jakby płakała.
- Gówno mnie obchodzi, że twoje! Bennetowi nie dasz? W zaświaty go bez broni wyprawisz?
Chyba naprawdę płakała. A przynajmniej oczy miała czerwone i mokre. Mort miał rację - kałdun rzeczywiście miała wielki jak bęben, ale i tak wydawał się bagażem doczepionym przez pomyłkę do jej smukłej, wytwornej sylwetki, tak jak i stadko dzieci uczepionych postrzępionych skór, w które była ubrana. Na południu kobiety po jednej ciąży wyglądały jak cielne krowy. Gwiazda z tuzinem bachorów wyglądała nieodmiennie jak księżniczka... Stos... i tu Mort miał rację, stos też był wielki. U stóp Gwiazdy leżały nieruchomo trzy ciała w czarnych płaszczach. Głowa jednego z trupów była odsłonięta i po rzadkich, pożółkłych kłakach Roddard poznał Benneta.
Przez otwartą bramę z siedliska wybiegł pies o skudłaconej sierści, z nosem nisko przy ziemi.

Roddardowi to wystarczyło. Zanim pies pierwszy zdążył wyniuchać jego, zwiadowca wyszedł z krzaków w zasięg wzroku kobiety i jej braci. Nie czekając na ich reakcję, która mogłaby być dość gwałtowna, zawołał:
-Gwiazdo! Zaczekaj z tym stosem, z łaski swojej. Mógłbym wejść?
Lorn wycelował w jego piersi jedną z przyniesionych włóczni, pies skoczył z ujadaniem... Lorn opuścił włócznię po chwili z zagubionym i zawstydzonym uśmiechem... a ten drugi, Carmicheal chyba, poczęstował psa kopniakiem. Gwiazda rozłożyła ramiona, bachory przywarły do niej szczelniej.
- Roddard! - jęknęła rozdzierająco. - Nieszczęście takie! Wielkie nieszczęście! Bennet, orzeszek biedny, taki młody, martwy całkiem na śmierć! Andrew i Tomas też martwi na śmierć! Nieszczęście takie!

Roddard westchnął z ulgą. Nie zdziwiłoby go, gdyby jeden z braci nie wytrzymał i cisnął włócznią przed upewnieniem się, w kogo celuje, no ale na szczęście tak się nie stało. Byli zbyt wolni albo zbyt bystrzy, jednak Worsworn podejrzewał to pierwsze.
- Powiedz mi szybko, co się z nimi stało - rzucił sucho. Widok trzech martwych braci zasmucił go bardziej, niż to okazywał, ale od emocji zdecydowanie była tu Gwiazda.
- Powiedz mi, kto to zrobił.
Dzika zacisnęła zęby tak mocno, aż usłyszał trzask. Wlokąc za sobą uczepione skór dzieci ruszyła do Roddarda, jakby chciała go staranować swoim obrzmiałym obietnicą nowego życia brzuchem. Złapała go za rękę i na poły prowadząc, na poły wlekąc doprowadziła do ciał. Spod zabrudzonych i poszarpanych płaszczy wyglądały bose stopy.
- Patrz! - krzyknęła Gwiazda, a jej głos zaczął przypominać warczenie psa. - Patrz, co im zrobili! Potwory! Pół dnia drogi od mego domu!
Szarpnięciem zmusiła go do klęku i odrzuciła płaszcze z trupów. Ktoś inny pewnie zasłoniłby dzieciom oczy albo kazał im odejść, ale nie Gwiazda. Inne dzieci zapewne by zapłakały z przerażenia... bachory dzikiej patrzyły się na trupy nie wydając ani jednego dźwięku. Andrew miał podcięte gardło, zapewne dopadli go we śnie. On też był najkompletniej ubrany. Z Benneta i Tomasa zdarli prawie wszystko, resztki czarnej przyodziewy zwisały z pobladłych ciał w długich, okrwawionych strzępach. Oni musieli walczyć, choć trudno było stwierdzić, który cios ich zabił. Obydwaj mieli wyprute wnętrzności i skórę na udach poznaczoną długimi, pewnymi cięciami.
- Widzisz?! Widzisz?! - ręka Gwiazdy dotąd obejmująca brzuch w ochronnym geście spoczęła na karku Roddarda i poczęła go naciskać coraz mocniej i niżej, by schylił się nad martwą twarzą Benneta, by zajrzał w zasnute mgłą nieobecne oczy. - Zabij ich! - wyszeptała dzika żarliwie i ujęła go za policzki brudnymi dłońmi o wąskich palcach księżniczki. - Zabij te bestie dla mnie! Zabij ich wszystkich!

Roddard znowu westchnął. Popatrzył chwilę na Gwiazdę, na ciała, a w końcu na Morta.
- Miałeś siedzieć w krzakach. - zawołał. - Chodź tu teraz.
Mort wystawił spomiędzy rzadkiego listowia jasną jak wiecheć słomy głowę. Uśmiechnął się nieśmiało do dzikiej i równie nieśmiało do Roddarda, wybadując sytuację.
- Pokój, eeeee, temu... domowi - wypalił. - To ja po konie pójdę...
Spojrzał znowu na Gwiazdę.
- Wybacz. To mój... towarzysz. Nie chciałem, żeby zawracał ci głowę, ale najwyraźniej boi się ciemności. Nie będzie ci przeszkadzał. Powiedz mi proszę, ale spokojnie - tu Roddard zmusił się do uśmiechu - gdzie ich znalazłaś. I kto to zrobił.
Raz jeszcze spojrzał na Morta. Będzie go musiał porządnie opieprzyć. Czasem zapominał, że chłopak nie jest wyćwiczonym bratem z Nocnej Straży, ale gówniarzem, który wciąż ma mleko pod nosem i może z byle powodu narobić w gacie.

Gwiazda chyba się uspokoiła, choć piersi nadal falowały jej w szybkim oddechu jak smagane wiatrem korony drzew. Przeciągnęła jasny warkocz przez ramię i przytuliła mocniej dzieci do bioder. Niemowlę w chuście na jej plecach przebudziło się i zaczęło miauczeć, iście jak głodny kot.
- Ja... nie, ja nie, tuptusiu głupi. Gdzie po wertepach z takim brzuchem chodziłabym, a? Wern z Kernem na baby się wybrali, i im nie poszło, jako zwyczajno. Wracali i znaleźli Benneta, orzeszka biednego, nad Jelenim Skokiem. Pół dnia drogi stąd. I zostawili, głupie bydlaki z braci moich. To i kazałam im jechać nazad i przywieźć te biedne pszczółki - przyklękła i pogładziła martwego Tomasa po policzku. - Napatrzył się już, tuptusiu? Bo trzeba ich spalić!

- Oczywiście okradziono ich z tych wszystkich rzeczy ZANIM ich znaleźliście, prawda? - spytał Roddard, patrząc na Gwiazdę i jej braci i starając się, by pytanie brzmiało niewinnie.

- Za kogo ty nas masz?! - oburzyła się do głębi Gwiazda w imieniu swoim i swoich siedmiu braci zbójów. - Za złodziei?
- A ty chciałaś, siostra, żebym trupom własne włócznie oddał - dodał Lorn. - To patrz ich teraz, czarnych niewdzięczników!

Kurwa, nigdy nie był dyplomatą. Uśmiechnął się i powiedział coś w stylu “przecież nie to miałem na myśli”, ale to pewnie też nie brzmiało wiarygodnie. No nic, będą musieli to przeboleć. Jego głowę zaprzątało teraz jedno pytanie - kto. Kto zabił jego braci, kto im wyrwał organy wewnętrzne, pokaleczył i na końcu pośmiertnie okradł.

Właściwie wszystko wskazywało na Skagosów. Oni mieli zwyczaj odkrajania mięsa z zabitych wrogów, żeby to potem zjeść. Nie miał właściwie pojęcia, czemu mieliby to robić, ale znając ich dzikość i skłonność do agresji, każdy powód mógłby być dobry. Ktoś też mógł tak zaaranżować to morderstwo, by wyglądało na robotę kanibali. Na przykład ktoś, kto chciałby ich skłócić ze Strażą. Był tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć - trzeba było jechać nad Jeleni Skok.

- Dziękuję za wszystko Gwiazdo, i zapewniam, że nie chciałem was urazić. Wyświadczyliście wielką przysługę Straży, znosząc tu ich ciała i przygotowując do ceremonii pochówku. Na pewno tego nie zapomnimy. Jednak teraz nie mogę zostać tu ani chwili dłużej - muszę jechać nad Jeleni Skok odkryć, kto zabił naszych braci. Mam nadzieję, że to zrozumiesz.

- Pffff... - dzika machnęła ręką lekceważąco. - Trupom życia nie wrócisz.

Przerwał na chwilę, obserwując Gwiazdę i jej braci. Bo tej wpadce raczej nie będzie chciała, by został na kolację, a jemu zdecydowanie to odpowiadało. Ludzie tacy jak Gwiazda męczyli go.

Kiepski był z niego mówca, ale samopoczucie gospodyni naprawdę niewiele go teraz obchodziło. Jeszcze raz pożegnał się, zapewnił o swojej wdzięczności i kłaniając się, odszedł w stronę Morta.

- Biedaczek - zagruchała Gwiazda - zasmutkował się, popatrzcie... Jesteście niedobrzy dla miłego tuptusia! Czekajcie, dam wam czego na drogę... Musisz być silny, jak będziesz polował na te bestie - pobiegła w stronę otwartej bramy. Lorn pokręcił głową z niesmakiem zasłonił twarze martwych wron resztkami przyodziewy i podniósł ciało Benneta, by złożyć je na stosie.
- Gwiazda na dniach zlegnie - mruknął jeden z braci, chyba Wern, ale Roddard nigdy nie był tego pewien. - Zawsze jej wtedy odwala. Trzeba to znieść, wrono, taka rzeczy kolej - westchnął. - Martwimy się. Zabili Benneta prawie pod naszym domem. A do tego siostra magnara Skagos męża sobie bierze, Raymunda Toczącą się Czaszkę. Ślubny gościniec może winniśmy im wysłać, i wy też, wrony. Najlepiej duży, ostry topór. Razem z kimś, kto będzie potrafił się nim zamachnąć... - Pewnie się tu Skagów zaroi jako muchów na gównie. Powiedz mi, Roddard, jako myślisz... Powinniśmy uciekać?

Mort trzymający konie i oganiający się od wspinających się na wierzchowce bachorów dzikiej rozwarł gębę na pełną szerokość.
- Cza... Cza... Czaszkę?

- Nie wiem nawet, kto to jest ten czaszka, ale uciekać z całą pewnością nikt stąd nie powinien - odparł Roddard z pewnością w głosie.
- Póki ten teren jest pod ochroną Straży, żaden Skagos, który będzie miał złe zamiary, nie postawi tu stopy. Nie musicie się ich obawiać.

Sam do końca nie wierzył w to, co mówił, ale postarał się, by jego słowa brzmiały wiarygodnie. Zagrożenie ze strony Skagosów było więcej niż rzeczywiste; Roddard był prawie pewien, że wkrótce poleje się krew. Nie było jednak potrzeby dzielenia się swoimi wątpliwościami z ludźmi, za których bezpieczeństwo, bądź co bądź, Straż była odpowiedzialna.
- Czas już na nas - rzekł, odbierając od Gwiazdy jakieś zapasy i pakując je do juków. Jeżeli rzeczywiście coś w okolicy będzie się działo, nie wahajcie się szukać opieki na Murze. Każdy Skagos, który będzie się tam kręcił, dostanie pięć strzał w dupę. Na początek.

Ruszyli razem z Mortem pod wskazane miejsce, ignorując propozycję jednego z braci Gwiazdy, który oferował się zaprowadzić ich tam. Roddard nie ufał żadnemu z nich, a poza tym nie wierzył, że którykolwiek byłby w stanie szybko i sprawnie dojść tam bez gubienia istotnych tropów czy śladów. W całym Czarnym Zamku było zaledwie kilkoro zwiadowców, mogących konkurować z Worswornem w kwestii poruszania się w dziczy. Ufał swoim zdolnościom.

Po drodze postanowił złajać Morta za brak szacunku do jego rozkazów:
-... i nie kazałem ci tego robić, bo lubie oglądać chłopców na czatach, tylko dlatego, że akurat potrzebowałem czujki i chciałem się podkraść do tej ich cholernej chaty. Wyobraź sobie, co by było, gdyby zauważyli cię pierwszego i nie rozpoznali! Miałbyś włócznię w brzuchu szybciej, niż zdążyłbyś krzyknąć “Nie strzelajcie”.
Jeżeli daję jakiś rozkaz, to to nie jest moje widzimisię, tylko część jakiegoś planu...

Roddard jeszcze chwilę nawijał tak naburmuszonemu chłopakowi, licząc, że choć parę zdań zostanie w tej łepetynie. Głupi to on nie był ponad normę, ale krnąbrny i lekkomyślny. Czasami zanadto wierzył w swoje możliwości. Roddard zdążył się już z tego wyleczyć.

***

Przez Jeleni Skok pędziły masy wody, jakby chciały zdążyć do morza przed mrozami. Choć nurt był wartki, nie przetarł sobie jeszcze szerszej drogi, szczyt wodospadu był wąski i zaiste, jeleń w biegu mógłby przeskoczyć z jednej skały na drugą nad białą kipielą. Na dole pomiędzy mokrymi, porosłymi mchem skałami na rozlewisku pływały butwiejące liście.
- Patrzałem, słuchałem... - oznajmił Mort, wyłażąc z krzaków - i nie ma nikogo. Nikogo prócz nas.
Stanął na krawędzi skały obok Roddarda i zapatrzył się w rozlewisko na dole.
- Chyba widzę ryby, ha! Roddard, dobra ryba nie jest zła.
Worsworn odwrócił się od wodospadu i wrócił do śladu po ognisku. Duża plama krwi ciągle była widoczna na zrytej wieloma stopami ziemi. Tutaj zapewne zginął Andrew... Nisko pochylony, przytrzymując zsuwający się kołczan, szukał dalej. Parę metrów zaledwie, pod starym, pokręconym grabem, kolejne plamy krwi, zryta ziemia, dalej wygniecione krzaki i ślady wleczenia czegoś ciężkiego po ziemi. Z cierniowej gałązki ściągnął kilka włókien czarnej wełny. Dobrej, ciepłej wełny... i wtedy zdał sobie sprawę, że za plecami ma cudowną, lecz podejrzaną pustkę, nikt mu nie zadaje tysiąca pytań, nikt nie łapie za ramię. Morta nie było! Odwrócił się gwałtownie. Na skale, na której poprzednio stał chłopak, leżał zwinięty czarny płaszcz. Ruprecht siedział na nim jak Szczurzy Król na włościach i obracał orzeszek w zwinnych łapkach. Obok leżał pas z mieczem i buty.

Przechylił się przytomnie przez krawędź skały, zanim krzyknął... ręce mu opadły. Jego podopieczny właśnie stał na skałce pośrodku rozlewiska i musiał ściągnąć gacie i podwiązać sobie powyżej pasa resztę przyodziewy. W półmroku świeciły niczym latarnie jego blade, chuderlawe półdupki. Ubezpieczając się przy użyciu sporawego kijaszka, chłopak zsunął się w wodę i począł dźgać kijkiem kamienie na dnie. Roddard zagryzł zęby. Jak zacznie teraz wołać gówniarza, będzie go słychać w całej okolicy. Mort przesuwał się pomału w stronę płycizny, aż wreszcie pochylił się i podniósł coś z wody. Wreszcie zobaczył Roddarda, i podniósł rękę. Jego twarz rozjaśniał triumfalny uśmiech. I ciągle się uśmiechał, kiedy wylazł z powrotem na skałę, z nożem w zębach.
- Patrz - podał mu nóż. - Polazłem rybkę nam złapać, a patrz, co w wodzie leżało. Ale wypatrzyłem, co? No powiedz, Roddard? Wypatrzyłem, co nie? Oczami patrzyłem!

Nóż był z brązu, szeroki, ale tępy jak nieszczęście, choć zadbany i zgubiony widać niedawno. Ostrze i rogową rękojeść pokrywały runy Pierwszych Ludzi.

- Co ja ci kurwa poprzednio mówiłem o słuchaniu poleceń - Roddard musiał uważać, by nie podnosić głosu i przez to karcenie brzmiało trochę komicznie. Chłopak był niereformowalny.
Ale zdolny. Wziął od niego nóż i obejrzał go ze wszystkich stron. Mógł należeć do każdego, chociaż...
- Dobra, panie bystre oko. Na pewno usłyszy o tym Lord Dowódca, może dostaniesz dodatkową łychę gulaszu - uśmiechnął się półgębkiem. Powinniśmy teraz wracać do Czarnego Zamku.
- To nie idziemy za nimi? - zacukał się młody.
Roddard westchnął. Spodziewał się tego pytania. Sam bił się z myślami.
- Moglibyśmy, ale jest dużo przeciw. Najprawdopodobniej już ich nie znajdziemy, bo poruszają się co najmniej tak szybko, jak my. A jeśli na nich trafimy... Widziałeś, co zrobili tamtym. Ich było trzech. Trzech wyszkolonych, zaprawionych w boju braci. Obdartych ze skóry i okaleczonych. Nas jest... dwoje.
Przez chwilę chciał powiedzieć, że półtora, ale dał sobie spokój ze złośliwościami, nie był to najlepszy moment. Najchętniej wysłałby chłopaka do Zamku, by nie ryzykować jego zdrowia, a sam popędził za oprawcami. Mort jednak by się na to nie zgodził.
- Jak każesz, Roddard... ale głupio trochę, nie? - Mort smarknął przeraźliwie. - Jakby mnie tak sprawili, to chciałbym... no żeby ktoś... żeby kogoś obeszło. Damy konikom trawy pożreć? Tam taka całkiem zielona jeszcze.

Braci się nie zostawia. Kilkunastoletni młodzik zwracał mu uwagę. Przygryzł wargi. Nie powinien w ogóle mieć wątpliwości.
- Szukaj śladów. Jedziemy za nimi.
Mort wyszczerzył się w uśmiechu, obwinął się płaszczem i ruszył, pochylony nisko nad ziemią. Roddard został sam z końmi i wtedy zauważył, że od dłuższego już czasu wyraźnie, i z wyraźnym upodobaniem, gadziny żrą coś z ziemi. Pośród źdźbeł zbrązowiałej trawy tkwiły drobne, nie większe niż paznokieć małego palca pokruszone grudki. Czerwone jak krew.

Wziął do ręki, obejrzał, powąchał i ostrożnie dotknął wargami. Smakowało... solą. Wziął kilka z ziemi i zapakował do kieszeni. Ktoś z Zamku na pewno będzie wiedział.

Po obejściu całej okolicy ślady nietrudno było odnaleźć.Szły początkowo na wschód - pięcioro ludzi, sześć koni. Jednak z niektórych wynikało, jakby dwoje ludzi wlokło trzeciego. Mógł być rannym.

Albo jeńcem.
 
__________________
Incepcja - przekraczamy granice snu...
Opowieść Starca - intryga w ogarniętej nową wojną Północy...
Samaris - wyprawa do wnętrza... samego siebie...
Kovix jest offline