Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 16-11-2012, 21:37   #5
abishai
 
abishai's Avatar
 
Uniwersytet Bostoński, duma miasta. Miejsce pracy wielu uczonych poważanych w świecie nauki.


Ludzi o wielkiej wiedzy i równie wielkiej kulturze osobistej. Przynajmniej w większości przypadków. Bowiem profesor zoologii Maximillian Phileas Arturo nieco odbiegał od swych standardów. Młodszy od swych uczonych kolegów zdobył swoje stanowisko po części dzięki wiedzy, po części dzięki darowiznom na rzecz uniwersytetu w postaci różnych wypchanych egzemplarzy egzotycznej fauny. Profesor Max słynął ze swej wiedzy, słynął też z niewyparzonego języka, porywczości i sporej siły. Przez co był jedynym członkiem grona naukowego wzywanym regularnie na dywanik przez rektora uczelni.
Ale przecież nie wina Arturo, że jego rywal Dempsey był “potomkiem gibbona i kozy, który dzięki woli Najwyższego nauczył się mówić”, a przeciwnicy teorii Darwina “zabobonnymi ciemniakami, którzy nie mając własnych argumentów sięgają po książki religijne i traktują Boga jako pałkę do walki z wszelkimi niewygodnymi pytaniami i tezami.” Mimo bycia obecnie przykładnym protestantem Max nie lubił mieszać Boga w naukowe dysputy uznając, że świat jest zagadką do rozwiązania daną ludziom przez Stwórcę do rozwiązania.

O tej porze zwykł kierować się żwawym krokiem do auli wykładowczej, by przekazywać swą wiedzę ubarwioną typowymi dla siebie porównaniami, które w żartach krążyły potem po całej uczelni. Zwłaszcza jeśli te porównania dotyczyły grona profesorskiego uczelni, z którym to w większości był skonfliktowany.


Profesor Arturo był wysokim postawnym mężczyzną, dobrze zbudowanym. I ubierającym się w dobrze skrojone garnitury. Stać go było na to. Zmierzwione włosy i okalająca twarz broda nadawały mu nieco barbarzyński wygląd co w połączeniu z tubalnym głosem robiło piorunujące wrażenie.
Dzięki temu wykładach profesora Arturo panowała zawsze cisza i dyscyplina.
Zresztą porywczy Arturo był też skory do rękoczynów, a i znane były jego uczniom opowieści o burdach barowych jakie prowokował w czasach studenckich i … które ponoć i obecnie mu się też zdarzały.
Niewątpliwie profesor Arturo był jednym z najbardziej kontrowersyjnych badaczy natury na uniwersytecie. Bo i jednym z nielicznych, którzy badali ją czynnie, choć często poprzez muszkę i szczerbinkę.

Obecnie idąc w kierunku budynków uniwersyteckich nie myślał wcale o wykładzie. W każdym razie nie o swoim wykładzie. Dostał bowiem, podobnie jak część naukowców, zaproszenie na wykład B.E.Chance’a.
Profesor Arturo domyślał się czemu będzie poświęcony wykład. I czemu on dostał zaproszenie. Podobnie jak B.E. Chance, Maximilian Arturo badał pochodzenie legend i istnienie mitycznych gatunków. Tyle że przez lata swej badawczej działalności zdołał się przekonać, że legendarne zwierzęta to najczęściej tylko legendy i nic więcej. A “dowody” na ich istnienie jakie pokazywali tubylcy są zwykłymi oszustwami. Arturo wychodził z założenia, że jeśli jakiegoś stwora nie udało mu się upolować, to znaczy że on nie istnieje.
W swym życiu obalił już kilka południowoamerykańskich i afrykańskich mitów. I uważał Chance’a za niepoprawnego marzyciela, który za bardzo ufa podaniom, a za mało twardym faktom. Co gorsza wiedział, że nie tylko on został zaproszony, ale także grono innych naukowców uniwersyteckich. W tym “zaskorupiałe dziadygi” jak to zwykł nazywać swych kolegów po fachu, którzy zamiast poznawać prawa natury zatrzymali się na bronieniu przestarzałych i nielogicznych dogmatów istniejących od czasów Linneusza.
Spodziewał się pyskówki z obu stron, a sam... czuł się głupio.
Z jednej strony darzył pewną sympatią doktora Chance’a, z drugiej przyznawał rację jego oponentom.
Z tymi rozterkami wszedł do sali wykładowej i rzekł głośno.- Dzisiaj panie i panowie, porozmawiamy sobie o rybach. I to bynajmniej nie tych zwykłych. Dipnoi czyli dwudyszne. Kolejny przykład na to, że zwierzęta potrafią w ekstremalnych warunkach. I przykład na to, że dziwactwa nie są tylko domeną prac doktorskich. Także i natura potrafi zaskakiwać...

Wieczorem profesor Maximilian P. Arturo został dowieziony na wykład przez swego szofera. Choć sam umiał prowadzić samochód, to rzadko siadał za kółkiem. Prowadził bowiem tak jak dyskutował, agresywnie i szybko. I kończyło to się często wypadkami. Dlatego też tym razem miał szofera, choć tego nie cierpiał.
Właściwie nie wiedział czego się spodziewać po tej prelekcji. I sensacji... nie było. Niemniej tajemniczość B.E. Chanca skłoniła Arturo do spróbowania spotkania się z doktorem w cztery oczy po wykładzie. I wyjaśnienia kilku tajemnic, które skrzętnie ukrywał za niedopowiedzeniami.
A potem... do domu.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 17-11-2012 o 15:32. Powód: poprawki
abishai jest offline