Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-03-2013, 08:47   #9
valtharys
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 4512 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Sir Richard Sharp był już autentycznie wyprowadzony z równowagi. - Pana relacje z Sir Faulknerem są mi obojętne, szczerze mówiąc, mam je w głębokim poważaniu. Co do pańskiej zaradności, aż boję się pomyśleć w jakich jeszcze dziedzinach się przejawia. Honorowy meżczyzna nie wkradałby się na pokład podstępem, jak nie przymierzając zbój jakiś. W Paryżu Pan wysiada... chyba że woli Pan wcześniej - wskazał ręką okno samolotu.

- Pańskie słowa to zniewaga czystej wody. W innych okolicznościach żądałbym satysfakcji, ale jak pan spostrzegł jestem niedysponowany. Poza tym musi mieć pan wyraźne braki w wykształceniu i nie zapoznał się pan jeszcze z działami Machiavelliego, który powiada, że trza być i lisem i lwem.
Dziennikarz rzucił butnie i zaczął podnosić się z podłogi.

- A groźby, które pan wobec mnie stosuje nieprzystoją, ani dżentelmenowi, ani członkowi Klubu Ekscentryków, drogi panie. Milczeniem oczywiście zbędę fakt, że raczej nie dałby pan rady jej zrealizować.

- Hahaha - zaśmiał się serdecznie Sharp. - Satysfakcji? Takowoż daję tylko tym, którzy na nią zasługują. Pana w tym gronie nie ma, z Machiavellim proszę mi tu nie wyjeżdżać, mi zwykły kodeks szlachecki wystarczy. Nie ma w nim nic o wkradaniu się potajemnie na pokład samolotu. Jeśli tak bardzo chciał Pan polecieć, wystarczyło znaleźć nas w Bagdadzie i racjonalnie wyłuścić nam argumenty za pańskim towarzystwem. Póki co proponuję, żeby dał się Pan do końca opatrzyć doktorowi Bucketowi i nie unosząc się grzecznie czekać na wysiadkę w Paryżu. I suponuję o większą rozwagę w doborze słów, bo naprawdę o moim honorze gotów zapomnieć.


- Niestety mimo szlacheckiego urodzenia, nie dane mi było odziedziczyć żadnej fortuny i ze smutkiem muszę wyznać, że nie byłoby mnie stać na przelot do Bagdadu. Okoliczności życiowe i kłopoty finansowe, nie zniechęciły mnie jednak do podróżowania i odkrywania świata, drogi panie. I to zapewne jest jednym z powodów dla których sir Faulkner nieprzerwanie odmawia mi członkostwa w Klubie Ekscentryków. Na koniec pozwoli pan, że wyrażę nadzieję, że to nie pańska osoba ma w tej ekspedycji decydujący głos.
Dziennikarz z nadzieją w oczach spojrzał na pozostałych członków wyprawy.

- Nie mam, ale widocznie prasa z jakichś względów jest na naszej wyprawie niepożądana. Nie są to moje decyzje. Wobec tego proponuję trzymać się zaleceń naszych mocodawców. Tyle miałem do powiedzenia. Teraz jestem ciekaw zdania innych członków wyprawy.

-Nikt, nikogo nie będzie wyrzucał z pokładu samolotu, którym dowodzę drogi panie Sharp - powiedział Ross, który chwilę przysłuchiwał się rozmowę
- Pański żart, gdyż za to mogę uznać pańskie słowa, nie był w najlepszym tonie. - słowa szlachcica były spokojne, chociaż dało się w nich wyczuć pewną przyganę
- Wielu dzielnych ludzi straciło swoje życie nad tymi ziemiami, a ja nie zamierzam powiększać tej listy o kolejne nazwiska - dodał i skinął głową dziennikarzowi. Musiał przed sobą przyznać, że facet był odważny i zdeterminowany, cechy które można było podziwiać u drugiego człowieka
- Jeżeli o mnie chodzi, to o naszej wyprawie dostaliśmy raczej zalecenia i nie widzę powodu, dla których nie mielibyśmy skorzystać z dodatkowej pary rąk

- O widzi pan, panie Sharp. Z miejsca da się zauważyć, że pan kapitan to człowiek z klasą i o szlachetnym sercu - rzekł przymilnie dziennikarz - Proszę mi zatem wybaczyć moje naganne zachowanie, panie... - mężczyzna zawiesił wymownie głos i spojrzał na Rossa.

- Proszę mi wybaczyć ten brak manier. Malcolm Kyle Ross - przedstawił się szlachcic
- Alfred Irving, miło mi - mężczyzna wyciągnął dłoń i wymienił uprzejmości ze wszystkimi obecnymi, poza oczywiście panem Sharpem, którego tylko obrzucił wilczym spojrzeniem.
- Bardzo się cieszę, panie kapitanie, że będę mógł wziąć udział w tej jakże ekscytującej wyprawie. Jak już wspomniałem wcześniej, nie będę dla nikogo ciężarem i postaram się na każdym kroku dowodzić swojej przydatności. - uśmiechnął się szeroko, ale uśmiech szybko zgasł przez atak bólu złamanej reki.

-Mi również miło poznać pana panie Irving. Jednakże pragnę zauważyć, że to tylko mój głos. Jednakże będzie pan musiał posłuchać decyzji większości naszej “drużyny”, jako iż nikt z tutaj obecnych nie może sobie rościć prawa, do dowodzenia nami jak oddziałem wojskowym - uśmiechnął się lekko - Poza tym, proszę wybaczyć moim towarzyszom, wszelkie ostre słowa. Prasa niezbyt przychylnie zareagowała na ostatnie wieści z Bagdadu i wszyscy możemy być lekko poddenerwowani, nie jest to normalna sytuacja -
-No chyba nie będziemy się bawić w demokrację, panie Ross. Skoro jest pan kapitanem, to pan tu decyduje.
Teraz mina szlachcica była minimalnie inna - Panie Irving, ma pan po części rację, bo kapitan na pokładzie swojego samolotu jest, jak to bywało dawniej na okrętach “pierwszym po Bogu”, jednakże nasza wyprawa, nie ogranicza się tylko do pokładu tego samolotu. Nie zamierzam pana wyrzucać na siłę, ba jeżeli pan chce mogę zabrać pana nawet do Bagdadu, ale obawiam się, że bez zgody reszty naszej wyprawy, podróż do Bagdadu może okazać się bezowocna. - szlachcic zamilkł na chwilę strzepując jakiś niewidzialny pyłek ze swojej kurtki
- Podziwiam pańskiego ducha i pańską determinację, dlatego jestem bardziej przychylnie nastawiony do tej sytuacji.

- Może nie mam wielkiego doświadczenia w tego typu wyprawach, ale wiem jedno. Na każdej ekspedycji musi być jakiś przywódca, lider. Ktoś kto tupnie nogą we właściwym momencie i wskaże innym drogę. Skoro jest pan kapitanem tego samolotu, to moim zdaniem także całej wyprawy. Jednak skoro nie ma innego wyjścia, to głosujcie drodzy państwo.
- Irving zakończył wbijając wzrok w nieprzychylnego mu Sharpa.

Thomas przez znaczną część podróży siedział czytając książkę. Chciał jak najwięcej dowiedzieć się o Bagdadzie, tamtejszej kulturze i zwyczajach. Lekturę przerwała informacja o “nieproszonym” gościu. Młodzieniec milczał przysłuchując się dość zabawnej wymianie zdań. Co jakiś czas lekko uderzał laseczką o pokład aż w końcu rzekł, uśmiechając się przy tym szeroko:

- Panie Irving skoro przyznał się Pan, że nie ma Pan doświadczenia w tego typu sprawach,a w dodatku zakradł się Pan tu jak szczur toteż nie widzę najmniejszego powodu by mógł Pan zostać z nami. Z uwagi na Pański stan , Pańska obecność może co najwyżej nas spowalniać a skoro szacowny Sir Faulkner nie docenił Pana to znaczy, że miał ku temu powód i to mi wystarczy - Thomas nie miał nic przeciwko dziennikarzom ale nie kiedy “pracował”. Trzeba czasem odpuścić sobie blask fleszy na rzecz bycia bardziej wydajnym.

Przedstawiać mu się nie zamierzał, bowiem nie sądził, by dziennikarz nie wiedział z kim ma przyjemność. Młodzieniec wyjął papierosa i zaczął się nim bawić. Na razie nie zapalał, bowiem mogło to po nie którym przeszkadzać.

Doktor skończył usztywniać złamaną kończynę dziennikarza.
- Wyjdźmy może na moment z ładowni, niech sobie tutaj pan Irving posiedzi, poczeka, odpocznie. Jak tylko podejmiemy konkretną decyzję, damy panu znać, na pewno- zakończył zwracając się do dziennikarza.

Gdy wszyscy opuścili pomieszczenie i zamknęli za sobą drzwi, doktor jako pierwszy zabrał głos.
- Rozumiem podziw, sympatię, wyrozumiałość i całą masę pozytywnych odczuć, którymi można darzyć naszego gapowicza, wszakże w innych okolicznościach mógłby być ciekawym towarzyszem. Aczkolwiek, musimy pamiętać, że nie lecimy na wakacje. Mamy na pokładzie cenny artefakt, a misja, jaką nam przydzielono wymaga nie tylko sprytu i determinacji, ale i dyskrecji. Nikt spoza naszego grona nie powinien o niej wiedzieć, włączając w to pana Irvinga. Nie chcę go przekreślać, ale jednak nie zaryzykowałbym brania go ze sobą, gdyby to ode mnie zależało. Nie znamy jego prawdziwych intencji, ani też... granicy przyzwoitości. Bo przyznam, że nie wyobrażam sobie siebie wślizgującego się na pokład samolotu. Człowiek taki jest zdolny, w moich oczach, do wszystkiego, żeby tylko osiągnąć swój cel. A jaki jest prawdziwy cel pana Irvinga, tego nie wiemy.
Mały człowieczek zmierzył wszystkich wzrokiem. Był jak najbardziej poważny, co zbyt często mu się wcale nie zdarzało.
- Z przykrością, ale proponuję wysadzić naszego ponadprogramowego pasażera w Paryżu. Nawet ofiaruję się opłacić mu bilet powrotny do Londynu.*

Thomas nie lubił się powtarzać, i rzekł krótko:
- I tu zgodzę się z doktorem. Zainteresowanie dziennikarzy może tylko nam utrudniać zadanie, choć jestem ciekaw co nasza Dama sądzi o tym ? - spojrzał uśmiechając się do Laury.

- Myślę, że gazety już dość kalumnii i bezpodstawnych oskarżeń powypisywały o moim biednym papciu. - powiedziała Laura - On już nie potrzebuje więcej rozgłosu. Ani on, ani my. Szczególnie od osoby, która nie miała dość honoru ani odwagi, żeby się do nas zgłosić i otwartym tekstem poprosić o możliwość udziału w wyprawie.

Richard nie bez satysfakcji spojrzał na Irvinga po wypowiedzi panny Laury. - Zarzucał mi Pan, Panie Irving braki w wykształceniu. Nie będę Pana naśladował, stanowiska wszystkich zainteresowanych są jasne. Zakładam, że potrafi Pan liczyć, także przyjdzie nam się pożegnać w Paryżu. Doradzałbym zaprzestanie nachodzenia nas, czy dalsze śledzenie. Pan Nereyan - Sharp wskazał suchego jak wiór, ale żylastego Gurkhę - dopilnuje, żeby w Paryżu nie udała się Panu sztuczka ze skrzynią. Swoją drogą szkoda by było drugiej ręki, nieprawdaż? W końcu jakoś artykuły trzeba napisać?

Sharp nie czekał już na komentarz Irvinga. Pogratulował pozostałym decyzji i zaproponował ponowne zajęcie miejsc. W końcu niedługo mieli lądować w Paryżu.

Irving był autentycznie przerażony. Przez kilka chwil trawił słowa, jakie właśnie usłyszał.
W końcu padł na kolana i ze łzami w oczach wyjęczał:
- Błagam was mili państwo. Ja muszę wziąć udział w tej wyprawie. Muszę... Blagam zabierzcie mnie ze sobą. Pomogę wam, naprawdę. Jeżeli nie wezmę udziału w tej wyprawie moje dalsze życie nie ma sensu. Błagam was. Wiem, że moje zachowanie było niewłaściwe, ale naprawdę nie miałem wyjścia. Myślałem, że dzięki temu zyskam w waszych oczach. Życie... życie cały czas kopie mnie po dupie, a ja nie umiem sobie z tym poradzić. Pragnę tak, jak wy zwiedzać świat, odkrywać nieznane miejsca i wieść życie pełne przygód. Niestety jedyne, co mi się udaje to nietypowe podróże. Błagam was. Błagam.

Thomas spoglądał z politowanie już na błagającego Irvinga i cały czas bawił się papierosem. Im bardziej błagał tym bardziej mężczyzna błaźnił się w jego oczach. Nie obchodziło go to zbytnio, cenił sobie ludzi szczerych ale i umiejących znosić trudy życia. Fakt jemu się poszczęściło choć musiał nie raz stawać na głowie by swoją pozycję utrzymywać na topie. Obraz płaszczącego się i łkającego Irvinga odrzucał go i rzekł:
- Panie Irving... proszę przestać bo wyrzucę Pana z pokładu. Proszę mieć trochę godności. Widząc coś takiego..tym bardziej skłaniam się ku temu że nasza wspólna decyzja była słuszna i właściwa.. Poza tym jest tu dama, toteż warto by zachować się jak mężczyzna - usiadł na swoim miejscu i zapalił papierosa. Nałóg czasem bywa zgubny.

Słowa Tempeltona tylko jeszcze pogłębiły desperację dziennikarze.
- Ja wiem... ja wiem, że to żałosne i niegodne mężczyzny. Musicie jednak państwo zrozumieć, że ja już obiecałem naczelnemu relacje z tej wyprawy. Jak tego nie zrobię, to mnie wywali na zbity pysk i będzie już po mnie. Błagam was, zlitujcie się nade mną. Zabierzcie mnie ze sobą. Ja naprawdę nie będę wam przeszkadzał.

Ton Thomasa stał się chłodny i zimny:
- Właśnie Pan to robi. Życie nauczyło mnie jedno: nie składaj obietnic których nie możesz dotrzymać Panie Irving...Proszę się już uspokoić.. Ja zdania nie zmienię, chyba że moi towarzysze postanowią inaczej... - dodał spoglądając na resztę drużyny

Irivng zamilkł i z nadzieją w oczach spojrzał na resztę grupy.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline