Najgorsza sesja w DnD --> trwała jakieś 15 min. Wszystko zapowiadało się dobrze, kola, czipsy, paluszki. Zebrała się cała ekipa. Wszystko z pozoru wyglądało jak zawsze, ale w powietrzu dało się wyczuć zdenerwowanie - takie ogólne, każdy miał wknrwa w swoim życiu prywatnym, każdy chciał się wyżyć. Przygoda zaczęła się rozluźniająco, jakaś impreza na cześć bohaterów, którzy ocalili miasto (kontynuacja kampanii). Bohaterowie wychodzą pijani z klubu i wracają do swojej karczmy - idą na skróty, ciemną uliczka i BACH! Walka! Absurd! Nikt nie założył zbroi, niektórzy tylko mieli w ogóle czym walczyć - no bo po co iść na imprezę w całym uzbrojeniu prawda? Potem poszło szybko = Kapłan Pellora rzuca czar, napięcie i zdenerwowanie rośnie, MG nie zna czaru, zaczyna się wertowanie podręcznika, wszystko jak w zwolnionym tempie, mnie dopada załamka, zero dynamiki, zero sensu, totalne DNO, rzucam wielką poduchą w MG, Gracza i podręczniki! BACH! Koniec sesji!

W ramach wyjaśnienia - nie czuję się winna, czuję, że uratowałam sobie i wszystkim wieczór :P