Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-05-2013, 17:51   #10
Bounty
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 9712 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację
- Niemiła? Ależ skądże panienko - Almos odrzekł z powagą Hannie, gdy wychodzili od kapitana. - Jeno uważaj na siebie i w razie kłopotów kryj się prędko za mymi plecami. Gdybyś była kobietą Jeźdźców Równin, które szyją z łuku nie gorzej niż mężczyźni a i nóż potrafią wrazić między żebra, byłbym o cię spokojny. - Zmierzył dziewczynę wzrokiem, spod przymrużonych powiek. - Aleś jest raczej delikatnym kwiatuszkiem, który wyrósł z tutejszego bruku - dodał z lekkim uśmiechem.
Dziewczyna zerknęła na niego, rumieniąc się. Sama nie wiedziała, czy to ze złości czy z przyjemności usłyszenia komplementu. Bo za komplement wzięła to bez zastanowienia, jakże kwiatuszek mógłby nie być piękny?
- Łuku nie umiem trzymać, ale sztylet niezgorzej, miły panie. Także z łapami poczekaj aż pozwolę.
Mrugnęła do niego wesoło, uznając, że złościć zupełnie nie ma się na co.
- Będę się trzymała za plecami. Bliziutko - przekrzywiła nieco głowę. - Szkoda, że nie jesteś odrobinkę wyższy.
- Na szczęście mam wysoką czapkę - Almos poklepał się po głowie.

Rozbawiony rozmową zerknął z kolei na drugą z dziewcząt. Jej strój był chyba nietutejszy. I na pewno był to strój dobrze urodzonej panny. Tylko takie zresztą miewały ochroniarzy.
- A panienka jakimiż to skromnymi umiejętnościami może nas wspomóc? I ma panienka jakieś imię?
- Jestem Irmina Brehm von Altwimsdorf - powiedziała jasnowłosa dziewczyna - możecie jednak mówić do mnie panno Irmino. Jestem też studentem Kolegium Niebios. Wprawdzie moje umiejętności magiczne są na razie rzeczywiście raczej skromne, postaram się was jednak wspomóc całą swoją wiedzą.
Nazwa “Kolegium Niebios” nic Almosowi nie mówiła, lecz gdy padło słowo “magiczne”, natychmiast odsunął się dwa kroki.
- Wybaczcie...panno Irmino - rzekł straciwszy nieco rezon. Nie potrafił ukryć nieufności, aż tak był chyba zbity z tropu ujawnioną profesją szlachcianki, z której trochę drwił sobie przed chwilą. - Jesteś pierwszą nie-averską kobietą, parającą się tajemnymi mocami, jaką napotkałem. U nas wie...szamanki wyglądają całkiem inaczej - zastanawiał się chyba jak w miarę grzecznie zakończyć tą krępującą rozmowę. - Czary rzeczywiście bywają czasem przydatne - rzekł wreszcie.
Dziewczyna dostrzegła jego zmieszanie. Była wystarczająco inteligentna by wysnuć z niego odpowiednie wnioski:
- Jestem tylko uczniem czarodzieja - powiedziała do Almosa patrząc mu spokojnie, prosto w oczy - a jedna z pierwszych nauk, które musiałam sobie przyswoić w Kolegium to taka, że mocy magicznej nie należy używać jeśli tylko nie jest to absolutnie konieczne. Domyśliłam się panie, że nigdy wczęśniej nie spotkałeś nikogo mojej profesji, bowiem strój jaki noszę, jest obowiązkową szatą, którą muszą przywdziewać wszyscy ludzie oficjalnie parający się magią w Imperium. To informacja dla innych, a także gwarancja mojego bezpieczeństwa, bowiem łowcy czarownic polują na takich, którzy mimo posiadanych zdolności i nie poddali się oficjalnemu szkoleniu. - Dodała jeszcze, by wytłumaczyć, najwyraźniej nieznającemu panujących w cywilizowanych częściach Imperium zwyczajów koczownikowi, realia, z jakimi być może przyjdzie mu się zetknąć.
- Wasze prawa mogą działać tu, ale nie na stepie - odpowiedział po dłuższej chwili nomada. - Raz tylko pewien inkwizytor aresztował klanową szamankę, choć omal nie doszło przy tym do bitwy. Ale po dwóch dniach szamanka wróciła, a ciał inkwizytora i jego eskorty nigdy nie odnaleziono. Duchy przodków i demony stepu pogrzebały ich na przestrogę innym.
Irminę wyraźnie zaciekawiła ta historia, ale ku uldze Almosa nie powiedziała już nic więcej. Nomada po prostu nie ufał czarom i czarownicom, nawet klanowym, nie mówiąc już o obcych. Wszystkie wiedźmy były szalone, zbyt łatwo było się im narazić i paść ofiarą uroku. Na wszelki więc wypadek Almos trzymał się od szlachetnie urodzonej magiczki na dystans.

***

Gdy strażnik imieniem Gregor załatwiał sprawy z właścicielem gospody, Almos zawołał dyskretnie pozostałych i nabijając fajkę, przemówił:

- Nie ufał bym na waszym miejscu temu Baerfaustowi. W bitwie, w której zginął elektor walczyła chwalebnie chorągiew Averów z klanu rodziny mojej matki. Jej brat, a mój wuj, opowiadał później jak to było, a wielu innych znanych z prawdomówności mężów potwierdza jego wersję. Jeźdźcy Równin walczyli obok chorągwi Baerfausta i gdy elektor wysforował się zbyt daleko między wrogów jeno z przyboczną strażą, chcieli ruszyć mu na pomoc, choć byli tylko lekkozbrojnymi. Baerfaust zakazał im tego dosadnymi słowy, a i sam, mając pod sobą pancerną jazdę palcem nie kiwnął, by ratować księcia, którego przysiągł bronić. Od tamtej pory stracił też na zawsze dobre imię wśród Jeźdźców Równin. Chcę znaleźć lub pomścić mojego kuzyna, ale nie być wmieszany w tutejszą politykę, bo jest brudna jak szczyny i śmierdzi jak to miasto. Pomnijcie tylko, kto raz złamał dane słowo, zrobi to raz jeszcze - koczownik pokiwał w zadumie głową i odpaliwszy fajkę wypuścił pod sufit obłok dymu.

Nie miał nic do Gregora, ale strażnik mógł powtórzyć jego słowa kapitanowi. Czego jak czego ale kłopotów miał Almos już dość. Ponadto był zmęczony. Przez ostatnie dwie doby spał może kilka godzin. Wynajął zatem siennik w trzyosobowej izbie, proponując Klausowi i obdartemu byłemu strażnikowi dróg wspólny nocleg, skoro już pracują razem. Przeprowadził też z dotychczasowego lokum dobytek Miklosa oraz oba wierzchowce, z pomocą mieszaniny wyrafinowanych gróźb i obietnicy napiwku wymuszając na chłopcu stajennym przysięgę na Verenę, że będzie się nimi dobrze zajmował. Niebawem, siódmy lub ósmy raz w ciągu tych dni, zmierzał cuchnącą Bruckberg Strasse w stronę doków.

***

Nie minęły dwie godziny odkąd się spotkali, a już znaleźli się w epicentrum zadymy. Nomada, widząc co się święci, chwycił zaskoczoną Hannę za dłoń i pociągnął na drugą stronę ulicy. Czarownicą się nie przejmował - takie jak ona sobie radzą. Odbiegli kawałek i skryli za rogiem sąsiadującego z tawerną magazynu. Tymczasem Klaus włączył się w rozróbę po stronie mścicieli niejakiego Rolfa. Almos jednak ani myślał bić się w cudzej sprawie. Zamierzał za to skorzystać z zamieszania.
- Czekaj tu – rozkazał dziewczynie.
Wyczekał aż jeden z walczących przeciw bandzie Rolfa wystarczająco mocno oberwie. Wówczas doskoczył i doprawił prawym prostym, krzycząc:
- Za Rolfa, ścierwo!
To zawołanie, trzeba przyznać, było naprawdę chwytliwe.
Złapał ogłuszonego dokera za fraki i popchnął z całej siły w krzaki, za róg magazynu, obok zszokowanej Hanny. Był to jeden z tych, którzy widzieli szastającego pieniędzmi Miklosa. Szansa, że któryś z nich zabił i obrabował młodzieńca była niestety spora. Rozeźlony tą myślą Almos poprawił jeszcze z kopa oraz pięści, po czym rozbroił dokera. Następnie przydusił go do ziemi.
- Ktośś tyy? – Wybełkotał półprzytomny mężczyzna.
- Słuchaj mnie ty – warknął nomada – dwie noce temu bawił w „Czystej Świni” mój szesnastoletni kuzyn, Aver, ubrany jak ja. Przegrał w kości dużo pieniędzy a potem zaginął. Może ktoś z twoich kumpli chwalił się dużym łupem. Mów co się z nim stało lub utnę ci jaja.
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 06-05-2013 o 18:03.
Bounty jest offline