Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-05-2013, 20:19   #5
YellowKing
 
YellowKing's Avatar
 
River Moon, Lucas Goldenberg
Chłód i niechęć, jakim została przywitana dwójka agentów były w pewien sposób naturalne. To był instynkt obronny, jaki stosowali miejscowi, aby ukryć swoje słabości, brak wiedzy i doświadczenia. Wyciąganie ręki po pomoc w wielu przypadkach przychodzi z trudem i wielkim oporem. W zachowaniu szeryfa było jednak coś niepokojącego. Coś co nie do końca dało się ubrać w słowa. Uczucie to było tyle samo niepokojące, co irracjonalne. A najgorsze w tym wszystkim był fakt, że dwójka agentów czuła dokładnie to samo.

Zastępcą szeryfa okazał się młody mężczyzna o pospolitej urodzie. Nie wyróżniałby się z pośród innych mieszkańców miasteczka, gdyby nie mundur który nosił. Gary Arekion, bo tak nazywał się zastępca szeryfa, na dodatek okazał się być niezwykle spięty i zdenerwowany. Trudno było wyczuć, czy źródłem frustracji jest fakt pojawienia się agentów, czy też ma ona zupełnie inne źródło.
Na pytanie agentki Moon o miasteczko wzruszył tylko ramionami i łamiącym się z nerwów głosem odparł:
- A co tu mówić? Miasteczko, jak miasteczko. Nic tu specjalnego się nie dzieje. Te morderstwa, to jakiś koszmar, który powinien się zdarzyć w Nowym Jorku, czy Pheonix, a nie u nas. U nas zawsze było spokojnie i nudno.

“Patty Inn” hotel w jakim przyszło zamieszkać agentom był jednym z trzech, jakie znajdowały się w Flagstadff. Nie oferował on żadnych specjalnych luksusów, ale był czysty i zadbany. Proste łóżka z wygodnymi materacami, czysta pościel i tanie meble w pokojach, stanowiły najprostszą z możliwych namiastek domowych pieleszy.
Agenci otrzymali do dyspozycji pojedyncze pokoje z samodzielnymi łazienkami, telewizorem oraz dostępem do internetu.
Po odświeżeniu się i szybkiej kolacji, zarówno River Moon, jak i Lucas Goldenberg poszli spać.

John Lee, Lorianee Baines
Pozostała dwójka agentów postanowił skorzystać z pomysłu przełożonych i zbadać sprawę incognito. Z pomocą przenośnej drukarki spreparowali na szybko prasowe legitymacje, które później dla utrwalenia zalaminowali. O uwiarygodnienie prasowych przepustek będzie musiała postarać się już centrala. Agenci jednak nie przypuszczali, aby już na samym początku ktoś podejrzewał ich o nieuczciwość i skrupulatnie sprawdzał.
Po pożegnaniu się z River i Lucasem na skraju miasteczka, agenci pieszo dotarli do Flagstaff.
Jak się szybko okazało jedynym hotelem, który dysponował jeszcze wolnymi pokojami był motel “Victoria” znajdujący się przy samym wjeździe do Flagstaff.

Motel dysponował dwunastoma pokojami, które najlepsze lata miały już za sobą. Meble były poprzecierane i nosiły wyraźne ślady zużycia, a z jedyną dodatkową wygodę można było uznać ciepłą wodę płynącą z kranów. Właściciel z resztą chwalił się tym w czasie ich rejestracji, jakby tego typu usługa była czymś wyjątkowym, czy wręcz niespotykanym.
W recepcji poza właścicielem siedział stary mężczyzna w kowbojskim kapeluszu na głowie. Ledwo agenci załatwili formalności i wyszli na zewnątrz, mężczyzna ów podszedł do nich i zachrypniętym głosem powiedział.

- Wy to pewnie pismaki co? Wyczuwam gryzipiórków na kilometr. - dodał nie czekając na odpowiedź agentów - Wy to pewnie wampira przyszli tropić co? Na pewno. No bo co insze. Jak kceta coś się dowiedzieć o wampirze, to przyjdźcie za godzinę do “Sajmona” Postawicie kolejkę, czy dwie i coś tam może wam powiem. To na razie, he, he, he.
Mężczyzna machnął ręką na pożegnanie i podpierając się pokrzywioną, drewnianą laską wrócił do recepcji.

NOC
Tuż po dziesiątej deszcz ponownie zaczął padać. Wielkie krople z dużą intensywnością rozbijały się o szyby i parapet. Dla jednych dźwięk ten był kojąca muzyką, dla innych nieznośną uwerturą, którą natura wyprawiała na ich cześć.

Lorianee Baines
Lorianee należała do tych, którym deszcz i szum wiatru za oknem nie przeszkadzał w zasypianiu. Mimo to agentka Baines nie miała spokojnej nocy. Sen, który ją nawiedził sprawił, że rano wstała zmęczona i bardzo zaniepokojona. Kilka razy budziła się z przeświadczeniem, że ktoś ją obserwuje. Za każdym razem na szczęście okazywało się to tylko zwykłym przewidzeniem.

Lucas Goldenberg
Także Lucas Goldenberg nie miał spokojnej nocy. Mimo swojej ciężkiej i męczącej psychicznie pracy, rzadko cierpiał na bezsenność. Tej nocy jednak nie dane mu było zasnąć. Deszczowe crescendo i wiatr hulający w koranach drzew co i rusz wytrącały go ze snu, gdy tylko zamykał oczy.

Gdy około drugiej w nocy agent Goldenberg wstał, by napić się wody, zauważył coś niepokojącego za oknem. Po drugiej stronie ulicy, tonąć w strugach deszcze stał samotnie mężczyzna. W ciemności trudno było dostrzec jakiekolwiek szczegóły, ale Lucas czuł, że ów mężczyzna wpatruje się w jego okno.

9 wrzesień, poniedziałek, 7 rano
River Moon, Lucas Goldenberg


O godzinie siódmej, gdy agenci Moon i Goldenberg kończyli śniadanie w hotelowej restauracji, podszedł do nich szeryf Michell w towarzystwie swego zastępcy.
- Dzień dobry! Cieszę się, że państwo już na nogach. Widzę, że plotki jakie krążą o agentach rządowych nie zawsze są prawdą. Słyszałem bowiem, że większość z was lubi sobie pospać i za nic ma urzędowe godziny pracy. Jednak mniejsza z tym. Skończcie sobie spokojnie śniadanie, a później zapraszam na wycieczkę. Pojedziemy na farmę Irvingów. Jak wspominałem wczoraj ojciec zamordowanego Martina ma nam coś do pokazania.

Podróż na farmę, gdzie znaleziono ostatnią ofiarę mordercy trwała niecałe piętnaście minut. Na miejscu, tuż przy bramie czekał mężczyzna, który przedstawił się jako Bart Irving. Był to ojciec zamordowanego dwa dni temu chłopca. Na jego twarzy można było wyczytać ból i przygnębienie związane ze śmiercią syna. Jego głos był jednak spokojny i wyważony, wręcz pozbawiony wszelkich emocji.
- Witam szeryfie. Cieszę się, że już jesteście.
- Witaj Bart. To są agenci federalni, Moon i Goldenberg, którzy pomagają nam w śledztwie. Mów co się stało.
- Chodźcie ze mną. Znalazłem Lunę, a właściwie nie ja tylko moje kury.
Pan Irving zaprowadził agentów i szeryfa na tył swojej stodoły. Kilkadziesiąt metrów od niej wśród trawy leżała oderwana od tułowia, głowa psa.
- Tak, jak przypuszczaliśmy - rzekł filozoficznie szeryf - Morderca najpierw zabił psa, a później zaatakował twojego syna.
- Silny musiał być - rzucił ni stąd ni zowąd zastępca - To był duży pies. I żeby tak głowę oderwać. Niesamowite.
- Niekoniecznie musiał byś aż tak silny, Gary. Może uśpił psa, a zmasakrował go by pokazać, jaki to on jest groźny.
Pan Irving zasmucony pochylił głowę, ale nic nie powiedział.
- No nic - mruknął szeryf - Zbadamy to. Dzięki Bart za informację, na pewno będą pomocne. To chyba wszystko. Zaraz podeślę tutaj kogoś, kto zabezpieczy dowody. Wydaje się, że to wszystko. Chyba, że państwo macie coś do dodania. Wydaje mi się jednak, że wszystko zostało powiedziane. - szeryf spojrzał wymownie na parę agentów.

John Lee, Lorianee Baines
Skoro świt agencji wyruszyli na miasto. Szybko się przekonali, że udawanie dziennikarzy w tłumie tych, którzy już przyjechali do Flagstaff, nie będzie zadaniem zbyt skomplikowanym i wymagającym.
W kilku miejscach agenci wiedzieli ekipy telewizyjne, które przygotowywały swój poranny materiał. Mieszkańcy z niechęcią, a czasami wręcz z nieskrywaną agresją podchodzili do dziennikarzy i tego całego zamieszania. Jak większość ludzi w takich miejscach, jak to najbardziej na świecie cenili sobie spokój i ciszę.
Przechodząc koło jednego z reporterów usłyszeli, że szeryf pojechał rano na farmę, gdzie znaleziono ostatnią ofiarę. Większość ekip mówiła też o przybyciu do miasteczka agentów federalnych i liczyła na jakąś konferencję prasową z ich udziałem.

Agenci musieli postanowić, jak zabrać się do zbierania informacji i wypełniania swojego zadania.
Pobieżny rekonesans po mieście uświadomił im, że nie będzie to wcale takie proste, jak początkowo przypuszczali.
 
YellowKing jest offline