Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 13-07-2013, 23:16   #3
abishai
 
abishai's Avatar
 
Ciężko być strasznym samurajem, mając w dłoni kozik... nie miecz. I wyrzucając z gardła na wpół-przetrawiony alkohol. Ale lekceważenie Kuro nie było najmądrzejszy pomysłem.
Jak na Japończyka był rosły i wysoki i bardzo muskularny. W połączeniu z dużym mieczem przy pasie, wzbudzał respekt nawet u samurajów mających pana, o strażnikach nie wspominając. Ciężko jednak wzbudzać szacunek rzygając jak kot i mając w dłoni ledwie sztylet tanto, który wydawał się zabawką w dłoni Kuro.


Ronin przeniósł swe spojrzenie z własnych rzygowin na rozmówcę, próbując jego twarz dopasować do jakiegoś imienia.
Wyprostował się górując o głowę na rozmówcą. - Mówisz, że wiesz kto oni i gdzie się kierują, tak? A ty jesteś...?
- Akiro Torishama - odpowiedział składając szybki i płytki ukłon. - Wędrowny ronin. Pogoniłem ich trochę, ale strasznie się przestraszyli i uciekali, niemal wzbijając się w powietrze - młody, a na pewno znacznie młodszy od Kuroichiego samuraj pokręcił głową, ciężko wzdychając.
-Domo arigato Torishama-san za pomoc.- ukłonił się Kuroichi głęboko wygrzebując gdzieś z pamięci resztki etykiety. W przeciwieństwie do młodego wojownika nie wyglądał tak dostojnie ubrany w stare kimono.- No to w którą stronę się udali i... kim byli?
- Jeden nazywał się Kuchi, drugi Tarasuke. Wcześniej cały dzień próbowali oszukiwać w kości, ale mizernie im to szło. Zamiast ucinać im ręce, postanowiliśmy ich ograć. Pobiegli tamtym szlakiem na... w stronę miasta - odparł drapiąc się po głowie. - Wydaje mi się, że prowadzi do miasta. Wcześniej też trochę wygrażali mi i innym graczom, że naślą na nas swoich potężnych przyjaciół, ale patrząc na nich... - pokręcił głową, uśmiechając się kwaśno.
- Nie wyglądali na kogoś kto ma innych przyjaciół niż pchły.- odetchnął głęboko Kuroichi i spojrzał w kierunku wskazanym przez Akiro.- No cóż... Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Na mnie już czas, trzeba złapać tych... głupców.
- Jest środek nocy... uważaj na siebie samuraju, to niezbyt bezpieczny trakt - dodał jeszcze na pożegnanie.
-To niebezpieczny trakt, bo ja nim idę. Niech no który głupi bandzior spróbuje mnie zaatakować, to połamię nawet te kości o których nie wiedział że ma!- rzekł butnie ronin i ruszył traktem do miasta chcąc wyładować gniew na... czymkolwiek co się nawinie.

Z narastającą frustracja, szybko odkrył, że ostrzeżenia Akiry o niebezpiecznym trakcie, były przesadzone, bo był on całkiem pusty. Droga przecinała gęsty i ciemny las, ale Kuroichi był za stary, by bać się ciemności, szumu drzew i zwyczajnych odgłosów nocnych zwierząt.
W końcu jednak jęk i bolesne postękiwania, porzuconego pod drzewem, pobitego i zakrwawionego kupca, w podartych, do niedawna zadbanych szatach, oderwały go od normy.
Ronin ruszył w tamtym kierunku i kucnął dłonią badając jego rany i pytając wprost.- Kto ci to zrobił?
Nie przejmował się faktem, że jeśli kupiec umrze to... może być uznany za nieczystego.
- Bandyci... cholerni... czwórka głupich, śmierdzących - wycedził wściekły, po czym kaszlnął parę razy. - Byli jacyś szaleni... jeden miał wielki miecz... uważaj na tym trakcie - stęknął, wiercąc się na ziemi, jakby chciał wstać. Nie miał ran ciętych, ale ktoś porządnie go skopał i obtłukł.
-W którą stronę poszli?- spytał Kuroichi przyglądając się jeszcze obitemu kupcowi.- Poradzisz sobie... a do karczmy przy drodze blisko.
- Wiem... tam właśnie zmierzałem, to przybytek mojego brata - westchnął ciężko. - Trochę się obłowili na mojej sakiewce, chyba poszli do miasta, ale pewny nie jestem. Dostałem też w głowę...
-Przeżyjesz to.- rzekł ronin wstając i energiczniej ruszając za złodziejaszkami. Czuł świeży trop i zamierzał nim podążyć. I poobijać tych dwóch idiotów, którzy ośmielili się zabrać jego oręż.
Szlak rozgałęził się tylko w jednym miejscu, przed wyjściem z lasu. Był nierówny i długi pełen korzeni i chyba prowadził do dość odległych gór. Główna droga, wciąż szeroka i równa, wiodła do miasta Oriszi. Dużego miasta, w którym dwójkę, czy według tego co mówił kupiec, czwórkę bandytów ciężko byłoby odnaleźć.
Ale bandytów z jednym dużym mieczem już łatwiej. Z taką właśnie nadzieją Kuroichi podążał dalej.
Długa jak na jedną noc droga, dla samuraja nie była straszna, szczególnie, jeśli istniała szansa na to, że jego cele, zatrzymają się gdzieś na trakcie. Od takich wieśniaków, można było się spodziewać, że nie będą chcieli się przemęczać po udanej kradzieży i utną sobie drzemkę w lesie, na miękkim mchu, w pobliżu ciepłego, przytulnego ogniska. Ci jednak chyba byli inni, choć zdecydowanie nie mądrzejsi od zwykłych szumowin tego typu. Kuroichi nie widział żadnych innych śladów, niż takich prowadzących do Oriszi. Możliwe, że postanowili najpierw dotrzeć do miasta i tam uczcić zdobycz, szybko sprzedając gdzieś miecz.

Jednak zdeterminowany ronin, w końcu dostrzegł leżące w nizinie pod nim miasto, znad którego górował zamek tutejszego daimyo. Słońce dopiero wschodziło, nieprzyjemnie rażąc oczy Kuroichiego. Jednak na tej samej drodze, którą podążał, jednak znacznie dalej, już niemal przy bramie miasta, dostrzegł małą grupkę, może kilku mężczyzn, zmierzających do bram. Nikogo innego na tej drodze nie było, bo musiałby podróżować nocą, a to nie wszystkim się uśmiechało, więc mogli być to głupcy, którzy ośmielili się okraść samuraja.
Kuro ruszył biegiem w ich kierunku łotrzyków, a wściekłość dodawała mu sił. Nie brał w ogóle pod uwagę, że to oni mają miecz, więc są uzbrojeni. Zresztą, pewnie i tak nie wiedzieliby jak posłużyć się jego bronią.
Strażnicy miejscy zatrzymali ich przy bramie, na standardową rewizję, szybko jednak przepuścili, potakując głową na odwał. Zapewne byli po nocnej zmianie i chcieli już wrócić do domów, więc wpuszczali każdego, z jakimkolwiek interesem. Poza tym nie byli postawieni w żaden alarmowy stan, więc kontrole nie musiały być dokładne.
Kuroichi dobiegł do strażników, dwie minuty po tym jak ci wpuścili złodziei, dość zdyszany po szybkim biegu.
- Cel wizyty w mieście Oriszi, stolicy prowincji Oschi, pod opieką rodu szoguna Tokugawa? - jeden ze strażników wyprostował się lekko i pewniej chwycił naginatę, recytując utartą już formułę.
- Gonię właśnie złodziei, których wpuściliście przed chwilą.- wydyszał głośno ronin patrząc wprost na strażnika.- Gdzie ruszyli?
- Co? Złodziei? - strażnik nagle się ożywił. Spojrzał na swojego kamrata.
- Poszli... chyba prosto poszli, główną ulicą - dodał ten, drapiąc się po głowie. - Powinniśmy kogoś zawiadomić.
- Powinniście.- stwierdził głośno ronin i dodał po chwili.- A jeden z was powinien pójść ze mną, żeby pochwycić złodziejaszków w majestacie prawa.
- Nie no, my musimy trzymać wartę. Musisz się zgłosić do tego budynku tam - jeden ze strażników mozolnie wskazał spory budynek, tuż za bramą, przy głównej ulicy. - Albo jakiś patrol. Ja pójdę powiem, że złodzieje znowu się pałętają i mają no-dachi - skinął głową, pozwalając Kuorichiemu przejść i sam ruszył za nim, na posterunek straży. Nie śpieszył się.
W przeciwieństwie do ronina, który narzucił dość szybkie tempo poruszania, gnając w kierunku posterunku straży, jakby go ścigały demony ze wszystkich buddyjskich piekieł.

Szczęściem już w przedsionku, natknął się na człowieka, którego szaty świadczyły o wysokiej pozycji. Zapewne inspektor, zdejmował akurat buty, wchodząc do środka. Spojrzał na Kuorichiego, unosząc brew.
- Witam...
- Zostałem okradziony, przez czterech złodziejaszków. Mają moje no-dachi, zastraszyli, pobili i obrabowali jakiegoś kupca na drodze. Są w miejście i właśnie ich ścigam.- wyrzucił z siebie Kuroichi przeklinającw duchu całą sytuację. Miał wrażenie, że po drodze popełnił wiele błędnych wyborów. A ten tu inspektor był kolejnym z nich. Zamiast skarżyć się na kradzież, już powinien sam szukać złodziei.
Stróż prawa wstał i przywołał dwóch innych strażników.
- Świetnie... znaczy dobrze będzie zacząć dzień od złapania paru złodziei. Wy dwaj - rzucił do strażników. - Rozesłać ludzi do pobliskich gospód i znanych paserów, niech szukają ludzi z no-dachi...
Obydwaj spojrzeli po sobie.
- Bardzo, ale to bardzo duży miecz - inspektor wywrócił oczami. Dwaj podwładni szybko wybiegli z budynku, a ich szef spokojniej zwrócił się do Kuroichiego. - Nie ma czym się martwić. Ktoś z takim mieczem o tej wczesnej jeszcze godzinie, nie przejdzie niezauważony. Sami też możemy się przejść po pobliskich tawernach. Bandyci to ludzie prości i głupi, pewnie będą chcieli opić kradzież miecza i sakiewki kupca.
-Proszę o użyczenie jednego z twych podwładnych panie. Nie znam miasta, więc nie wiem gdzie tu są tawerny, potrzebuję przewodnika, przy poszukiwaniach.- wyjaśnił Kuroichi, który jak najszybciej chciał ruszyć na poszukiwania złodziei.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline