Reputacja: 0  | Sesja Konrad
Zebranie najwyższych rangą sług świątyni Sigmara. W wielkim budynku, przypominającym zamek, odbywało się spotkanie najbardziej wpływowych duchownych z okolic. Najczęściej, byli ludzie dojrzali, wręcz starcy, żadnemu młodzikowi, nie udało się nigdy awansować na wyższego rangą kapłana. Również i Konrad nie był młody, pięćdziesięcioletni letni mężczyzna miał na twarzy niejedną zmarszczkę, jednak trudno je było przyuważyć, gdyż długie włosy, oraz gęsta broda skutecznie przysłaniała twarz kapłana. Siedzący na wygodnym tronie człowiek oparty był o wysokie, zdobione oparcie. Mężczyzna cały czas milczał oczekując na wybranie najodpowiedniejszego kandydata na wyprawę przeciw chaosowi. Jego piwne oczy uważnie lustrowały każdego siedzącego przy wielkim i szerokim stole. Siedzenie w zbroi było dość nie komfortowe, lecz sytuacja, wymagał, by pokazać się w jak najlepszy sposób. Konrad, nie przepadał za takimi spotkaniami, gdzie ponad wszystko liczyli się niestety tacy jak on. Jego kręcone czarne włosy, co jakiś czas opadały na czoło, przysłaniając widok, Konrad, jednak szybko i niecierpliwie odgarniał je na bok. W końcu po długich debatach okazało się, że to właśnie on został uznany za najlepszego kandydata na misję. Faktycznie, jego wiek nie był na tyle posunięty, by musiał się obawiać zwichnięcia kończyny podczas podróży czy nagłego kłucia w krzyżu. Konrad przyjął rozkazy, po czym bez chwili namysłu ruszył do prywatnej kwatery, gdzie począł się szykować. Ogromny dwuręczny młot połyskujący magiczną aurą spokojnie czekał na swego właściciela. Zaraz po wejściu do komnaty mężczyzna chwycił za trzonek broni i podniósł ją, na wysokość głowy, uważnie badając wzrokiem każdy centymetr, jak gdyby pierwszy raz ją dzierżył. Po kilku sekundach Konrad odłożył broń na jej miejsce, i szybko zmienił ubranie z wyjściowego, na bardziej podróżne, wygodne.
Nie minęła godzina, gdy jeden z arcykapłanów świątyni Sigmara był już gotowy do podróży. Został mu przydzielony bojowy rumak, który potrafił nie tylko znosić ogromny ciężar właściciela, ale i potrafił z tym ciężarem osiągać całkiem wielkie prędkości. Masywne kopyta uderzały o brukowaną powierzchnię ulicy, a z nozdrzy wydobywała się para. Rumak gotów do długiej podróży stał dumnie patrząc w dal, a wyglądem przypominał najlepszej klasy pomnik. Nie był tam jednak od upiększania placu świątynnego. Przy pomocy stajennego Konrad dosiadł Willa i bez marnotrawienia czasu pognał przed siebie, we wskazanym kierunku. Podczas jazdy, pochylony kapłan w milczeniu spoglądał przed siebie, jego głowa zaprzątnięta była różnorakimi myślami dotyczącymi ataku chaosu. Mężczyzna pragnął, by tyle istnień nie cierpiało z tego powodu, jednak, tego nie potrafił dokonać nawet jego bóg. Potężny Sigmar Młotodzierżca miał w Imperium bardzo wielu poddanych, i wszyscy oni byli gotowi, w imię honoru pójść na pewną śmierć z chaosem. Tyle wdów, tyle sierot, tyle ulanej krwi sprawiedliwych i mężnych, tyle ofiar niepotrzebnych… Na, co to komu było. Głowę kapłana wciąż dręczyła myśl, dlaczego hordy chaosu tak bardzo chcą zniszczyć Imperium. Dlaczego nie mogą od tak sobie bytować na tych swoich pustkowiach. Na to pytanie jednak nie ma odpowiedzi i jedyna rzecz, jaka pozostaje to podjęcie walki i próba odesłania przeciwnika z powrotem w jego puste obszary…
Od ranka, kiedy to Konrad wyruszył z pod świątyni minął cały dzień. Rumak arcykapłana pędził ile sił w nogach. Konrad wiedział, że jeśli teraz się pospieszą, przed zmierzchem zdążą dojechać do niewielkiej miejscowości, po drodze do celu. Późny wieczór oszczędził Konradowi szumu, jaki związany był z przybyciem tak ważnej osobistości do tak małej mieściny. Kapłan odnalazł największy dom z pośród stojących. Tak jak przypuszczał było to domostwo wójta. Mężczyzna z początku nie był pewny, co do osoby gościa, jednak, gdy kapłan uniósł dłoń z sygnetem, świadczącym o pozycji, wójt pobladł. Gruby i niski człowiek szybko zawołał swoich synów, by zajęli się wierzchowcem duchownego, natomiast żona miała szybko przygotować kąpiel, posiłek i miejsce do spoczynku. Dzięki gościnie wójta, Konrad nie musiał ryzykować snu pod gołym niebem, również i jego koń odzyskał siły.
Nazajutrz o świcie kapłan podjął kontynuację podróży. Drugi dzień minął mu spokojnie, lecz już nie rozmyślał o rzeczach niemożliwych, nieosiągalnych, a o sposobie pokonania wroga.
Pod wieczór kapłan był na miejscu, w obozie, do którego został wysłany. Został tam przywitany bardzo Obrze jak na panujące warunki. Właściwie nie oczekiwał gorącego powitania, wiedział, że obecna sytuacja jest dla wszystkich bardzo trudna. Mężczyzna miał się następnego ranka spotkać z kimś, więc nakazał koniuszemu, by ten zadbał o Willa, a sam udał się na spoczynek. Noc była zimna a kapłan nie mógł zasnąć. Rozmyślał o zadaniu, jakie go będzie czekało, oraz o mężnych osobach, z którymi przyjdzie mu współpracować…
Poranek, kapłan powitał i uczcił modlitwą o powodzenie nadchodzącej misji. Po odprawieniu modłów, założył swoją zbroję kolczą, pochwycił oburącz młot i ruszył na miejsce spotkania. Dość wielki barak, w którym wszystko było przyszykowane prawie jak na przyjazd Imperatora. Niestety arcykapłan uraczył towarzystwo swoją osobą jako ostatni. Wytatuowany krasnolud, o postawionym czubie włosów na głowie. Wyglądał dziwacznie, jednak Konrad wiedział, dlaczego ten przybrał tak ekscentrycznego wyglądu. Jego duma, lub duma kogoś z jego klanu została splamiona, teraz ten szuka sposobu na odkupienie win, w jakikolwiek sposób nawet za cenę poświęcenia życia. Jedno z przykazań Sigmara, mówi by szanować braci krasnoludów, toteż kapłan jemu jako pierwszemu się pokłonił. Nie nisko, jednak na tyle, by krasnolud mógł widzieć w nim przyszłego sojusznika.
Drugim członkiem drużyny był wysoki mężczyzna o długich blond włosach. Człowiek wyglądał trochę nietypowo jak na przedstawiciela swej rasy. Taki wygląd charakteryzuje raczej elfy, jednak nie wygląd a umiejętności były ważne, więc i jemu arcykapłan się pokłonił.
Ostatnim okazał się człowiek o bliźnie na twarzy. Konrad nie uważał pozostałości po spotkaniu z czymś ostrym, za szpecące. Blizna na twarzy oznaczała niezwykłą twardość, gdyż przeżyć spotkanie z bronią, w dodatku w okolicach twarzy to w istocie oznaka męstwa i hartu ducha. Człowiek ten był zakonnikiem, więc pewnie znajdzie wspólny język z Konradem. Dlatego też i jemu należał się pokłon. Arcykapłan usiadł przy stole, kładąc dłonie na kolanach, pod blatem, by nie ujawnić z samego początku, kim naprawdę jest. Jeśli ktoś go rozpozna trudno, lecz teraz nie będzie się tym chwalił. Trzeba by było poznać imiona przyszłych kompanów, więc postanowił się przedstawić.
-Witajcie mężowie, niech blask Sigmara, świeci nad waszymi duszami. Jestem Konrad Thingrim. Miło mi was poznać. Moja dusza jest spokojna, dzięki, świadomości o współpracy z wami. Wybaczcie mi moje spóźnienie, niestety wyczerpująca podróż, oraz długi odpoczynek skutecznie uniemożliwiły mi dotrzymania wam pory spotkania. Mam nadzieję, że nie musieliście długo na mnie czekać.- Rzekł po czym rozejrzał się po pomieszczeniu i na koniec dodał.
-A gdzież to nasz gospodarz?...- skończył pytaniem a jego wzrok przepełniony ciekawością badał twarz każdego siedzącego w baraku z osobna. |