Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-11-2013, 23:09   #5
killinger
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1956 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
samotność we troje

Wyłaniali się. Chromowane kokony pękały wypuszczając ze swych trzewi motyle, które okazywały się być raczej ćmami, takimi meksykańskimi z trupią główką na włochatych pleckach. Jedna, druga szuflada. Która otworzy się następna? Pandemonium martwych, którym nikt nie raczył wyjaśnić, że śmierć należy do tych krańcowo ostatecznych zjawisk. Uśmiechnęła się do siebie.

- EEj-ssz-lyy chtuuurysz z wasz beennn-cie gapi-u sheeeeee na mo-oo-she cycki zaaabii-heee jaah pszaaa...- Zamarła zastanawiając się czy ktokolwiek poza nią samą rozumie co powiedziała. Jeszcze bardziej zastanowiło ją czyste brzmienie słowa "TITS" które w jej szeleszczącej nowomowie winno być po dwakroć świszczące. Uświadomiła sobie, że wymawiając "cycki" spuściła nieco zawstydzona głowę. Broda niemal dotykała do klatki piersiowej.

Roześmiała się tym razem już nie do siebie, a całkiem głośno, jakoś tak chlupotliwie, co nawet na umrzykach musiało zrobić pewne, zdecydowanie niepokojące wrażenie. Kathy, jesteś pieprzoną flecistką. Masz co prawda tylko jeden otworek do grania, ale zdaje się, że to całkiem fajna umiejętność.
Postanowiła od razu to sprawdzić.

Przyłożyła kciuk, zatykając od dołu otwór w podniebieniu. Słup powietrza wibrującego w krtani, niezakłócany przeciągami w żuchwie, zaskakująco czysto i wyraźnie przemienił się w potok słów.

- Jesztem... byłamm Kathyyy. Wytajcie pho siemnej sztronie moczy. Njee fiem jah wy, ale ja jesztem czałkiemm nieszywa - pozwoliła sobie na całkiem miły uśmiech do pozostałych denatów - Ale sz thymi cyckami nje szartujem.

Krytycznie obejrzała swoich towarzyszy. Połamaniec wyglądał przyjaźnie, ale miał tak dziwnie powyginane stawy, że aż trudno było oderwać wzrok od niezliczonych niesymetrii w jego ciele. Drugi z umrzyków wyglądał na nieźle wkurzonego, a kiedy rzucił przekleństwem, zdawał się być ucieleśnieniem zielonego gniewu. Już chciała zakpić coś o Zielonej Latarni, kiedy pomyślała sobie, że przecież jest sama w towarzystwie dwóch facetów. To cholerne Detroit, a ona jest nieubrana. Kto wie, czy nieumarłym staje...

Używając zębów i drąc pazurkami, nie bacząc na łamiące się paznokcie manicuru za 150 dolców, wydarła w środkowej części worka na ciało spory otwór. Przełożyła go przez głowę, opuszczając końce z przodu i tyłu swego ciała. Wspaniałe, poliestrowe ponczo. Clint Eastwood byłby z niej dumny, o ile w którymkolwiek z westernów kochał się w jakiejś zombiaczce...

Wstała. Ponczo skrywało jej płeć, sięgało do połowy uda, nie przylegało jednak ściśle. Z zażenowaniem zauważyła, że faceci, mimo że martwi, zachowują się całkiem jak zwyczajne, żywe, szowinistyczne świnie. Czyli gapią się. Trudno, chyba nic gorszego niż śmierć już jej nie grozi, więc pobawi się w ekshibicjonistkę.

Nagle zachwiała się przez moment. Wielobarwne mroczki przemknęły jej w chaotycznym kalejdoskopie barw przed oczyma. Nie czuła się pewnie. Mięśnie reagowały jakoś inaczej, wolniej. W dodatku zrozumiała, że te wszystkie diety cud, którymi karmiła się ostatnio, by być jak najatrakcyjniejszą dla tego bydlaka, były zwyczajną porażką. Ma ochotę na normalne mięso. Nie tofu, kiełki, czy sałatę, nie mineralną wlewaną litrami. Cholera, stek. Taki niekoniecznie wysmażony, powiedzmy po 30 sekund na stronę. Albo lepiej lekko opruszonego solą t-bone'a, leżącego na ruszcie po 15 sekund. Albo... po co tracić czas, po co marnować dobry sok, po co piec, po co kroić, przecież ma zęby, prawda? Ludzie to wszystkożerne stworzenia, o tak... żerne, wszystko... mięso...

Ślinianki pracowały jak oszalałe. Mroczki urządziły sobie pogoń, jakąś zwariowaną Daytonę odgrywając w jej głowie, pędzą, burczą, mruczą...

Gdzie ja jestem? A, tak... kafelki, umrzyki, nieskromna sukieneczka.

Ci dwaj nie nadają się do jedzenia. Przerażająca, bo całkiem trzeźwa myśl. Dlaczego do cholery miałabym patrzeć na nich jak na jedzenie? Ty ździro w mojej głowie, wynoś się!
Nie bądź głupia dziewczyno, jesteś zombie, nie kombinuj, tylko zorganizuj obiad. Won ze mnie, nie chcę cię słuchać!
Ale mięsko byś zjadła, nie? Zawsze byłam mądrzejsza od ciebie, zawsze mówiłam, że Tony to skurwiel, ale ty i te twoje hormonalne drgawki... słuchaj mnie, to może jakoś sobie poradzimy. Nienawidzę cię Kate, nienawidzę siebie samej. Jak można tak szybko odrzucić człowieczeństwo, skupić się na głodzie i samolubnym spojrzeniu na wszystko wokół. Jak można...

Starcie z podświadomością musiało w jakiś sposób uwidocznić się na jej twarzy. Wyczuła, że oczy facetów nie przewiercają już jej zaimprowizowanego poncho, nie ślizgają się pełnymi lubieżności, choć jednocześnie tęsknie impotenckimi, lepkimi spojrzeniami. Musiała niepokoić, może nawet bardzo.

- Mosze chturysz z panuff zaproszyy dzefczyneee na obiaaat? Jeszlyy njee to puu-deee saammm-aaaa poszuuukat' mjeenskaaa - humor jej nie opuszczał. Od momentu kiedy okazało się, że prawa przyrody nie dotyczą jej w jakimś stopniu, poczuła się silniejsza, w jakiś chory sposób bardziej żywa, niż za życia. Spełnienie można osiągać na tak wiele sposobów, starczy dobry apetyt i już.

A apetyt narastał sobie spokojnie, jak fala przypływu zalewająca powoli, lecz nieuchronnie zatokę. O tak, bardzo lubię morze, wspominałam już o tym?
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...
killinger jest offline