Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-01-2014, 12:12   #9
Fromasz
 
Fromasz's Avatar
 
Naith przyglądał się z ubocza z uśmiechem na ustach jak ekipa męczy się z bandytami, powozem i samym hrabią. Najbardziej rozbawił go krasnolud, który zleciał z powozu i swoim masywnym cielskiem wyrżnął w glebę. Chłopak pokiwał głową z uznaniem dla niego, gdyż zakończył jednak upadek pięknym turlańcem, dzięki któremu uniknął obrażeń. Cały chaos przypieczętował strzał mężczyzny z łukiem w konia, który spłoszony zaczął uciekać. Naith postanowił stać się użyteczny i ruszył za pędzącym powozem. Niestety nie był na tyle szybki by dorównać jej prędkości, lub tego geniusza, który okaleczył konia. W biegu dziękował za lata nauki w szkole zwiadowczej, gdzie wytrenował kondycję.

Przeskakując nad kamieniem zauważył, że mężczyzna na koniu dogonił powóz. Naith przyspieszył jeszcze bardziej w nadziei, że powóz się zatrzyma.

Młody zwiadowca nie musiał długo czekać. Po chwili powóz zaczął zwalniać, aż jakimś cudem, Rogerowi udało się go zatrzymać.

Powóz nie zajac, uciec nie mógł. Przynajmniej teoretycznie - bez woźnicy. Roger zeskoczył na ziemię, a potem przywiązał do pobliskiego drzewa klacz, na której przyjechał. Potem podszedł do powozu, chwycił leżące na ziemi lejce, które z kolei przywiążał do następnego drzewa. Teraz, z bronią w dłoni, pozostawało czekac na przybycie posiłków, które pojawiły się po chwili, w postaci zasapanego zwiadowcy, który pędził w jego stronę.

Tymczasem w środku powozu było jakieś poruszenie.

Roger, który z oczywistych względów nie mógł obserwować obu stron powozu, postanowił zająć taktyczne miejsce i wdrapał się na kozioł, gotów zdzielić w łeb wychodzącego z powozu osobnika. Chyba że ów okaże się hrabią.

Tymczasem Naith zasapany dogonił powóz, który został zatrzymany przez mężczyznę na koniu, a lejce przywiązane do drzewa. ,,Sprytnie” pomyślał chłopak. Zobaczył, jak sojusznik wspiął sie na kozioł i ubezpieczał obie strony drzwi powozu. ,,Jeszcze sprytniej” z uśmiechem spojrzał na niego lekko rozbawiony pomysłowością mężczyzny, a także tym jak to z ubocza wyglądało. Naith podszedł więc do powozu, dał znak aby sojusznik ubezpieczał prawe drzwi, gdy on będzie pilnował lewych. Nakładając strzałę na cięciwę wymierzył w drzwi trzymając od nich kilkumetrowy, bezpieczny dystans, mając też na względzie miejsce dla woźnicy, po czym powiedział głośno:

- Wychodzić kto w środku! Jesteście otoczeni.

Nagle drzwi od strony Naitha się otworzyły i ze środka wyjrzał hrabia. Jego twarz była blada, a na rękach i koszuli widniała krew. Patrzył na zwiadowcę wielkimi oczyma.

Roger, który usłyszał, że drzwi się otwierają, spojrzał na tamtą stronę i, delikatnie mówiąc, zdziwił się nieco, widząc głowę hrabiego.

Do kroćset, pomyslał, czyżby załatwił tamtych?

- Nie strzelaj - na wszelki wypadek uprzedził kompana. Skoro odzyskali hrabiego, to lepiej by było nie utracić go nagle.

Naith zdziwiony, że hrabia wychodzi z wozu w całości, a przynajmniej fizycznie rozejrzał się dookoła czy nikt się nie zbliża lub ich nie obserwuje.

- Mości hrabio, wyjdź proszę z powozu i podejdź do mnie - powiedział twardym tonem nie ruszając się z miejsca chłopak, nadal celując w otwór w drzwiach. Wzrokiem pokazał kompanowi, aby on nie spuszczał ze wzroku prawej strony. Naith czujący, że coś jest nie tak zaczął obchodzić wóz (dalej w bezpiecznej odległości), aby ustawić się przodem do otworu w drzwiach i zarzeć do środka. Machnął ręką na hrabiego ponaglając go aby wyszedł z powozu.

- J-ja… usiłowałem pomóc - powiedział drżącym głosem Theodio, wytaczając się niemal, jakby był pijany. Padł na kolana i patrzył na swoje okrwawione ręce, jakby nie rozumiał, co się stało.

Naith przeszedł na tyle, żeby zobaczyć, co jest w środku powozu. Ujrzał dwóch meżczyzn. Jeden miał poderżnięte gardo, drugi nóż w oku...

Naith zdziwił się niezmiernie na widok dwóch bandytów leżących we własnej krwi. Schował łuk i wyciągnął sztylet, po czym podszedł do drzwi powozu. Spojrzał na klęczącego hrabiego i pokiwał głową ze współczuciem. Wszedł ostrożnie do środka i przyglądnął się truchłom. Sprawdził puls czy na pewno nie żyją, po czym ich przeszukał.

Gdy zobaczył bandziora z nożem w oku, z którego wypływała jeszcze bardzo wolno stróżka krwi, zrobiło się Naithowi niedobrze. Powstrzymał odruch wymiotny i kontuuował przeszukiwanie.

Znalazł niewiele. Jeden z bandziorów miał fajkę, poza tym cztery sztylety do rzucania, dwie brzęczące sakiewki. Ten z nożem w oku, miał na szyi sznurek, na którym wisiała dziwaczna monetą. Podobna moneta znajdowała się w kieszeni drugiego porywacza.

- Świetna robota, panie hrabio - powiedział Roger, który zdążył w międzyczasie zejść z kozła i sprawdzić, jak wygląda sytuacja wewnątrz powozu. - Naprawdę, bardzo dobra robota - zapewnił.

- Nie musisz mi wypominać! - załkał mężczyzna. - I jeszcze ten twój sarkazm! Ja tego nie wytrzymam! Nie! Naprawdę usiłowałem mu pomóc!! Naprawdę! - I hrabia wybuchnął płaczem.

- Panie hrabio, ja mówię serio - zapewnił go Roger. - Nikt nie zdołałby zrobić nic wiecej - dodał. - Ale czy mógłby pan opowiedzieć, jak to się stało? - spytał. Powoli zaczął się orientować, ze hrabia ma chyba nieco inne zdanie na temat tej całej sytuacji.

- Zostaw mnie! - łkał Theodio, siedząc na ziemi.

Naith zabrał wszystkie piniądze, oba wisiorki i fajkę, po czym wyszedł z powozu. Gdy przekroczył próg, oparł się o ściankę i zwymiotował. Otarł usta i rozejrzał się po okolicy. Spojrzał na hrabiego siedzącego na ziemi. Przeniósł wzrok na mężczyznę, który swoją brawurową akcją zatrzymał powóz. Chyba Naith go polubił. Widział, że osoba ta może zaryzykować dla kogoś swoim życiem, na tyle, na ile pozwala mu odwaga, co zawsze jest przydatne w zgranej drużynie.

Sięgnął do kieszeni, wyjął z niej fajkę i oddzielił 5 srebrników, po czym podszedł do mężczyzny i podał mu je.

- Twoja dola - krzywo uśmiechnął się do niego Naith. – Zapalimy sobie? - Mówiąc to wyjął z kieszeni trochę zioła, nabił fajkę i podpalił. Cały stres uleciał gdzieś w przestrzeń.

Paląc fajkę kucnął, klepnął krzepiąco hrabiego w ramię i pokazał mu amulet, który znalazł przy ciałach bandytów.

- Mości hrabio, to jest chyba znak rozpoznawczy zbójców, którzy na nas napadli. Rozpoznaje pan to?

- To byli tacy mili ludzie… - jęczał arystokrata.

- Panie hrabio... To był wypadek i nikt tu nie zawinił. - Roger zmienił front, czyli podejście do sprawy wykończenia dwóch porywaczy. - Proszę nam opowiedzieć, jak to się stało i od razu się przekonamy, że nie ma w tym zajściu pana winy. To był wypadek - zapewnił raz jeszcze.

Albo cud, bo innego wyjaśnienia tego podwójnego zabójstwa Roger nie widział.

- N-no bo… ten miły człowiek… - hrabia usiłował coś powiedzieć, jednak średnio mu to szło. - No bo on był sprzedwacą noży… przynajmniej tak wywnioskowałem… usiłował mu pokazać jedno ze swoich dzieł… i… no i… nie widziałem za dobrze… trzymał za nisko, pod moją brodą, a nie na poziomie oczu… usiłowałem mu to wyjaśnić, ale wtedy wozem szarpnęło i… i… - ponownie przerwał, żeby się uspokoić, po czym kontynuował. - Jak usiłowałem przesunąć jego rękę z nożem, to… szarpnęło… i… niechcący pchnąłem nóż… a może on szarpnął… myślisz że to on szarpnął…? No bo wtedy… no… i jeszcze wbiło się w oko tego drugiego… - usiłował wyjaśnić Theodio, spoglądając błagalnie na Rogera.

- Ależ to nie pana wina, panie hrabio - zapewnił go Roger. - Wszystko przez to, że ten wóz podskoczył. A tamten sprzedawca... On po prostu nie nadawał się do swojej pracy. Ktoś taki jak on nie powinien trzymać nic ostrzejszego od łyżki. Dobrze, że panu nic nie zrobił, panie hrabio. Nie wiem, kto go zatrudnił do tak odpowiedzialnego zajęcia jak sprzedaż noży. Dobrze, że mieczy nie sprzedawał, bo by sobie pewnie głowę odciął - dorzucił na koniec swej wypowiedzi.

- Ale… ja… - Hrabia wpatrywał się w Rogera wiernie. - Ale mogłem mu pomóc… jakoś… chyba… - westchnął ciężko, wgapiając się w zakrwawione dłonie. - Musimy mieć w drużynie uzdrowiciela - zawyrokował w końcu.

Prędzej grabarz by się przydał, pomyslał Roger.

- Na wypadki nikt i nic nie pomoże - zapewnił hrabiego. - Ale uzdrowiciel to świetny pomysł. Boję się, że jednak nie ma takiego wśród nas. A panu hrabiemu nic się nie stało? - spytał.

- Ch-chyba n-nic… - odpadł, stając chwiejnie na nogi.

W tym momencie ktoś nadjechał…
 
Fromasz jest offline