Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 10-01-2014, 14:42   #10
Elder
 
Widząc, że drugi z napastników spadł z powozu, Furin wpakował zdobycze za pazuchę i z obnażonym, zdobycznym mieczem (który swoją drogą ani trochę mu się nie podobał - gdzież temu kawałkowi ludzkiego żelastwa do Ostrza Zachodu…) podbiegł do niego. Tamten jeszcze trochę jakby się ruszał i nawet był przytomny, ale upadając widocznie połamał sobie prawą rękę i nogi. Furin złapał go za złamaną kończynę gorną i niezbyt delikatnie obrócił na plecy, cały czas pilnując, by mieć broń w pogotowiu - nie chciał, żeby byle łachmyta wsadził mu sztylet w plecy.
-Coście za jedni? Kto was nasłał? Gadaj, to może cię nie zabiję. - nie kryjąc negatywnych uczuć rzekł krasnolud.
Niestety. Kiedy tylko ranione plecy dotknęły ziemi, mężczyzna zemdlał.
Przez długi czas Illuri po prostu podążał za resztą drużyny, nie biorąc udziału w jakiejkolwiek rozmowie. Cholera go wie, czemu milczał - wyglądał raczej na osobę wygadaną. Ale on, z niezrozumiałych przyczyn, po prostu słuchał i unikał jakiejkolwiek uwagi- ta i tak skupiła się na niezbyt rozgarniętym arystokracie.
Mimo to uważny obserwator mógł pewnie zauważyć, że Illuri cały czas poruszał delikatnie ustami, a jego wzrok był nieco nieobecny. Uciekając z płonącego pożaru błazen, wydawało się, niezbyt doceniał powagę sytuacji. Nie zrobiło na nim uwagi nawet nagłe porwanie hrabiego… Szczerze mówiąc, to nie zauważył nawet zniknięcia hrabiego. Trzymał się po prostu większości grupy, czasem posłyszał jakieś słówko, czasem pokiwał głową- był jednak daleko od tego wszystkiego, był obecny ciałem, ale nie duchem. Illuri robił bowiem coś niezwykle ważnego. Szukał rymu.
Czasem znalezienie rymu nie było prostą sprawą, mógł się o tym przekonać każdy początkujący poeta czy cholerny romantyk skrobiący wiersze dla ukochanej. Illuri bynajmniej nie był ani poetą, ani tym bardziej nie miał w sercu (o ile takie posiada) miejsca dla jakiejkolwiek kobiety. Robił to z powodu klątwy, uroku czy czegoś takiego. Zwał jak zwał, grunt, że czasem wprawiało to jego umysł w stan swoistego zawieszenia. Teraz przynajmniej, pewnie pod wpływem przytłumionych bodźców, poruszał się za innymi niczym zahipnotyzowany. Czasami potrafił trwać w prawie idealnym bezruchu przez naprawdę spory czas…
Inni bohaterowie skakali, machali żelastwem, maltretowali zwierzęta… On, tymczasem, myślał. Aż wreszcie się namyślił.
- Ach, prześladowcy ujrzeli Illuriego nóż… A teraz zmyli się, niczym wiosną późną… mróz! - rzucił z bardzo szerokim uśmiechem nieco nieaktualną uwagę pod adresem niedoszłych (a może nie) porywaczy hrabiego.
Otrząsając się z euforii po odnalezieniu rymu, zamrugał kilka razy i rozejrzał się po okolicy. Uniósł brwi, dobył krótkiego, bardzo nieprzyjemnego ostrza, po czym ruszył w kierunku krasnoluda który rozpoczął przesłuchanie nieco poobijanego przeciwnika. Niezbyt obchodziły go galopujące konie czy próbujący je dogonić mężczyźni. Chciał wiedzieć, gdzie się znajdował. Podbiegł więc z uśmiechem do krasnala, uklęknął przy mężczyźnie, po czym, bawiąc się nożem, zapytał wysokim, usłużnym głosem:
-[i]Oooch… Wybacz, ale byłem trochę nieobecny i spytać jestem zmuszony… Dlaczego w twojej ręce tkwi człek niemal zmielony?- zdziwiony popatrzył na połamańca. - Przepraszam, że pytam, od dymu strasznie mnie mdliło… Lecz chcę wiedzieć coś jeszcze- czemuż obchodzisz się z nim… Tak miło…?
Popatrzył w oczy mężczyzny i uśmiechnął się nieprzyjemnie. Przełożył też nóż z ręki do reki, w oczekiwaniu na odpowiedź krasnoluda. Illuri lubił działać, a nie miał okazji do działania już dawno. A znudzony, szalony umysł jest, zazwyczaj, niebezpieczny. I bardzo drażniący.
-Bom ledwo zaczął i nie było czasu jeszcze, lecz zaraz go popieszczę… - odrzekł krasnolud, nawet nie czując, jak rymuje. Z resztą nie myślał o tym - bandzior, którego miał nadzieję wypytać, niestety zemdlał. Cóż, trudno. Rozpiął więc jego pas i związał nim ręce nieprzytomnego mężczyzny, nie dbając o to, że jedna nie do końca chce zachować kształt z grubsza zgodny z anatomią. Zadbawszy o to, że po przebudzeniu jeniec nie spróbuje nikogo zarżnąć, Furin począł i tego pacjenta dosyć niedelikatnie obszukiwać. Lecz wszystko, co znalazł, to to samo, co znalazł u poprzedniego bandziora. Różniła się jedynie zawartość sakiewki (widać ten zdążył część przepić).
Furin zapiął oba zdobyczne miecze do pasa, sztylety umieścił w rękawach kolczugi między stalą pancerza a skórą kaftana - tak na wszelki wypadek, zaś obie sakiewki skrzętnie ukrył w sobie tylko wiadomym miejscu. Patrząc na leżącego przed nim związanego przyszłego trupa, obmyślał, jak go obudzić - zdało by się nieco wody, ale i tego już nie miał - całe piwo wylał sobie na łeb w teatrze. Spojrzał na błazna - może on wpadnie na to, jak ocucić tego patałacha?
- Dobra panowie, bierzcie tego…. - musiała namyślić się przez chwilę nad określeniem - bandytę i chodźmy za nimi. Nie wiadomo co się tam dzieje. Mogą potrzebować naszej pomocy. Szkoda by było, gdyby hrabia zginął nie zdążąc nawet nam zapłacić za pierwsze uratowanie jego życia. - Rozejrzała się dookoła. Wszystko nadal płonęło. Ludzie, którzy zostali na miejscu nie przejmowali się swoim dobytkiem. Lia korzystając z okazji podeszła do kilku przywiązanych koni, odwiązała jednego i prędko na niego wsiadła. - Na co czekacie? - zapytała ruszając.
-Już idziemy! - odrzekł krasnolud, pod nosem mamrocząc - Na co mi to przyszło, brać rozkazy od baby…
Wziął jednakże tyłek w troki i taszcząc za sobą bandytę, którego z perwersyjną satysfakcją ciągną tylko za jedną stopę, podszedł do koni.
- Tam do licha… za duże te habety. No dobrze… to zrobimy tak… - mamrotał do siebie, wiążąc stopę bandyty do strzemienia przy użyciu kawałka sznura. dokonawszy tej czynności, wdrapał się po bezwładnym cielsku zbója tak, by dosięgnąć nogą strzemienia, następnie ciężko się podciągnął. Usadziwszy wreszcie swój brodaty zad na grzbiecie zdziwionego jego poczynaniami kasztana, wciągnął zwisającego smętnie bandytę i przerzucił go przez zad zwierzęcia jak okaz upolowanej zwierzyny. Czyniąc to o mało nie wyrwał mu nogi ze stawu - stopa jednak nie została stworzona do tego, by być za nią ciąganym po świecie.
-No to jedziemy? No masz… a ten znowu stoi. Jeśli szukasz rymu do “szkapy”, to służę, niechże to będą “chrapy”. I wsiądźże błaźnie na jaką, bo piechty nas nie dojdziesz. - wyartykułował Furin, upewniając się, że jego zmaltretowany ładunek nigdzie nie opadnie.
Popędzili w stronę, w którą pojechał powóz i ze zdumieniem odkryli, że kawałek dalej stoi sobie spokojnie. Pierwsze, co im się rzuciło w oczy, to hrabia, stojący chwiejnie. Arystokrata był cały blady i we krwi. Nad nim stał Roger, a Naith wymiotował przy wozie.
- Nie spieszyliście się - powiedział Roger. - Panie hrabio, dokąd teraz jedziemy? - spytał. - Znacie się może na koniach? - zwrócił się do kompanów. - Tamten koń jest ranny - wyjaśnił - i trzeba by mu jakoś pomóc.
Podniósł z ziemi krótki miecz, po czym obszedł powóz, otworzył drzwi z drugiej strony i bezceremonialnie wyciągnął oba truposze na zewnątrz.
- Zdarzył się nieszczęsliwy wypadek i obaj panowie, którzy towarzyszyli hrabiemu zginęli - wytłumaczył fakt zaistnienia dwóch trupów. Potem, nie do końca dowierzając umiejętnościom kompana, przeszukał oba ciała mając nadzieję, że znajdzie jakieś wskazówki mogące wyjaśnić, skąd obaj panowie przybyli. Niekiedy trup powie więcej, niż żywy cżłowiek. I nie skłamie.
Furin podjechał do powozu, przywiązał lejce swojego - nie swojego konia do kozła i zeskoczył w bok, lądując obunóż, ciężko, ale stabilnie, na leśnej ścieżce. Podszedł do tylnej części pojazdu, gdzie poprzednio wbił miecz. Ostrze nadal twardo siedziało w drewnie, bo też i krasnolud wrąbał go tam ciosem dosyć mocarnym. Ucieszyło to najemnika niezmiernie. Złapał zatem rękojeść mieczyska, lekko poluzował go w drewnie i sapiąc z wysiłku uwolnił klingę z objęć dębowej ramy powozu. Wreszcie miał znowu ze sobą swojego starego przyjaciela.
Lia niespecjalnie znała się na koniach, ale ponieważ nikt nie ruszył w jego stronę ona podjechała nieco, zeskoczyła ze “swojego” i przyjrzałą się ranie. Szkoda jej było zwierzaka, także chciała mu jakoś pomóc. Posiadała pewną maść, której działanie mogło przyspieszyć gojenie się rany i zapobiec jątrzeniu. Użyła sporą jej ilość na klaczy hrabiego.
Illuri, który niespecjalnie znał się na zwierzętach stał sobie spokojnie obok całego tego zamieszania. Wreszcie, widocznie przełamawszy się, podszedł do zakrwawionego arystokraty i postanowił sprawdzić jego stan. Martwy niezbyt by im się przydał. Nie znając się specjalnie na medycynie (no, może trochę na mocno niekonwencjonalnej chirurgii), ruszył w kierunku Naitha.
Poklepał wymiotującego po plecach.
- A dlaczegóż to Pana wzięło na rzyganie?- zapytał się z uśmiechem błazen, po czym dodał: - No już, już, skończmy to biadanie!- po czym klasnął w dłonie, jak gdyby miało to dodać mężczyźnie nieco otuchy.
- Nie jestem przyzwyczajony do oglądania takiej rozwałki - wymamrotał blady Naith, lecz na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. Odwzajemnił klepnięcie błaznowi, wyprostował się i powiedział głośniej do wszystkich:
- Znalazłem ten oto amulet przy ciałach bandytów –rzekł to wyjąwszy monetę z kieszeni. – Co robimy dalej?
-A ja te dwa przy poprzednich. To chyba ich znak rozpoznawczy. Ktoś wie, co oznacza? - dorzucił swoje trzy grosze krasnolud.
- Że byli z jednej gildii kupieckiej… - jęknął cicho hrabia, blady na twarzy.
- Sprzedawali noże - wyjaśnił (starannie kryjąc ironię) Roger.
- Nie wiedziałem, że sprzedawcy noży mają swoje znaki rozpoznawcze… ojej… a teraz… na pewno ich koledzy wiedzieli, że idą sprzedawać mi noże… i co teraz?! Jak ja to wyjaśnię?! - jęknął Theodio, chowając twarz w dłoniach.
- My to im wyjaśnimy, panie hrabio - odparł natychmiast Roger. - W końcu każdy zrozumie, że takiego asortymentu jak noże nie wolno sprzedawać w pędzącym powozie.
- Dokąd się wybieramy, panie hrabio?
- zmienił temat. - Skoro mamy powóz, to możemy ruszyć tam, dokąd chciał nas pan hrabia zawieźć. A potem kogoś przyślemy, żeby się nimi zajął. Tymi pechowymi handlarzami.
Furin zdjął pas z jednego z trupów i z użyciem kilku grubszych kawałków drewna związał z niego drabinkę, którą mocnymi węzłami przymocował do strzemienia “swojego” konia, po czym po owej drabince wlazł na grzbiet zwierzęcia i ciężko klapnął w siodle.
- A… a kim jest ten cz-człowiek? - zapytał Theodio, spoglądając na zmolestowanego jeńca krasnoluda.
- Miał wypadek - wyjaśnił Roger. - Spadł z kozła. Zabieramy go ze sobą, żeby poddać go kuracji.
- Och tak, mości hrabio, już mam dla niego leki! - dołączył się uśmiechnięty, bawiący się nożem Illuri. - Z pewnością coś poradzimy dla naszego kaleki…
-Bo nasz drogi błazen, o czym zapewne mości hrabia nie wie, to znakomity chirurg. Pozwala ludziom pokazać światu ich bogate wnętrze, uzewnętrznić wszelakie bolączki i w końcu - uśmierzyć wszelki ból. - podtrzymując konwencję rozmowy wtrącił krasnolud.
Naith podszedł do drzwi powozu, i trzymając je zaprosił hrabiego do wnętrza.
- Ruszamy mości hrabio? - rzekł przerzucając wzrokiem to na szlachcica, to na resztę zespołu.
- Eee… myślę, że… - zaczął Theodio, zerkając w głąb powozu, po czym odbiegł na bok i zwymiotował.
Delikatny jest nasz hrabia, oj delikatny. Kiedy Lia skonczyla z koniem podeszla do calej reszty.
- Konia trzeba chyba przetransportowac, ale na pewno sie wylize. A co do powozu, to jesli hrabia ma w nim jechac, to wydaje mi sie, ze trzeba go bedzie trochę oczyścić. Albo najlepiej niech jedzie na koniu.
O ile potrafi. - dodala w myslach.
-Na koniu odsłonięty będzie, byle pipa z łukiem go trafi. Niechże który z naszych zamieni się na odzienie z mości hrabią, a przed się pod łachy deskę dębową osadzi. To żywot ochronić powinno, a i napastników okpić pozwoli. - Furin wyłożył po krótce swój pomysł na fortel mający zagwarantować im bezpieczny przejazd.
-Oooch! Ja się zgłaszam! Ja jestem do hrabiego podobny!- Raczej nie był. Ale i tak wykrzyczał to natychmiast po tym, gdy Furin skończył wypowiedź. Jego twarz wykrzywił o wiele szerszy niż zazwyczaj uśmiech- Ale… Jeśli coś pójdzie nie tak… Zafundujecie mi ładny kamień nagrobny?- dodał z chytrością w głosie.
-Wiedziałem, że na waćpana mogę liczyć. Drogi hrabio, raczy waćpan zamienić się szatami z naszym trefnisiem? Tak dla żartu, dla zabawki, okpimy nieco waściną służbę, ubawią się setnie… - Furin jął wykorzystywać sytuację posiadania ochotnika, póki jeszcze takowy był.
- Ech… wyśmienicie… - stęknął arystokrata.
- A, mój drogi panie, wyśmienicie, zaiste! Już, chwila, mości hrabio, tylko zdejmę te spodnie kleiste…- wymruczał trefniś, po czym zabrał się do roboty. Po chwili jego strój leżał już na ziemi, a on, pozostawając jedynie w bieliźnie (na całe szczęście), uśmiechał się zalotnie a to do kompanów, a to do hrabiego. Wszystkie noże i sztylety, które miał poukrywane w odzieniu, zrzucił na ładną, zgrabną kupkę obok siebie. Widocznie nie chcial, żeby hrabia się zaciął.
- T-tak, już… - mruknął hrabia, sam niemrawo przystępując do ściągania garderoby. Na osobny stosik, wzorem Iluriego, złożył księgę z piórem i kałamarzem, dwie spore sakiewki i ozdobny sztylet. Trwało to jednak o wiele dłużej, niż u trefnisia, a sam Theodio poruszał się ociężale.
- Lio, jak tam biedny konik, którego ktoś tak okrutnie potraktował? - spytał Roger, któremu zdecydowanie bardziej odpowiadało zajmowanie się koniem zaprzęgowym, niż oglądanie kompana w samych gaciach. - Da radę pociągnąć powóz, czy lepiej ją wyprząc?
-[i] Da radę. Ale później powinien wypocząć. Ruszajmy zatem.[\i] - powiedziała Lia podchodząc do reszty. - Daleko jedziemy, panie hrabio? - Roger zwrócił się do ich pracodawcy, który kończył się już przebierać.
Odwiązał “pożyczonego” konika, na którym przyjechał, po czym, klepnąwszy go w zad, skierował w stronę palącego się teatru.
- Dziękuję za przysługę, ale teraz wracaj do pana - powiedział.
- Erm… no… moglibyśmy w sumie pojechać do Coinkin… chyba że jedziemy do rezydencji… czego chyba lepiej nie robić… - mruknął Theodio w odpowiedzi. - Myślałem też, żeby ewentualnie zostawić powóz i od razu jechać… chociaż jakoś musimy przewieźć kufer… ale nie ma mojego woźnicy… - O co mu tak naprawdę chodziło? Tego mogli się tylko domyślać, bo z tej paplaniny niewiele wywnioskowali.
- W takim razie najpierw dostarczmy kufer - zaproponował Roger. -
A potem pojedziemy, dokąd pan hrabia sobie zażyczy.
-[i] Nie! Kufer musi jechać z nami![i] - zaprotestował szlachcic, jakby sam pomysł go wystraszył.
-Konie wyprzęgnijcie, pojedziemy wierzchem, a kufer zawiążemy pasami uprzęży pomiędzy nimi. Z każdą chwilą sterczenia tutaj jesteśmy coraz łatwiejszym celem, wiecie? - Furin rzucił propozycję, siedząc sobie na grzbiecie konia, co go był uprowadził i kopiąc od niechcenia w zwisające nóżki jeńca, co to mu wisi u rzędu przerzucony niby zwierzyna po łowach.
- Ale wy utrudniacie, bierzemy jakąś deskę, sznur, robimy “sanki”, kładziemy kufer i jedziemy. Nie mamy czasu na wymyślanie! - powiedziała zniecierpliwiona już Lia. Żaden problem zrobić sanki i przywiązać je do koni. A im sie podobno spieszyło.
- Powóz weźmiemy, koni mamy dosyć - stwierdził Roger. - Pytanie tylko, dokąd w koncu jedziemy. Panie hrabio?
- J-ja… - Theodio rozejrzał się bezradnie po zebranych, jakby ogrom odpowiedzialności nagle go przytłoczył. - Możemy jechać do rezydencji… ale… - urwał na chwilę, zerkając na powóz. - Ale woźnicy nie ma… - mruknął. - Może jedźmy lepiej od razu do Coinkin? - zerknął na Rogera, jakby szukał podpowiedzi.
- Damy sobie radę bez woźnicy - zapewnił go Roger. - To znaczy ktoś z nas siądzie na koźle - wyjaśnił. - Im prędzej znajdziemy się na miejscu, tym lepiej - dodał.
 

Ostatnio edytowane przez Elder : 12-01-2014 o 23:28. Powód: Bo GM-ka kazała;p
Elder jest offline