Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-01-2014, 10:51   #5
Kelly
 
Kelly's Avatar
 
Tymczasem szybki Stephen przyskoczył do dziewczyny.
- Panno Esmeraldo, panno Esmeraldo! - krzyknął - Wszystko w porządku, czy nic pani nie zrobił? - widać było mocny niepokój na jego twarzy, co zdradzały nerwowe drgania powieki oraz niepokój głosu.
Okrwawiona twarz kobiety niewiele zdradzała. Nie wiadomo nawet, ile z tej krwi należało do niej. Siobhan była przytomna... na własne nieszczęście.
- Alfred, Alfred! Trzeba jej pomóc - krzyknął do stojącej przy drzwiach postaci oraz chwycił dziewczynę na ręce. Chiał ułożyć ją gdzieś na jakiejś ławie, czymkolwiek, przetrzeć twarz wodą, obejrzeć … - Alfred, pomocy!
- Sam jej nie uniesiesz? - zdziwił się bóg. - Zabierajmy się stąd, zanim kolejnego nekromanta naśle… - Wskazał drzwi.
- Ale jest cała we krwi - wykrzyknął. - Nie wiem, co jej jest.
- Sugeruję, że została pobita… - odparł ze stoickim spokojem Alfred, ściągając czarną marynarkę i otulając nią Siobhan. - Spokojnie, chodź stąd - powtórzył. - No, moja droga… chyba twoja kariera jest tutaj skończona… a mogłaś skożystać z mojej oferty… ale teraz już za późno… ech… ludzie są dziwni… - tak mrucząc pod nosem, wyszedł z pokoju. Zaś ruszył za nim Stephen niosąc Esmeraldę na rękach. Skoro bowiem Alfred nie był bardzo nerwowy, stan dziewczyny musiał być względnie przyzwoity. Jednak wiadomo, niepokoił się o swoją towarzyszkę, która wyglądała bardzo uroczo i niewinnie, biorąc pod uwagę naturalną piękność, oraz nieszczęśliwie oraz ogólnie paskudnie, biorąc pod uwagę okrwawioną twarz.
Ta zamrugała szybko powiekami, chociaż nie było to łatwe wbrew pozorom. Lewe oko skutecznie zlepiła jej krew, miała nadzieję, że nie jej własna.
- Kto to jest Esmeralda? - zapytała nieprzytomnie. - Nie żyje? - dodała równie letargicznie.
- Żyjesz! Chyba! - zawołał zza drzwi Alfred. - Tylko nasz toważysz nie wie, jak masz na imię! Eeeeej! Ejże! Z drogi ćwoku! - Po chwili dał się słyszeć odgłos spadającego po schodach ciała. - Radziłbym się pospieszyyyyyć!!
- Zaraz nas zatrzymają z moją twarzą. - dodała irracjonalnie martwiąc się o swój wygląd. Jednak nie było czasu na zastanawiania się i zadawanie pytań. - Zarzucę kaptur. - sprostowała już bardziej trzeźwo.
Kiedy wyszli na korytarz, zobaczyli, jak Alfred kopie kolejnego nadciągającego ochroniarza. Było ich dwóch, w tym jeden leżał na dole, przygniatając właściciela przybytku.
Cóż powiedzieć, niósł Esmeraldę na rękach, ale widocznie jakoś nie skorzystała z tego sposobu komunikacji. Kompletnie nie wiedział jak, ale zeszła mu jakoś oraz zajęła się sobą. Jak gdyby nigdy nic zarzuciła płaszcz. Widocznie jakoś Alfred miał rację nie martwiąc się o wspomnianą dziewczynę. Dlatego skoro rzeczowo to rzeczowo:
- Mamy sakiewkę od króla. Trzecia część jest twoja. Nie wiem, co jest grane, ale Alfred coś wspominał, że musisz wymienić miejsce pracy. Pewnie jakieś grosze ci sie przydadzą - rzucił. - Alfred, trafiaj mięsień udowy - doradził kompanowi - wtedy będzie skuteczniej.
- Nie ucz ojca dzieci robić! - odwarknął bóg. - Problem w tym, że jeśli im zrobię trwałą krzywdę, tutejsi bogowie… jak wy to mówicie... dobiorą mi się do dupy!
- Tak.. - Siobhan nagle jakby straciła na animuszu. Podeszła chwiejnie do Stephena. - Wiesz co? Jednak weź mnie na ręce! - wyciągnęła do niego łapki jak bezbronne dziecko. Trochę straszne, zakrwawione dziecko z sennych koszmarów, gdzie wszystko nabiera fantasmagorycznych kształtów i kąpie się w gęstej jusze na twoich oczach. No, ale zawsze to jednak dziecko.
Nagle rozległo się głośniejsze uderzenie i do pokoju wpadł Alfred, chwytając walajacą się po ziemi marynarkę. Popatrzył na nich niezadowolony i poderwał Siobhan na ręce.
- To może ja ją wezmę, a ty zajmiesz się przedzieraniem przez tłum? - zaproponował.
Normalnie protestowała by głośno, jednak tym razem nie była w komfortowej pozycji. Wtuliła się w Alfreda żeby nie widzieć, co dzieje się na zewnątrz pokoju. Niech się dzieje co chce!
Wolałby nosić, ale cóz, skoro tak, to tak. Skoczył naprzód oraz zgodnie z poleceniem Alfreda rzucił się do przodu odpowiednio wystawiając łokcie oraz robiąc groźne miny. Właściwie nawet odpowiedziałby Alfredowi, że jeśli to problem, to on rozumie, ale mogą sie podzielić: Alfred mógłby trzymać, natomiast Stephen solidnie tłuc.
- Nic z tego. Już i tak się naraziłem - warknął Alfred, stając przy drzwiach. - Nie biadol, tylko się stąd wynośmy! Trupa tu mamy! Trupa! Szlachcica jakiegoś, zakichanego! Jak im udowodnisz, że to zombiak był?!
- Przecież spylam już - odparł Stephen osobnikowi, który odczytał jego myśli, dajac niewątpliwie do zrozumienia, że musi uważać nie tylko na to, co właściwie powiada. Po prostu drałował byle dalej. Skoro Alfred czyta mysli to uznał, że jesli pomyśli, iż ubity w burdelunie powinien być problemem. Po pierwsze burdel to burdel, po drugie własnie takie miejsca bywają niebezpieczne.
- Ale jeśli stwierdzą, że ty jesteś odpowiedzialny za ubicie szlachcia, na jakiego tamten wyglądał, nawet ja nie będę w stanie pomóc - odparł poirytowany.
Zbiegli po schodach, roztrącając po drodze kilku nieprzyjemnych osobników, po czym wydostali się na zewnątrz. Alfred, mimo ciężaru niewieściego ciała, biegł zadziwiająco lekko. Tanecznie, chciałoby się powiedzieć. Poprowadził Stephena przez plątaninę uliczek tak długo, aż przestali słyszeć odgłosy pogoni. Młodzieniec dyszał ciężko, a bóg spoglądał na niego z politowaniem.
- Odpocznij chwilę, a potem zastanowimy się, co dalej. Chociaż zastanawiać się możemy nawet teraz… - powiedział, sadzając Siobhan na jakimś pudle. - Nekomanta ciebie znalazł i chyba nie ma zamiaru zostawić w spokoju - powiedział cygance.
- Powiedz własciwie, jak to jest. Czy jesli namierzył ją, to może trzymać cały czas na nią oko, czy jeśli gdzieś zmieni miejsce pobytu, musiałby ją szukać od nowa? - spytał Alfreda dumając nad średnio ciekawą sytuacją.
- Nie mam pojęcia - przyznał zapytany. - Nawet nie wiem, po co na nią poluje. Chociaż domyślam się, że gdybyś nie siedział w zamku, na ciebie również by się połasił… co znowu kieruje nas ku mojej drogiej Kate… - Alfred skrzywił się, zerkając przez ramię, jakby mógł spojrzeć przez ściany budynków.
- Wobec tego - odetchnął głeboko wojownik - Jeśli Esmeralda przebywałaby w zamku, także nie powinno jej się nic stać. Przynajmniej zaś mielibyśmy czas na obmyślenie ratunku. Pytanie, czy dałoby się to jakoś zainicjować? Może przyjęli by ją do jakiejś służby - rzucił propozycję niepewnie.
- Oczywiście, jeśli nekromanta nie przeniknie do zamku, co też może się zdażyć. Bezpieczniej byłoby trzymać się razem i podążyć za Kate. - Alfred westchnął ciężko, siadając obok Siobhan. - I staraj się tu utrzymać kogoś przy życiu, a ten wypnie się na ciebie i ucieknie z miasta… - Wyglądał na załamanego.
- Właściwie kogo masz na myśli? - próbował jakoś wojownik zrozumieć, co Alfred chce powiedzieć, bowiem sugerował, iż Kate uciekła. Jakoś nie mógł uwierzyć. Co, po co, dlaczego miałaby uciekać? Lubił Kate, która wprawdzie miewała odchyłki od normy, ale byłasympatyczną oraz ogólnie niegłupią dziewczyną.
- Za długo, żeby wyjaśniać… - przewrócił oczami. - Chodzi o to, że ona… niekoniecznie za mną przepada… a jeszcze jest ten nekromanta, świat jest niebezpieczny… potrzebuję kogoś, kogo stosunkowo lubi i komu pozwoli sobie pomóc.
- Wobec tego chyba najlepszy byłby Jaskier. Wiesz doskonale, że mam zasadę pomagania swoim kompanom. Chętnie pomógłbym także Kate, jednak stanowczo nie wiem, czy ona miałaby na to ochotę. Jednak właściwie - zaiwsił głos wojak - niekiedy pomaga się nawet wtedy, kiedy ktoś niekoniecznie tego chce. Dobra, powiedz, co robić. Nie powiem, że dla ciebie, bowiem wiesz, co myślę, Alfred, ale trzeba pomóc to trzeba pomóc.
- Poszukajmy najpierw wody i jakichś szmat, żeby doprowadzić naszą uroczą kompankę do jako takiego stanu - zasugerował bóg.
- Skoro tak powiadasz, to poczekam. Pewnie nie problem. Wolisz szukać wody, czy mam to zrobić? - spytał Alfreda.
- W każdym pomieszczeniu jest woda i szmaty. Minimum higieny trzeba zachować… - cyganka nie wyglądała na kogoś, kto był przy pełni władz umysłowych.
- Owszem, być może, tyle, że siedzimy sobie na ulicy - wyjaśnił jej spokojnie wojownik.
- Już? To wejdźmy do środka! - dla Siobhan nie było rzeczy niemożliwych. Przynajmniej w tym stanie.
- Hmm… to może ja pójdę, a ty spróbuj jej wytłumaczyć, co się dzieje - zaproponował Alfred, czym prędzej się oddalając.
- Dobrze, Esmeraldko, spokojnie wszytsko. Trochę próbowano cię zaatakować, ale świetnie broniłaś się. Ten nekromanta, tramta tamta. Jego wysłannik dostał po głowie, dlatego własnie zastanawiamy się, co robić. Dodatkowo jeszcze Kate uciekła ponoć. Pamietasz Kate? - spytał dziewczynę.
- W porządku, w porządku… Pamiętam. Brak tlenu przez chwilę, trochę mnie zmroczyło. - spuściła głowę i machała ręką, jak gdyby chcąc odgonić te myśli od siebie. - Pamiętam Kate, powiedz mi, co tu się dzieje u diabła? Kto to był w ogóle? Ten typ na górze?
 
Kelly jest offline