Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-01-2014, 21:44   #7
Kelly
 
Kelly's Avatar
 
- Przyajmniej jakas dobra nowina, czymkolwiek wspomniane Tali … - gwałtownie ściszył głos po nagłym “cii” Alfreda - …zmany są, ale jest to niewątpliwie jakaś szansa. Jak wspomniałem, chcę budować swoją przyszłość na terenie tego państwa, czy krainy. Chcę mieć swoje nagrody konkretne na miejscu przebywania, natomiast przygody, jak mnie znasz, przecież nie odmawiam. Niechaj się jedynie król zgodzi. Nie mniej Alfred, jeśli tak jest, jak mówiłeś, chciałbym poprosić, żebyś mipowiedział więcej na temat magii. Jak się rzuca czary oraz wszystko, co mógłbyć wyjaśnić kompletnemu laikowi, aby pojął - poprosił Stephen nie mający pojęcia, jakie Talizmany własciwie powinni pozyskać.
- A skąd mam wiedzieć? Nie jestem tutejszym bogiem! - odparł Alfred prosto do ich głów, streszczając Siobhan treść pytania.
- Jednak właściwie kogo mam wobec tego pytać? Może powiedziałbyś choc tyle - odparł niechętnie, bowiem to jest mniej więcej tak, jakby Alfred powiedział komuś, iż ma muzyczne zdolności, zas na pytanie, co to muzyka, odrzekł, iż nie ma jakiegokolwiek pojęcia.
- Magów - odparł bóg, wzruszając ramionami.
- Czyli takiego Waellosa?
- Bingo…
- Wiesz właściwie co - nieco inny temat poruszył, ale także istotny - cieszę się, że Esme … tego Siobhan jedzie z nami. Kate również, ale czy nas nieco nie za mało. Wtedy mieliśmy Waellosa, Jaskra, wojowników. Przydałby się ktoś kolejny normalny na owej wyprawie ...
- Damy radę… byleby nie zabierać tamtej dwójki popaprańców - odparł nieco poddenerwowany Alfred. - Omal ich tam nie pozabijałem… gdyby tylko byli pod moją jurysdykcją… czemu nie mogli być tacy jak wy?! Wami można przynajmniej czasami pomanipulować! ...Stęskniłem się. - Wyciągnął białą chusteczkę i otarł niewidoczną łezkę.
- Chusteczkę mogę ci pożyczyć swoją, nawet niespecjalnie posmarkana - mocno pokrzywił się stephen, kiedy Alfred wspomniał na temat manipulowania.
- Eee… wolę swoją - podziękował jegomość, chowając biały kwadracik do kieszeni.
- Natomiast jednak nie łapię jednego. Mamy utrzymać bowiem tajemnicę, jednocześnie pytając magów, co sprawi, że tajemnica juz nie będzie tajemnicą - powiedział skomplikowanie, ale chyba logicznie wojownik.
- Możecie pytać na zasadzie zainteresowań. Albo porównywania różnic… wymyślcie coś… - burknął Alfred.
- Aleś genialny - mruknął leko pod nosem Stephen, ponieważ pomysłyAlfreda rozbawiły go. - [i]Więc przypuszczasz, że magowie miło porobią wykłady na temat swojej niełatwej dziedzny, jak im powiem, żem ciekaw. Wobec powiem szczerze, tego, masz większe zauanie do ich altruizmu niżeli moja właśnie osoba.
- Magusy to szuje i nic więcej. A ja jestem plugawa… - Siobhan była niemal na skraju histerii, kiedy w końcu udało jej się wyjść z szoku. Nie za bardzo przysłuchiwała się rozmowie kompanów. Nie zastanowił jej nawet brak zdziwienia ze strony Stephena, że tak ni stąd ni z owąd zmieniła imię. - Lepiej mi powiedz, czy można się tego pozbyć?
- Eee… raczej nie… - odparł Alfred, udając zdumienie, jednak na jego ustach gościł uśmieszek rozbawienia. - Chyba, że pozwolisz, żeby nekromanta ciebie zamordował - zaśmiał się.
- Plugawa eee? - spojrzał na nią zaskoczony. Właściwie mogła być, biorąc pod uwagę miejsce, gdzie ją znaleźli. Choroby charakterystyczne dla owego miejsca rzeczywiście splugawiały. Jakieś syfilisy oraz inne, rzeczywiście. Jednak ogólnie wygladała całkiem nieźle, nie licząc pozostałości walki. - Pewnie jakoś da się tego pozbyć, może magicznie? - spytał stojącego obok Alfreda starajac się pocieszyć dziewczynę.
- Magii magią? Ajjj… - Siobhan teatralnie przesadzonym gestem złapała się za głowę i opuszkami kciuka i palca wskazującego poczęła masować skronie, jak gdyby dając sobie czas do namysłu. - Może mają jakieś księgi na ten temat? Nie trzeba by wtedy rozmawiać z nikim osobiście i narażać się na zdradę i zazdrość? - myślała głośno w nadziei, że uda im się uporządkować te luźne myśli i pomysły. Tymczasem właściwie myslał identycznie intensywnie wojownik zastanawiając się, co mają owe księgi do syfilisu. Jednak zachował dyplomatyczne milczenie na zasadzie: lepiej siedzieć cicho i zostawić niepewność w sprawie własnej inteligencji, niżeli cokolwiek rzec pokazując jasną sytuację.
Alfred tymczasem chichrał pod nosem.
- Proponuję zostawić tę kwestię i udać się do zamku.
- Taugenix! - przeklęła go cyganka w swoim języku po czym jak małe dziecko najzwyczajniej w świecie wywaliła na niego język. Jegomość jednak niespecjalnie się tym przejął.
- Co to znaczy, to słowo - spytał Stephen przypuszczajacy, że to nazwa owej wenerycznej przypadłości. Oczywiście szli do zamku rozmawiając na rozmaite tematy.
- Że Alfred to łajza i na nic się pożytecznego nie przydaje. To taki relikt języka moich przodków. Funkcjonował, dopóki nie został prawie całkowicie wytrzebiony przez tych, co się zwali wyższymi. Czyli czaromiotów… - zrobiła krótką pauzę by zaczerpnąć powietrza. Źle jej się mówiło w marszu. - Uznali niemagicznych nawet nie za plagę. Traktują nas tam jak trzodę chlewną, coś, co ma na pana zarabiać i nie rozprawiać zbyt wiele. Naszym dzieciom nie daje się uczyć i nie mogą zdobywać nawet podstaw wiedzy. Co więcej, w obecności wyższego nie masz prawa się odezwać nawet w ich czystym i wspaniałym języku, a co dopiero w twoim. Chcą z nas zrobić zwierzęta. Teraz masz przynajmniej małe pojęcie, czemu ich tak nienawidzę. Magia - najgorsze plugastwo, pfuj!!! - splunęła przez lewe ramię na znak najwyższej odrazy.
- Właściwie wydaje mi się, że bywa różnie. Ktoś mający miecz mógłby narobić identycznie szkód, jak właśnie magia. Rzucanie jakichś czarów to raczej narzędzie, zaś twoje społeczeństwo jest faktycznie łajdackie. Nie oceniaj jednak innych wobec niego - odparł dziewczynie Stephen patrząc na własne doświadczenia, albo precyzyjniej: doświadczenia własnej krainy. Siobhan popatrzyła na niego spod byka. Jednak być może coś w tym było? Postanowiła przemyśleć sprawę przy lepszej po temu okazji.
- Wiesz właściwie, tam skąd pochodzę bywaja rozmaici magowie. Istnieją takie krainy, jak powiadasz, gdzie magowie tłamszą innych, choćby Thay. Istnieją takie, gdzie kapłanki rządzą całymi społeczeństwami. Jednak wiele innych jest takich normalnych. Magowie przypominają wtedy inne zawody, zaś czarami parają się także inne profesje. Główne jednak role raczej odgrywają wojownicy - opowiadał co nieco na temat Faerunu.
W międzyczasie dotarli do bramy do szlachetniejszej dzielnicy. Alfred jednak skrzywił się i warknął coś pod nosem.
- Widzicie tego strażnika po prawej? - zapytał, wskazując na jednego z dwóch stacjonujących strażników. - Jest zainfekowany przez nekromantę. Coś jak kiedyś z Kate, pam… ech, nie pamiętacie… no więc nekromanta go naznaczył i w każdym momencie może przejąć kontrolę. Obecnie strażnik jest pod wpływem, więc nekromanta obserwuje wszystko za jego pośrednictwem… Proponuję spróbować przejść… ale uważać.
- Wobec tego uważajmy, cokolwiek to oznacza. Najlepiej, gdyby jakieś inne osoby przechodziły oraz uczynić to wspólnie przy innych osobach - rzucił średnio genialnie Stephen swoim kompanom.
- Ano. Nie wiemy, jakie ma zamiary. Ale nie sądzę, że nas zaatakuje w pojedynkę… chyba. - Bóg wzruszył ramionami.
- A sądzisz, że w ogóle nas wpuszczą? - zapytała podejżliwie cyganka.
- Przecież nasz towarzysz jest teraz w tej ich straży wiejskiej... czy jak to się zwie? - zapytał Alfred, jednak sprawiał wrażenie, że niespecjalnie jest zainteresowany odpowiedzią na pytanie. - Powiedz, że prowadzisz więźnia, czy pobitą służkę jednego ze szlachciców - doradził, wzdychając i wzruszając ramionami.
- Nikt ciebie za służkę nie weźmie, Alfredzie, nie wyglądasz na kobietę - stwierdził krzywo wojownik. - Dobra, idziemy - rzucił spokojnie, bowiem skoro pomysł przechodzenia wśród gromady osób nie mógł wypalić, pozostawała bezczelność. Najlepsza pewnie broń wobec nższych stanem, chamska, ale jednak dosyć skuteczna. Poszedł więc do wejścia mając gromkie spojrzenie, które wściekle omiatało cała przestrzeń, jakby był co najmniej kapitanem, księciem, albo osobistym faworytem Jego Królewskiej Mości. Owo spojrzenie mówiło: z drohi hałastro, czy wiecie, kto ja jestem oraz stanowczo odradzało jakiekolwiek przeszkadzanie.
Cyganka w mig pojęła koncept Stephena, w myśl zasady, że najciemniej zawsze pod pochodnią. Szła za nim licząc, że jego pewność utoruje mu drogę do miasta. Co do Alfreda… No cóż, od jakiegoś czasu miała wrażenie, że i tak nikt poza nimi go nie widzi. Zastanawiała się, czy nie stworzyła go sobie w głowie?
 
Kelly jest offline