Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-02-2014, 01:37   #21
Lost
 
Lost's Avatar
 
Reputacja: 804 Lost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwu

17.11.2056
07:51

Travis powoli szedł wypaloną ulicą. Co jakiś czas omijał popalone zwłoki spętane kajdanami i wciąż żarzące się wraki. Nagle jego ciało ugięło się pod potężnym atakiem kaszlu. Gryzący dym i słodkawy odór śmierci wdzierał się do płuc. Mutant naciągnął na twarz grubą chustę. Szedł dalej. Ruiny budynków wpatrywały się w niego ze smutkiem swoimi oczodołami dawno wybitych okien. Dziś rano, wzięli to co zostało z Nashville, podpalili i kolejny raz ugasili krwią.
Uklęknął nad dwoma martwymi ciałami spętanymi w bitewnym uścisku. Jego pobratymiec miał przestrzelone gardło, cały pokryty był krwią, w ręce trzymał długie złamane ostrze, które wbite było pomiędzy żebra jego wroga. Mutant trzymał je pociętą, zakrwawioną łapą. Człowiek ściskał w dłoni pistolet. Obaj wciąż patrzyli na siebie przerażonym wzrokiem.
Travis podniósł broń i zważył ją w dłoni, po czym wyładował i rzucił ją na stertę uzbrojenia, którą powoli formowali mutanci. Jego żołnierze, jeden po drugim podchodzili do rosnącego kopca broni i ekwipunku, na którym raz po raz lądował kolejne sztuki. Wysoki, cały pokryty łuszczącymi się płatami skóry mężczyzna zagadnął dowódcę.
Wycofali się na południe. Miny powinny ich dokończyć. – Travis przytaknął. – To ilu dostaliśmy? – Zapytał jeszcze tamten. Dowódca zdjął hełm, po czym zakrwawioną dłonią przeczesał irokeza. Wygląda na to, że jego rana na ramieniu znów się otworzyła.
Ze pięćdziesięciu, coś koło tego. Zajmie im długie tygodnie, zanim spróbują znów handlować z ludźmi. – Powiedział zachrypniętym głosem, po czym zawiesił wzrok na rozbitej czaszce jednego z leżących nieopodal łowców. Nie cieszył się ze zwycięstwa. Traktował je wręcz trochę, jak swoją osobistą porażkę. Jeszcze kilka miesięcy temu prowadził negocjację z Dentystą, mając zamiar od niego kupić cały transport niewolników, którzy mieli dla nich harować. Nie dogadali się jednak z ceną. Dentysta postanowił więc sprzedać transport do Nashville.
Jeden z przechodzących obok mutantów z całej siły kopnął ludzkie zwłoki. Można powiedzieć, że dzisiejszy poranek to tylko biznes.
Mężczyzna z chorobą skóry zasępił się.
Rozmawiałem z Mary Jane. – Travis spojrzał na niego znudzonym wzrokiem. – Straciliśmy jedenastu mutantów. – Dowódca tylko skinął głową.
Posegregujcie broń i amunicję, wrzućcie na wozy i wracamy. Ciała spalcie. – Powiedział ruszając wzdłuż ulicy. Nie oglądał się za siebie. Co jakiś czas jego wojskowe buty rozbijały kałuże krwi. Kilku wojowników z jego grupy przyłączyło się do niego w marszu przez opuszczone ulicę. W końcu doszedł do miejsca najbardziej oddalonego starcia, przewróconej na bok ciężarówki, dookoła której kręciło się kilku mutantów. Nieopodal niej w jeszcze dymiącym kraterze leżało kilkanaście ciał. Nieruchomo, stał nad nimi jeden z mutantów z odbezpieczonym kanistrem łatwopalnej cieczy. Travis klepnął go w ramię. Tamten spojrzał spomiędzy bandaży założonych na jego twarz i zaczął cicho.
No nie wiem... Czterech naszych tu leży.. tak pomiędzy tymi ludzkimi szczynami ich chować. Chyba nie powinniśmy... – Travis spojrzał w dół krateru. Z przestrzelonymi głowami leżał Jeckyll & Hyde, obok niego Rekin i jeszcze dwóch, których nie kojarzył. Uklęknął. Nie miało dla niego żadnego znaczenia jak pozbywają się trupów. Po prostu, gówno musiało być zrobione. Z pół roku temu ani oni, ani te psy z Nashville się tym nie przejmowali, aż wybuchła zaraza, która przetrzebiła obie strony. Teraz palą zwłoki, czasami tylko ostrzegawczo wieszają na słupach. Z zamyślenia wyrwał go mężczyzna zeskakujący z wraku ciężarówki. Szybkim krokiem podszedł do krateru i wyrwał kanister niezdecydowanemu mutantowi.
Nie pierdol, kurwa... – Wycedził przez zęby polewając zwłoki łatwopalną cieczą. Tamten tylko spojrzał na Travisa ze smutkiem.
Z drugiego piętra zawalonego budynku Clyde przyglądał się całej scenie. Kilku mutantów obsiadło ciężarówkę systematycznie rozkręcając ją na części. Któryś z nich właśnie taszczył CKM z prawie pudłem naboi.
Ej Ty! – Nim jeszcze echo krzyku rozniosło się po ruinach zagłuszył go strzał i odgłos ciała upadającego na ziemię.

***

Ezechiel leżał w gruzach przykryty kawałem brezentu, całego zesztywniałego od gromadzącego się latami pyłu. Obserwował powoli falującą pierś rannej kobiety. Ursula, bo tak chyba miała na imię, mimo iż wciąż nieprzytomna czasami co jakiś czas cicho pojękiwała z bólu. Mężczyzna delikatnie odsłonił jej prowizoryczny opatrunek. Skrzywił się patrząc na poszarpane mięso. Przy tej kobiecie, jego rana wyglądała jak zaledwie draśnięcie. Podniósł głowę lekko ponad ceglany murek, za którym się skrył. Nie widział żadnego ze swoich niedawno poznanych towarzyszy. Sam leżał w miejscu, w którym miał dobry widok na ścieżkę, która prowadziła przez gruzowisko.
Czekał.
Ciche rżenie konia pobudziło jego zmysły. Powoli podniósł rewolwer, celując w wylot ulicy, którą obserwował. Sylwetka ludzka przemykała pomiędzy gruzowiskiem. Wstrzymał oddech, kiedy muszka jego broni rozdziela głowę przybysza na pół.
Odetchnął z ulgą, kiedy rozpoznał w porannej szarówce powracającego niewolnika. Wnioskując po odgłosach inni też go dostrzegli powoli wychylając się ze swoich kryjówek. Pierwszy wyszedł Fray. Opierając swój karabin na barku rzucił w stronę nadchodzącego Kinga
I? – Murzyn był cały pokryty pyłem.
Gówno. – Szajbus spojrzał na niego roześmiany.
Czyli zupełnie tak, jak mówiłem, że będzie. - Clyde zakaszlał strzepując z siebie pył.
Mutanci byli już przy ciężarowce, jeden do mnie strzelił. – Ezechiel spojrzał na niego z powagą.
Widzieli Cię? Nie traćmy więc więcej czasu. Ruszajmy.


17.11.2056
13:23

Jeszcze jeden krok, a później jeszcze dwa. Ciężki oddech, na chwile przykucnąć, poprawić buta w złym rozmiarze. Potknąć się, przewrócić. Jeszcze jeden krok, za kilka minut zrobią przerwę. Łyk mleka, pot kapiący z czoła. Ledwo dostrzegalna ciepła para oddechu, rozpływająca się w zimnym poranku.


Już kilka godzin maszerowali przez przedmieścia. Po jakimś czasie kompletnie ustały odgłosy strzelaniny z południa. Gdzieś w oddali słyszeli jeszcze odgłosy silników, ale nic po za tym. Może jakiś krzyk, może ujadanie psa. Później ciszę.
Ruiny w tym miejscu wyglądały mniej mizernie niż wszędzie. Wśród zniszczonych domów i nadpalonych wraków ktoś wytyczył ścieżki zaznaczone czerwonymi szmatami, które smętnie powiewały na wietrze. Co jakiś czas potykali się o wyschnięte ludzkie truchło, rozwłóczone na asfalcie zwierzę, zakrwawioną kość. Mimo, iż człowiek próbował zagarnąć ruiny dla siebie, to Miasto żyło, żywiło się sobą i cały czas atakowało.
Clyde z udręką spojrzał na pustą butelkę po mleku. Pot lał się z niego strumieniami. Ciężki wór łusek ciążył nie mniej, niż bezwładne ciało Ursuli. Obejrzał się przez ramię. Starzec, który zgodził się nieść przez chwilę drugi koniec prowizorycznych noszy, mimo iż oddychał ciężko, to wyglądał o wiele lepiej od niego.
Musimy znaleźć jakąś wodę. – Wysapał medyk po dłuższej chwili ciszy. Maria, która była kilka metrów przed nim przysiadła na kopcu usypanym z gruzu.
Tu coś jest... Woda! Jak na zawołanie! – Powiedziała rozradowana wczołgując się pomiędzy dwie betonowe płyty. Za chwilę wychyliła się z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
Straszliwie śmierdzi. – powiedziała do rozczarowanego Kinga. – Chyba zaległy się w niej jakieś roba... – Nagle Fray ostro jej przerwał.
Cisza! – Rzucił. Wszyscy zamarli podążając wzrokiem do miejsca, które skrzywioną lufą karabinu wskazywał nadzorca. W oddali, na kolejnej kupie gruzu klęczało dziecko. Było ubrane w brudną, za dużą na nie kurtkę. Z tej odległości póki tkwiło w bezruchu można by było pomylić je z kupą szmat. Było odwrócone do nich plecami i chyba jeszcze ich nie dostrzegło. A może zwyczajnie, nie przeszkadzała mu ich obecność. Przez chwilę nawet nie drgnęło, by za sekundę podnieść kawałek rozbitej cegły i uderzyć w coś znajdującego się przed nim. Fray wycelował w nie z karabinu. Szajbus również podniósł swoją strzelbę. Dzieciak wstał, odsłaniając leżące przed nim martwe ciało i siadł na nim okrakiem. Kolejny raz podniósł cegłę, tym razem pokrytą krwawą mazią i ponownie uderzył w głowę trupa. W końcu odrzucił na bok swoje narzędzie i zabrał się do uczty. Fray wystrzelił pierwszy. Pocisk uderzył w betonową płytę obok potworka i zrykoszetował trafiając malca w udo. Ten zapiszczał okropnie i rzucił się do ucieczki. Kilkadziesiąt metrów dalej, idąc za krwawą smugą znaleźli jego dogorywające ciało. Obrzydliwie wykrzywiona gęba pełna ostrych kiełków, brudna, pozbawiona nosa twarz z nienaturalnie szeroko otwartymi oczyma, chude długie palce zakończone szpikulcami, nagie, żylastę ciałko. Jacob spojrzał na bestię z obrzydzeniem.
Croat. – Powiedział, miażdżąc obcasem krtań mutanta.


17.11.2056
15:37

Zszywacz mocno przycisnął do piersi płaczącą dziewczynkę. Syknął z bólu gdy mała obejmując go dotknęła jego zabandażowanej rany.
Prze-przepraszam – wyjąkała, połykając łzy.
Hej, nic się nie stało.. – wydyszał. Zerknął na opatrunek. Krwawe wykwity nie wróżyły dobrze. Usunął już wcześniej kulę i prowizorycznie zaszył ranę. Mimo tego dalej krwawił. Dziewczynka wtuliła twarz w jego ramię.
Zostaniemy tu? – zapytała cicho. Zszywacz nie odpowiedział wpatrując się w odrapaną ścianę walącego się budynku, w którym się schronili. Po kilku minutach, wciąż ogłuszony środkami przeciwbólowymi, przymknął oczy. Oddalili się kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym bandyci zaatakowali karawanę. Kilka godzin bolesnego marszu przez ruiny. Udało mu się zastrzelić trzech mutantów, którzy podążyli za nimi. Później jeszcze dopadł niewolnika chcącego wziąć na nim odwet. Rozbił mu głowę metalowym prętem i dobił nożem. Dziewczynka na szczęście tego nie widziała. Słyszała tylko. Wziął głęboki oddech i wysunął magazynek. Ostatnia kula. Z powrotem wsunął magazynek i wprowadził nabój do komory. Nie miał już więcej amunicji. Nie zdążył założyć kamizelki taktycznej, kiedy to wszystko się stało. Dał się załatwić, jak byle zielony. Spojrzał na klatkę piersiową dziecka, unoszącą się w nierównym oddechu. Przestała już łkać, siedząc w kucki obok niego. Trzęsła się za to z zimna. Lekarz zdjął swoją kurtkę i kazał jej ją ubrać. Przypatrywał się, jak dziewczynka zarzuca na siebie ubranie zakrywając sweter z namalowaną na nim jaskrawą „tarczą”. Spojrzał jej prosto w oczy. Uratował niewolnika. Mała usiadła obok niego.
Już cieplej – powiedziała. Zszywacz sztywno objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Uratował dziecko i nie może myśleć inaczej.
Czas mijał. Czekali.
Chcę mi się pić. – Przerwała ciszę dziewczynka. Zszywacz usiadł, przyciągając do siebie ciężki plecak i wyjmując z niego butelkę kawy, podał ją dziewczynce. Ta łapczywie upiła kilka dużych łyków, krztusząc się przy tym.
- Niedobre. - Powiedziała.
Pij powoli – Odparł mężczyzna. Dziewczynka ze zrozumieniem upiła jeszcze trochę mętnej cieczy.
Powinniśmy iść. – powiedziała oddając mu kawę. Zszywacz dopił końcówkę i odstawił butelkę. Stęknął z bólu, zbierając się na odpowiedź.
Pójdziemy... Pójdziemy wieczorem. – Zastanowił się chwilę. – Teraz jest za jasno. – Dziewczynka przyjrzała mu się dokładnie.
Będziemy wracać do wszystkich? – Zszywacz zamyślił się chwilę, przywołując wspomnienie odjeżdżającej karawany. – Nie. – Rzucił i zdjął z głowy hełm. Łzy znów popłynęły po twarzy małej.
Pójdziemy do miasta. – Powiedział po chwili ciszy. Dziecko spojrzało na niego zapłakanymi oczami.
Czy... – zbierało się sekundę na odwagę. – Czy tam mnie sprzedasz? – Zapytała zlęknionym głosem.
Nie – natychmiast odpowiedział, stanowczym tonem.


- Gdzie teraz? – Dobiegł ich żeński głos. Dziewczynka mocna szarpnęła Zszywacza za ramię. Ten ocknął się ze snu, rozglądając się zdezorientowany dookoła.
Co do... – Dziecko przystawiło palec do ust w geście ciszy i wskazało na wyrwę w ścianie wychodzącą na ulicę.
Jewteś pefna? – Padło pytanie. Zszywacza przebiegł dreszcz, kiedy rozpoznał odrobinę zniekształcony głos. Fray – Nadzorca szóstego komanda. Lekarz nakazał dziewczynce zostać w miejscu, a sam podczołgał się do okna. Na zewnątrz stało pięć osób. Na prowizorycznych noszach leżała jeszcze dwójka – kobieta i mężczyzna. Prowadzili za sobą czarnego wierzchowca. Większość z nich, oprócz kobiety i starucha należała do dawnego komanda szóstego. Rzucił okiem na ich ekwipunek. Karabiny, hełmy, kamizelki taktyczne, okrwawione ubrania. Poznawał je. Wszystko było zerwane z martwych ciał zwiadowczego. Stała przed nim grupa morderców, nie lepsza, ani trochę niż on sam. Medyk rozejrzał się po starym budynku, w którym znaleźli schronienie. Dawny dom mieszkalny straszył walącymi się ścianami i resztkami porozbijanych mebli. Prowadziła do niego tylko wyrwa w ścianie, która kiedyś była drzwiami. Okna zostały bardzo dawno temu zabite, teraz butwiejącymi deskami. Schody, jak i całe drugie drugie piętro, nie wytrzymały próby czasu zawalając się. Zszywacz oparł głowę o podgniłą tapetę. Będąc na morfinie po prostu wybrał na schronienie pierwszy budynek, który wydawał mu się w miarę bezpieczny. Teraz dopiero zauważył, że nie ma on drugiego wyjścia.
Sam wlazł do trumny.
- Ja pierdole... – dobiegł do niego zrezygnowany głos jednego z niewolników. – Idę się wyszczać. – dokończył tamten. Zszywacz wychylił się trochę, żeby zaraz przywrzeć do ściany. Jeden z nich trzymając w ręku strzelbę zbliżał się prosto do domu. Łowca, mimo gwałtownej wymiany zdań między resztą niewolników, słyszał zbliżające się kroki. Mężczyzna ze strzelbą zatrzymał się zaraz za ścianą, za którą stał Zszywacz. Lekarz powoli wyciągnął z kabury odbezpieczony pistolet. Słyszał, jak tamten rozpiął spodnie. Spojrzał na dziewczynkę. Ta schowana za rozbitym biurkiem mocno przyciskała obie dłonie do swoich ust. Medyk wstrzymał oddech. Powoli powiększająca kałuża moczu wlewała się już przez próg. Niewolnik prawie kończył, kiedy dziewczynka nerwowo drgnęła. Do Zszywacza dobiegł odgłos pospiesznie zapinanych spodni i odbezpieczonej strzelby. Medyk z przerażeniem obserwował jak lufa broni powoli wsuwa się do wnętrza budynku.
Mam Cię – wydyszał niewolnik wpatrując się w dziewczynkę z pożądaniem. Facet zrobił krok do środka, kiedy nadział się na pistolet Zszywacza.
Ani mi kurwa drgnij. – Ogorzała twarz niewolnika zamarła.

***

Jacob dyszał ciężko, mieląc przekleństwa pod nosem. Jęczący na noszach Ridley doprowadzał go do furii.
Gdzie teraz? – Zapytała Maria, która stała na rozstaju dróg razem z Frayem przyglądając się mapie i próbując ustalić kierunek. Tylko tego im teraz brakowało. Dziewczyna zerknęła na arkusz, przystawiła do niego kompas rannego Ridleya i podniosła rękę wskazując odgruzowaną ulicę. – Chyba tędy. – Odpowiedziała sama sobie.
Jewteś pefna? – zapytał nadzorca, pakując do ust pieczonego kartofla. Dziewczyna przytaknęła raczej bez zbytniego przekonania. Szajbus splunął i pokręcił głową z niedowierzaniem.
Ja pierdole.. – powiedział sam do siebie. Jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Kinga. Lekarz wyglądał na wyczerpanego. Siedział na ziemi, ze zdjętym butem obserwując ranę stopy. – Idę się wyszczać. – Rzucił Szajbus, opuszczając trochę za mocno noszę z Ridleyem. Mężczyzna tylko jęknął cicho. Jacob nic sobie z tego nie robiąc, zabrał swoją strzelbę, którą do tej pory trzymał w nogach rannego i ruszył w stronę najbliższych zabudowań. Przeszedł kilka kroków, stanął przy wyrwie prowadzącej do jednego z budynków i rozpiął spodnie. Dochodziły do niego dźwięki coraz ostrzejszej wymiany zdań, ktoś nie był pewien kierunku, ktoś zastanawiał się, czy jest sens dalszego taszczenia rannych, a ktoś chciał się zatrzymać już i teraz. Szajbus znów pokręcił głową. Wolał o wiele łatwiejsze sytuację. Stado mutantów i on ze strzelbą. Skończył już prawie wysikiwać swoje inicjały na ścianie, gdy nagle zauważył jakiś ruch w środku budynku. W kupie śmieci leżał umorusany krwią dzieciak. Szybko naciągnął gacie i odbezpieczył strzelbę. Zerknął na pozostałych. Tym razem nie miał zamiaru dać się wyprzedzić Frayowi. Ten Croat był jego. Powoli, starając się nie robić żadnego hałasu wszedł do środka.
Mam Cię – wycedził przez zęby obserwując kulącego się w rogu mutka. Nagle poczuł lodowato zimny kształt na swoim karku.
Ani mi kurwa drgnij.

***

Zszywacz obserwował, jak niewolnik opuszcza strzelbę. Lufę pistoletu miał wycelowaną trochę poniżej hełmu, który kiedyś należał do One Two.
Młodych cipek się zachciało, co? – Wysapał w złości. Nie miał złudzeń, ani przez te wszystkie lata, ani też teraz. Był trupem, to pewne. Tym razem przegrał. Wiedział, że to kiedyś nadejdzie i był z tym pogodzony. Miał teraz tylko jeden nabój, był ciężko ranny, ledwo mógł utrzymać pistolet, tamtych było dużo więcej.
Co ty pierdolisz? – Cicho odezwał się niewolnik. Ku zdziwieniu Zszywacza, facet nie brzmiał na przerażonego. – Myślałem, że to Croats się tu czai. Nie wiedziałem, że ktoś tu jest. Zostawię was. – Dodał. Gówno prawda. Medyk przez kilkanaście miesięcy obserwował takich jak oni. Pół cywilizowane brudasy, które prędzej wielokrotnie zgwałcą i zabiją dziewczynkę niż ich puszczą. Nawet jeżeli zabiłby go i dałby dziecku czas na ucieczkę, to sama w tych ruinach, to i tak pewna śmierć. Dziewczynka nie mogła już liczyć na niego, a na pewno nie będzie mogła na nich.
Myśląc, o tym, co mogło tą malutką dobrego w życiu się spotkać, trochę ze znudzeniem obserwował, jak tamten powoli przesuwa lufę strzelby coraz bliżej jego ciała. Czasami mężczyzna musi wybierać dobrze z samych złych opcji. Zszywacz mocno ściągnął spust. Nawet nie znał jej imienia.

***

King słysząc pierwszy wystrzał poderwał się z ziemi mocując z kaburą Welroda. Wyszarpał w końcu pistolet i ruszył wraz z innymi biegiem w kierunku budynku, do którego wszedł Szajbus, kiedy kolejny wystrzał przeciął powietrze. Mimo trudów marszu i poranionej stopy wyprzedził wszystkich, wskakując przez wyrwę do środka. Momentalnie, jednak się zatrzymał i prawie przewrócił, wpadając na stojącego w środku Nemroda. Łowca Mutantów stał na środku pomieszczenia, wpatrując się leżącego na ziemi mężczyznę. Clyde zerknął w jego stronę. Mimo panującego tu półmroku od razu poznał zabitego: Zszywacz – sanitariusz łowców. Facet oberwał ze strzelby Jacoba prosto w klatkę piersiową. Musiał zginąć na miejscu.
Zastrzelił ją. – Powiedział Nemrod dziwnym tonem. W rogu pomieszczenia leżało bezwładne ciało dziecka z przestrzeloną głową.
Kilka minut później ruszyli dalej. Milczeli.


17.11.2056
17:58

- Mocniej! – Krzyknął Fray do Nemroda. Raz po raz napierali na stalowe drzwi próbując je wyważyć. Broniły one wejścia do dwupiętrowego budynku. Niewielki kwadratowy dom wyglądał jakby był przygotowany do oblężenia. Okna były pozastawiane metalowymi płytami i workami z piaskiem. Drzwi również zabezpieczone były porządnym zamkiem. Jednakże elewacja nie nosiła śladów po kulach, a okolica nie wyglądała, jakby przetoczyły się tu jakiekolwiek walki.
Ilu ich jest? – Zapytała przestraszonym głosem Maria. Leżący na wraku przewróconego autobusu Ezechiel odjął lornetkę od oczu.
Trzydziestu.. około. Będę tu za kilkanaście minut. – Clyde klęczał nad Ursulą sprawdzając jej tętno. Kobieta żyła, oddychała w miarę równo, ale była coraz bardziej rozpalona.
Może spróbujemy inny dom? – Zapytał nie podnosząc wzroku.
Nie, to miejsce jest dobre – rzucił Ezechiel. – Nie wyróżnia się, a jest, jak forteca. Mieliśmy szczęście, że na nie trafiliśmy – powiedział, by po chwili wrócić do obserwacji zbliżającej się karawany. – Mają z ośmiu ludzi pod bronią. Reszta to niesie jakieś pakunki. Część z nich to chyba ludzie... – Zapauzował. – Niewolnicy. – Maria nerwowo rozgrzebywała piach butem.
To na pewno mutanci? – Ezechiel potwierdził skinieniem głowy. W końcu drzwi ustąpiły pod naporem mężczyzn. Ze środka buchnął obłok czarnej sadzy i zapach stęchlizny. Na zewnątrz słońce powoli zachodziło już za horyzontem, więc w środku panował nieprzyjemny półmrok. Powoli, trzymając latarki i broń w pogotowiu weszli do środka. Przeszli przez zastawiony pustymi workami na piasek, metalowymi płytami i drutem kolczastym hol.
Cholera. – Wydusił Clyde zza szalika zasłaniającego mu usta. W następnym pomieszczeniu wśród rozbitych mebli i sprzętów leżały trzy ciała obwiązane mocno liną – dwóch mężczyzn i kobieta. King mógłby przysiąc, że wpatrują się prosto w niego. Zarówno ich oczy, jak i skóra miały niebieski odcień. Zmarli sprawiali wrażenie zmumifikowanych. Najwidoczniej stojące powietrze i niska temperatura powstrzymały ciała od rozkładu, pomyślał. Fray oświetlając sobie drogę latarką podwieszoną pod strzelbą zbliżył się do nich. Sprawdził linę. Wyglądała na solidnie zawiązaną. Przeniósł wzrok na trupy
Kurwa. – Wycedził. Pierwszemu z nich z piersi wystawało kilka strzał.
Jak jeż. – rzucił Nemrod z przekorą. Trup wciąż trzymał oswobodzoną ręką jedną z nich wbitą w jego pierś prawie po samą lotkę. Maria patrzyła na to zdenerwowana.
On.. On zrobił to sobie sam? – Fray mocnym ruchem wyrwał jedną ze strzał. Grot został w ofierze.
Na to wygląda. – Powiedział. Siedząca pomiędzy mężczyznami, martwa kobieta nie miała żadnych widocznych obrażeń. Mocno związana, w kurczowo zaciśniętej dłoni trzymała nadpalonego misia. Drugi mężczyzna wpatrywał się w nich jednym okiem, które wciąż tkwiło w jego przestrzelonej czaszce. W rękach trzymał przerobiony na strzelbę rewolwer. Dookoła niego walało się kilkadziesiąt łusek.
A ten do kogo tak walił? – Ezechiel oświetlił ścianę na przeciwko.
Do niego. – Pod podziurawioną ścianą leżały wielokrotnie rozstrzelane zwłoki mężczyzny. Obok na ziemi leżał pistolet maszynowy. Wszystko w pomieszczeniu pokryte było grubą warstwą czarnego pyłu wzbijającego się przy każdym kroku.
Maria miała przejść do następnego pomieszczenia, kiedy potknęła się i upadła na ziemię.
Kuźwa – wyszeptała otrzepując spodnie. – Randall przyświeć mi tu, proszę. – Powiedziała do nadzorcy. Ten niechętnie rzucił snop światła na przedmiot, o który wyrżnęła dziewczyna. – O mój boże... – wyszeptała.


Stali w milczeniu obserwując zakopanego w pyle niemowlaka. Dziewczyna patrzyła na nich przerażona.
Nie powinniśmy tu zostawać. – Wydusiła w końcu. Ezechiel odwrócony tyłem do pozostałych, obserwował karawanę mutantów wchodzących do budynku kilkaset metrów od nich.
Wydaje mi się, że nie mamy wyboru.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.

Ostatnio edytowane przez Lost : 21-02-2014 o 12:39.
Lost jest offline