Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-04-2014, 19:56   #7
Ferr-kon
 

Ocero siedział w miarę wygodnie na wozie. Na tyle wygodnie, na ile pozwalała ciężka zbroja. Miał nadzieję, że nie natrafią na wertepy. Spojrzał na towarzyszące mu elfy.
-Więc co was prowadzi do Srebrnych Marchii?
-Od niedawna są mym domem. Zatem mógłbym rzec iż powracam z wyprawy. - Erilien jak to miał w zwyczaju przeżuwał w siodle kolejny smakołyk ze swych racji, tym razem było to soczyste zielone jabłuszko. Zapewne zdobyte za niezłą sumkę zważywszy na porę roku.
-A was panie, jakie wiatry przygnały do tego pięknego zakontka?
- W zwyczaju mam tułaczkę. Marchie zaprosiły mnie wspaniała świątynia Pani Księżyca w Silverymoon.- kapłan sięgnął do swego plecaka i wyjął kawałek chleba. Spokojnie zaczął przeżuwać posiłek.
- Wyznać muszę ze wstydem iżem świątyń nie odwiedzałem z wyjatkiem oczywiście świątyni Corellona, tej bowiem służę całym swym sercem a w razie potrzeby również mieczem. Słyszałem jednak, że w istocie piękne to przybytki, sprzyjające kontemplacji wiary i bóstwa potęgę sławiące. - Kolejny kes przerwał potok słów elfa. - A od dawna jesteście Czcigodny w drodze?
-Ogólnie, czy w chwili obecnej? Klka dni w chwili obecnej. A tak… kilka lat z przerwami. Jak to mnie określają, nie potrafię usiedzieć na zadku i muszę ciągle gdzieś iść.
Rycerz wraz z kolejnymi kęsami oddał się chwilowej refleksji nad krótkością ludzkiego życia. Wszak elf podróżujacy kilka lat uznany byłby zaledwie za ledwie poczatkujacego podróżnika. Lecz postanowił nie dzielić się swymi przemyśleniami, nie chciał sprawiać tym przykrości towarzyszowi drogi. Zamiast tego sprowadził temat na bezpieczniejszą ścieżkę.
- Zapewne więc sporo widzieliście. Może zechcecie się z nami podzielić jedną z opowieści ze szlaku?
-Hm… Raz, aby przyspieszyć sobie podróży użyłem zaklęcia teleportacji. Rok raz spędziłem, na rzucaniu tego zaklęcia i wracaniu spowrotem do Waterdeep pomagając komu mogłem po drodze. Tak czy inaczej, zaklęcie nie wypaliło. Znaczy nie dokładnie. Rzuciło mnie w okolice do których chciałem się dostać. Sęk w tym, że również rzuciło mnie kilka metrów pod ziemie. Prosto na rytuał Myrkulitów. Zapewne zbierana przez nich magia mnie zbiła z kursu. Dużo krzyku, kurzu, bladych, chudych ludzi w śmiesznych czarnych szatach z dużą ilością czaszek i pięć minut później odprowadzam ich przeżyłe ofiary do domu. Dostałem ciepły posiłek i wdzięczność rumianych kobiet. A wy rycerzu, nie zwalczyliście armii brudnych elfów z podmroku?
- Nie tak brawurowo.- W glosie elfa dąło się wyczuć głeboki smutek i zapiekły gniew, nawet odłożył swoje jabłko. Widać temat mrocznych kuzynów nie przypadł mu zbytnio do gustu lecz honor nie pozwalał niczego ze swych dokonań zataić.
- Wiele czasu spędziliśmy z braćmi strzegąc jaskiń bram do podmroku. Wielu z nas poegło gdy mroczni przypuszczali swe podstępne ataki. I choć opłakuję śmierć wielu spośród obrońców to serce me raduje fakt, że życia swe oddali broniąc spokoju naszego ludu. Niema bowiem niczego za co bardziej warto by oddać życie niż twoi bliscy. - Zakończył tym smutnym tonem Erilien. Mimo to jeszcze przez jakiś czas nie sięgał do sakwy z jadłem.
Ocero przez chwilę nic nie mówił, najpewniej rozważał co teraz powiedzieć.
-Pewien Helmita kiedyś mi powiedział: “Jeżeli robota jest warta zrobienia, jest też warta śmierci.”, zawszę sądziłem, że hełm jego zbroi za mocno uciska mu głowę, ale uważam, że istnieją sytuacje kiedy ta logika działa. Twoji bracia zgineli wykonując swoją powinność, co cważniejsze ich cel był szczytny, a poświęcenie nie było na marne. Na pewno niczego teraz nie żałują, ty też nie powinieneś.
- “Żal za zmarłych dobrze nam sluży póki nie przysłania życia.” Tak mawiał mój nauczyciel. - Elf uśmiechnął się ciepło. - Czcimy pamięć każdego kto bronił swego ludu, czy to żywy czy martwy. Żałujemy zaś tego, że polegli nie mogą świętować z nami. - Uderzył dłonia w udo by otrząsnąć się ze wspomnień. - Dość jednak smutnych tematów choćby i były opowieściami o wielkiej chwale. Droga przed nami do pięknego miejsca i wokoło piekna nie brak. Może więc przyjacielu uraczysz nas swym kunsztem? - Ostatnie słowa zwrócone były do barda którego niedawno wyciągnęli z opresji.
- Mądrości helmitów, tajne kulty Myrkula, bojowanie z drowami, rzeknę wam panowie, że zarobię krocie na samej podróży z wami - elfi bard rozsiadł się na swoim siedzisku, do tej pory żując tylko jakieś zerwane po drodze źdźbło trawy - Śmierć panowie, jest częścią życia, przynajmniej tam skąd pochodzę. Widzicie, nie różni się ona niczym od złamania nogi, czy wrednego piasku w kieszeni. Po prostu “jest”, czy też “zdarza się.” Różni bogowie różnie o niej mówią, ale ja nauczyłem się, że po prostu… Trzeba żyć. Póki możemy. A jak ktoś umarł… Cóż, przed nim wędrówka, której nikomu nie może opowiedzieć. ALE!

Sevotar podskoczył i stanął na wozie, chwytając swoje skrzypce i smyczek.
- Jesteśmy w pięknym miejscu, o pięknym czasie! Śmierć nie czycha za rogiem, ani szczęśliwie nikogo nie doświadczyła. Więc niech panowie pozwolą, Sevotar Jasne Skrzydło zagra wam coś ku czci życiu! I temu, co nas w nim prowadzi.
I zaczął grać, jednak nie była to zwykła melodia. Z pierwszymi kilkoma pociągnięciami skrzypiec, jego słuchacze mogli poczuć przechodzący im po karkach dreszcz, jakby sam wszechobecny Splot zainteresował się tym utworem. Zaczęli nawet słyszeć… Coś na kształt śpiewu, wydobywający się z okolic lekko wysuniętego z pochwy rapiera Sevotara, ale to pewnie była tylko ich wyobraźnia, mierząca się teraz z wydobywającymi się ze skrzypiec słowami o nadziei. A przynajmniej tak im się wydawało.

Cisza która trwała po pieśni barda zdawała się sama również śpiewać kontynnując bezdźwiecznie wątek. Przerywana jedynie skrzypieniem wozu i uderzeniami końskich kopyt. Erilien trwał w tej ciszy jeszcze chwilę zadumany.
- Zaprawdę bogowie cię pobłogosławili. - Pochwałił grę barda - Jeśli jednak chcesz mieć wiecej opowieści o których mógłbyś śpiewać to spotkajmy się w <tu pojawi się nazwa karczmy> w wieczór naszego do Silverymoon przybycia. Ręczę honorem, ze wino tam przednie podają.
- Dobre wino, dobra opowieść, dobre towarzystwo… - Sevotar opadł na leżące na wozie worki i przeciągnął się, uśmiechając błogo - Czego więcej chcieć od życia?
- Po długiej podróży jeszcze tylko dobrej strawy i ciepłego łoża. - Zasmiał się Erilien kontynuując rozważania Sevotara. A jakby na potwierdzenie tych słów przeszukał sakwy w nadziei, że zostały tam jeszcze placki z suszonymi owocami tak wspaniale smakujące w drodze.
Ocero ziewnął, ciepłe słońce połączone z pieśnią barda oraz bujaniem wozu najwyraźniej lulały go do snu. Chociaż słowa “karczma i wino” go najwyraźniej obudziły.
-No i pięknych kobiet.
- Coś czuję, panowie - Sevotar zasłonił twarz przed rażącym go światłem - Że to początek wspaniałej przyjaźni.

* * * * *


Widząc na ulicach miasta takie zróżnicowanie, Sevotar musiał naprawdę z całych swoich sił powstrzymywać się, przed kompletnym rozklejeniem. To było jego marzenie, tak według niego powinien wyglądać świat. Dopóki nie wchodzisz do życia innym, masz prawo żyć jak ci się podoba, niezależnie od swojej rasy, płci czy pochodzenia. To była piękna wizja i mało było miejsc na świecie, które trzymałyby się jej w pełni. Chociaż umówił się na spotkanie z nowopoznanymi towarzyszami, każdy miał jakieś swoje sprawy do załatwienia, Sevotar więc chciał je dobrze wykorzystać.
- Panowie, to wasz szczęśliwy dzień! - bard podszedł do dwóch sprzeczających się miejscowych - Przybyłem właśnie do miasta i z ogromną chęcią dołączyłbym się do waszego zakładu.
Blondwłosy człowiek wraz ze swoim półelfim znajomym spojrzeli na Sevotara. Półelf uśmiechnął się i skinął głową.
- Co byś chciał zaprezentować, więc? Muzykę, śpiew?
Elf uniósł brwi, jakby kompletnie się zaskoczył.
- A to muszę wybrać? Wybieram więc jedno i drugie! Może nawet dorzucę do tego taniec.
- Możesz wybrać wszystko, w jakiejkolwiek kombinacji. - uśmiechnął się półelf. - My wolimy muzykę i nią będziemy się starali zauroczyć publiczność.
- Zatem nie będe się wybijał i chętnie wam potowarzyszę swoimi skrzypcami - pokazał im swój dumnie wiszący na ramieniu instrument - Jak miło spotkać podobnych sobie artystów, na szlaku zwykle się wyróżniam, a tutaj czuję… Prawie jak w domu.
- Na szlaku bywa różnie. - przyznał człowiek. - Czasami dobrze się wyróżniać, ale też czasem jest to… niebezpieczne. Niektórzy mogą uważać, że artysta posiada nie wiadomo jakie skarby, a to przecież talent jest największym skarbem.
- Wszystko zależy od tego, jakie ma się podejście do sztuki, przyjacielu - Sevotar opadł dłoń na koszu rapiera, uśmiechając się tajemniczo - Są bardowie, którzy widzą tylko pieniądz, i jeśli są dobrzy w zdobywaniu go, ci “niektórzy” mogą nie być dalecy od prawy. Swoją droga, wy sami wspominaliście chyba coś o zakładzie, nieprawdaż?
- Tak, ale to nie zakład na pieniądze - sprostował półelf. - To bardziej zakład o to, kto ma rację.
- Więc czemu nie dorzucić do tego pieniądza? - uśmiechnął się jasnowłosy elf - Nie mówię, że sztuka nie jest ważniejsza niż pieniądz, jednak głodny artysta to martwy artysta. A nie wiem czy zrobiłem wystarczająco dużo, by być pokochanym za swoją twórczość pośmiertnie.
- Możemy i tak zrobić.- zgodził się półelf i skłonił lekko. - Deboreth Asmanil.
- Meneos Dreck - przestawił się człowiek z uśmiechem.
- Sevotar Jasne Skrzydło - elf skłonił się nisko i po dworsku, po czym zawadiacko zatknął palce za swój pas - Prowadźcie zatem panowie!
 
Ferr-kon jest offline