Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-07-2014, 19:06   #9
Szarlej
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2996 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
Chyba nikogo nie dziwiło, że Harper zalazł za skórę nie tylko białym. O tyle o ile czerwonoskóry na terytorium Apaczów byłby pożądanym członkiem wyprawy a Meks niczym dziwnym zważywszy na okolicę to Shilah budził zdziwienie i przyciągał spojrzenie. Miał niespotykany, śniady odcień skóry. Tigget nazywał go meksem, niektórym bardziej przypominał metysa. Jaką krzyżówką był naprawdę nikt nie wiedział, może nawet on sam. Ot, kundel. Mimo nieprzychylnych spojrzeń i kąśliwych uwag co niektórych członków wyprawy młodzieniec nie był burkliwym milczkiem. Często, szczególnie w spokojnej okolicy nadawał obozowisku pozór normalności. Jeżeli ktoś nie był zrażony jego pochodzeniem to Shilah go zagadywał. Nie przynudzał ale czasem opowiedział jakąś historię, którą przeżył jako poganiacz, czasem zażartował... A wieczorami grywał na harmonijce. Zdawałoby się, że ten młody i wesoły człowiek nie pasuje do bandy twardych łowców. Każdy kto tak myślał wystarczyło, żeby gdy przed ekipą Tiggeta piętrzyły się trudności spojrzał Shilahowi w oczy. Zobaczyłby tam nie mniejszą zaciętość niż w oczach twardych rewolwerowców, którzy tworzyli trzon grupy.

Nie tylko jednak pogoda ducha i kolor skóry wyróżniały poganiacza. Mimo, że na biodrach miał zapięty pas z rewolwerem to nie była jego jedyna broń. Wyraźnie lepiej się czuł z drugą, na co dzień wożoną w sajdaku. Łuk był prostej konstrukcji ale w rękach młodzieńcza porażał skutecznością. Nie raz wieczorami odchodził od obozowiska by wrócić ze zwierzyną. Oprócz broni dzikich przy pasie nosił zwinięte lasso a przy siodle bicz. Dwa nieodzowne narzędzia kowboja. Z tego co mówił znał się też na tropieniu a rękę do zwierząt było widać za każdym razem gdy wieczorem, nim pozwolił ulżyć nogom, zajmował się koniem.

Teraz też nie było inaczej. Gdy Tigget zarządził postój najpierw zadbał o swojego wierzchowca a potem rozłożył się przy ogniu z wyraźnym apetytem jedząc fasolę z boczkiem. Mimo, że wczoraj jedli fasolę z boczkiem. Podobnie jak przedwczoraj i przedprzed... Gdy się najadł, zwyczajem nabranym podczas długich, męczących podróży zawinął się w koc. Warta zapowiadała się męcząca. Nie chodziło tylko o nieustanną czujność, którą wymuszała bliskość Harpera czy obecność Apaczów. Równie męczący był jego towarzysz. Scott, syn jednego z farmerów z południa od początku darzył go niechęcią. Jak to sam stwierdził "nie miał zamiaru się pieścić z brudasem". Nawet gdy ten brudas wykazywał większą przydatność od kowboja, który jedyne czym mógł się pochwalić to celnym okiem. W tym przewyższał chyba nawet samego Tiggeta. Shilah doświadczył takiej zimnej wrogości wielokrotnie ale ciągle nie mógł się do niej przyzwyczaić. Sen nie chciał nadejść. W głowie kłębiła się myśl, że jest co raz bliżej celu. Myśl o naprężonych ramionach łuku w lewej ręce i strzale w prawicy. Oraz Harperze tuż przed grotem. Młodzieniec w końcu zapadł w niespokojną drzemkę z której wybudził go kopniak w żebra.
- Wstawaj łajzo. Nasza warta brudasie.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]

Ostatnio edytowane przez Szarlej : 09-07-2014 o 19:21. Powód: zamiana Smitha w Scotta
Szarlej jest offline