Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 13-07-2014, 00:50   #103
Szarlej
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2995 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
post wspólny z Lostem i Zielarzem, część opisów nie mojego autorstwa

Dzień następny

- Słabsi giną, prawda?
Randall drgnął. Nie to, że argumenty do niego trafiły. Nie. Kto dzisiaj mówi “prawda” bądź “nieprawdaż”? On, King… Może Ez bo spędził czas w Federacji. Teraz się mówi “no” ewentualnie “co”. Spojrzał raptownie na mechanika.
- Kim Ty jesteś? Nie jesteś zwykłym, zabiedzonym i schorowanym uchodźcą. Gdzie załapałeś podstawy retoryki i logiki? Trzymania nerwów na wodzy w przeciwieństwie do Twojego kumpla, który ma na sobie skupić naszą uwagę?
- Mam na imię Gareth. - Mężczyzna uważnie przyglądał się Frayowi. - I Ci ludzie wybrali mnie na swojego przywódcę.
- Przekonaj mnie, Garethcie dlaczego mam ryzykować swoje życie dla Twoich ludzi. Dlaczego mam wyrżnąć dla niej dwudziestu zabijaków Tildy.
- Wszystko co do niej należy oprócz jedzenia i leków jest wasze. Ma amunicje, paliwo i broń. Ponad to za bramą stoi ciężarówka. Również jest wasza. Moi ludzie ruszą pieszo.
- A skąd bierze zapasy Tilda? Z samej kradzieży nie wyżyłaby zbyt długo. Poza tym kim ona w zasadzie jest? - King mówił do Garetha, ale cały czas katem oka obserwował Randalla i jego nagłą zmianę.
- Amunicje, broń i ciężarówkę mieli już tutaj zanim my się pojawiliśmy. Dużo też odkupili od nas za jedzenie. Płacą głównie konserwami. Nie wiem skąd je mają, nie widzieliśmy tu przez te kilka dni, ani razu konwoju logistycznego. Woda płynie z pompy, ale też każą sobie za nią płacić.
- Czyli zwyczajni renegaci. - skwitował spec - Zabili kogoś?
- Nigdy nikt nie zginął. Czasami tylko zaginięcia. Tarczownicy obwiniają dzikie zwierzęta i mutantów. - Gareth żachnął się. - Ponad to, aresztowali kilku uchodźców wczoraj podczas protestu. Widzieliście to zresztą. Trzymają ich w jednym z namiotów.
- Nikt się im nie postawił?
- Nie wielu otwarcie wyraża sprzeciw. Większość trzyma głowy nisko, czekając w końcu na swoją kolej, albo opłacając Igłę. I tak tkwimy w tym maraźmie, aż nie pomrzemy w końcu z głodu.
Randall przerwał dialog.
- Chcę dwóch rzeczy. Twojej historii. Całej. I pełnego zaufania. Zdradzisz mi cały swój sekretny plan. W końcu go masz, my jesteśmy tylko ewentualnym dodatkiem. Podpiszesz ten cyrograf?
Fray uśmiechnął się diabolicznie jednocześnie pokazując charakterystyczny gest, jakby coś pisał na dłoni. Stał tak, żeby nie było tego widać z ewentualnych okien i drzwi.
Mężczyzna odszedł od stołu, podszedł do rogu pomieszczenia, z łatwością przesuwając stojącą przy niej meblościankę.
- Ale… - Spooky odezwał się głosem pełnym sprzeciwu, jednak umilkł w pół zdania, gdy Gareth zgromił go spojrzeniem.
Oczom mężczyzn ukazały się drzwi, prowadzące do następnego pomieszczenia.
- Maverick, to ja. - Rzucił przywódca uchodźców. Drzwi otworzyły się, a w progu stanął mężczyzna w hełmie i kamizelce kuloodpornej. W rękach ściskał krótki karabinek. Spojrzał pytająco na Garetha i towarzyszących mu mężczyzn, ale szybko usunął się z drogi. Ruszyli w dół po schodach prowadzących do piwnicy. Gareth sięgnął do swojej kamizelki, wyciągając z niej kieszonkową latarkę. Oświetlił jedną z półek, na której stały kolejne. Podał je idącym za nim.
- Nie używajcie tu ognia. - Rzucił.
W końcu dotarli do obszernego pomieszczenia. Światła latarek wyciągały z mroku stojące butelki.


Było tu wystarczająco koktajlów mołotowa, żeby puścić cały budynek z dymem.
- Skąd mieliście benzynę? - Zapytał Fray, przyglądając się imponującej kolekcji.
- Przywiozłem ją pierwsze dnia. Mało kto o niej wie, bo inaczej chcieliby ją przehandlować na jedzenie. Przygotowaliśmy stanowiska na wyższych piętrach. Mamy proce, wystarczająco silne by donieść ładunek do namiotów. Mamy też broń. Nie wiele kilkanaście karabinów i pistoletów.
- I mamy coś więcej - odezwał się stojący z tyłu Maverick - coś czego te skurwiele nawet nie podejrzewają, że możemy mieć… - King spojrzał na nich pytająco.
- Wolę walki i determinacje. - Skończył za żołnierza jego przywódca.
Randall od razu zripostował.
- Wolę umierania. Nawet jak przejdziecie większość z Was tutaj zdechnie. Znając życie głównie kobiety, dzieci i chorzy. Ci którzy nie zwieją gdy zacznie się ostrzał. Gdy pójdą serie z broni maszynowej i wybuchną granaty. Gdy snajper zdejmie Waszego procarza. Jest jednak na to lekarstwo. Sposób. Ufasz tym ludziom jak rozumiem i nie grozi nam podsłuchanie?
Mężczyzna skinął głową.
- Moje warunki znasz. Wiem jak to załatwić najprawdopodobniej bez krwawo. Będę potrzebował tylko broni wyborowej, od biedy sztucera i czterech dobrych ludzi których ciężko podejść w ruinach. No i zaufania. A jeżeli dojdzie do walk spróbujcie wziąć Tilde żywcem. Chcę ją.
Randall po raz kolejny się uśmiechnął samymi wargami.
- Dobra, kowboje, rozumiem że wszyscy jesteśmy przyciśnięci do muru, ale to nie musi skończyć się rozlewem krwi. - Clyde niezbyt wierzył we własne słowa, ale musiał spróbować - Załoga na bramie to byli Tarczownicy, banda najemników, czy kto? No i jakie mają słabe punkty?
Fray od razu odpowiedział.
- To Tarczownicy przynajmniej w części. A słaby punkt mi pokazali. Bardzo pięknie. I to taki w który nie trzeba bić aż do krwi.
- Mam łącznie siedmiu ludzi. Z wami dziewięciu. Ich jest dokładnie 21… 20, bo Carlos wróci pewnie dopiero z Igłą. Sądzę, że dopiero jutro. W nocy większość z nich będzie spała w nabliższym namiocie, jeśli obrzucić go koktajlami... - Fray w tym momencie parsknął śmiechem ciągle jednak obserwując Mavericka i słuchając. Gareth spojrzał na niego z powagą.
- Więc co proponujesz?
- Najpierw powiedz czy przystajesz na mój warunek. Czy opowiesz mi swoją historię. Całą. Ze szczegółami. Co Ciebie ukształtowało, takim jakim jesteś teraz.
Gareth spojrzał na niego zniecierpliwiony.
- Gdybym nie przystał już daawno na twój warunek, nie zobaczyłbyś tego składu.
- To chciałem usłyszeć. Dobrze panowie. Źle do tego podchodzicie. Mierzycie Tilde nie tą miarką. Bo ona już dawno wykombinowała, że zaatakujecie tej nocy. Rozproszy swoich ludzi. Zmyli Was, omami. I zginiecie. Clyde, który chce z nią negocjować zginie. Bo jest przebiegłą, bezlitosną suką dla której liczy się tylko jej własna dupa. Ale trzyma swoich ludzi w garści. Dlatego to jej dupa jest ich słabą stroną.
- Aaron i Jessica. Nie odstępują jej nawet na krok… Chyba, że.. Nie to absurd. - Na głos zastanawiał się Spooky.
Fray zaśmiał się.
- Po pierwsze koleżko każda informacje to broń więc mów. Po drugie to, że jej nie odstępują nie jest przeszkodą. Mów co myślisz a wtedy ja będę kontynuował jak dobrać się do jej zgrabnej dupki.
- Są trzy namioty. W jednym tym najbliższym siedzą żołdacy. Ten obok bramy, to jest ten, w którym ta pieprzona dziwka kima. Ale jest ten trzeci. Tilda rzadko wpuszcza do niego kogokolwiek innego. Nawet Aaron i ta jej pieprzona lesbijska suka zostają na zewnątrz. Czasami wchodzi do niego w ich towarzystwie, ale to naprawdę rzadko. Tylko problem jest taki, że strzeżą go jak oczka w głowie. Po mojemu to trzymają tam nasze gamble.
- Zaprowadzili tam też więźniów. - Dodał Gareth.
- Kurwa. Panowie. Pierdolicie. Skrytobójczy zamach? Opcja ale nie pierwsza. Dobry karabin i suka zginie bez tych podchodów. Ale wtedy nie wiemy co zrobi reszta. My musimy sprawić, żeby przepuściła uchodźców i jednocześnie trzymała swoich ludzi na smyczy. Zgadza się Gareth? Tego ode mnie oczekujesz?
- Obawiam się, że jeżeli ona przeżyje, to się nie podda. W Misji nic nam nie grozi, ale w końcu będziemy zmuszeni ruszyć dalej.
- Jej śmierć może być skutkiem nie celem. Co będzie po Misji to będzie. Tam się z kimś ugadasz. Z Ghianim chociażby. Jeżeli chcesz, żeby zginęła trupy padną po Twojej stronie. Zdecyduj. Mam ułożyć plan by zginęła czy żebyście przeżyli?
Mężczyzna zastanowił się przez chwilę.
- Przejdź do meritum.
- Meritum jest planem. Plan zależy od tego czego ode mnie oczekujesz. Jej śmierci czy przeżycia jak największej ilości spośród Was?
- Przeżycia, jak największej ilości moich ludzi.
Fray uśmiechnął się.
- Dobrze. To jak wspominałem Tilda wie, że zaatakujecie wieczorem. Rozproszy swoich ludzi. Zresztą wystarczy trzech na ckmie, który jej dostarczyliśmy by Was spacyfikować. Jest za dobrze przygotowana by bez wielu trupów ją dorwać. Dlatego my nawet się tego nie podejmiemy. Clyde bez problemu uzyska do niej dostęp. Odbiorą mu broń, przyprowadzą do niej i posadzą na krzesełku. I grzecznie wytłumaczy jej dlaczego powinna Was przepuścić. A powód będzie jeden. Krótki atak skupiony będzie na jej własnej, mało skromnej osobie. Nim jednak tam pójdzie przygotujemy się. Miałem uzyskać Wasze zaufanie - Fray mimo, że mówił do Garetha ciągle obserwował Mavericka a karabin miał w rękach. - Priorytetem miało być odkrycie Waszych skrytek z bronią a drugim zadaniem dostarczeniem im Ciebie. Dlatego zanim King do niej trafi Twoi ludzie zaprowadzą mnie do kryjówki z bronią palną. Potem do drugiej. W ruinach, w punkcie który leży jakieś 150-200 metrów od namiotów i zapewnia mi dobry widok. A ja będę miał wyborówkę. I Twoich ludzi do obstawy, żeby ludzie Tildy, mutki czy maszyny mnie nie rozpraszały. Kolejny punkt i ostatni to Twoja proca. W razie gdyby doszło co do czego to strzelą w miejsce w którym znajduje się Tilda. W skrócie dostanie krótkie ultimatum. Albo zginie bo ma snajpera i ostrzał artyleryjski wycelowany w siebie albo przepuści Was. Jest totalną egoistką więc powinna się zgodzić. To - Randall popukał w krótkofalówkę. - da Kingowi zapewnienie jej, że to nie blef.
W trakcie przemowy Fraya spec zagapił się w ścianę obracając cały plan w głowie.
- Powiedzcie mi… - odezwał się nagle jakby coś mu przyszło do głowy - Kto tu jeszcze dowodzi poza Tildą? Przecież nie może być sama.
- Aaron czasami się wtrąci i to tyle. Nie jest ciężko dowodzić dwudziestoma żołnierzami.
- Aaron? - Clyde jakby się ożywił - Ktoś z Pinneville?
- Chuja go wie skąd on jest. - Wtrącił się Maverick. - Jakiś czas służyłem w AOE, jeszcze jak wołali na nich Poszukiwacze, ale gościa nie kojarzę. Musiał przyjechać z Cotardem.
- Przyjechać z Cotardem… - Spec myślał nad czymś usilnie, aż w końcu otworzył oczy ze zdumienia, prawie się uśmiechnął i oparł o ścianę. Wyglądał przez moment jak wariat, ale już chwilę później zebrał się w sobie i wykrztusił krótkie. - O cholera…

Towarzystwo popatrzyło na niego dziwnym wzrokiem, jednak naukowiec niezrażony oparł się o stół Garetha i przemówił patrząc prosto na Randalla:

- Coś sobie przypomniałem, coś sprzed ośmiu miesięcy… - King uśmiechnął się ze zgrozą, kiedy nagle wszystko stało się jasne. - Ja znam tego Aarona. Spotkałem go dawno temu, w barze po drodze do Cincinnati. Był łowcą z karawany niewolniczej. To człowiek Dentysty. Wszyscy Ci goście na bramie to cholerni łowcy niewolników. Trzymają was tutaj, żeby kosić gamble, a potem wyłapią i sprzedadzą do Nashville.

Rozmowa nagle ucichła. Fray, który jeszcze przed chwilą wyjaśniał szczegóły swojego planu wpatrywał się teraz w speca z rosnącym na twarzy zrozumieniem. Jeżeli wcześniej ledwie okazywał zainteresowanie rozmową, teraz jego aparycja zupełnie się zmieniła. Łowcy, TAMCI łowcy. Rachunki do wyrównania. Uchodźcy wyglądali na przejętych, wymienili kilka nerwowych spojrzeń, ale w powietrzu czuło się atmosferę napięcia. Czekanie oznaczało śmierć.

***

Gareth wydał kilka poleceń Spooky’emu. Mężczyzna pokuśtykał na górę, razem z Maverickiem zabierając drewniane pudło wypełnione butelkami. Przywódca uchodźców w towarzystwie Clyde’a i Fraya ruszyli w ich ślady. Na wyższym piętrze natknęli się na młodego chłopaka z ręką na temblaku. Dzieciak, trzymając w ręku strzelbę uśmiechał się do nich bezczelnie. To właśnie on razem z chmarą dzieciaków ukradł plecak speca.
- Zbierz ludzi. Rozdaj broń i niech czekają na pozycjach. - Zakomenderował Gareth. Chłopak spojrzał na niego zdzwiony.
- T-teraz? W dzień?
- Tak, teraz. - Odparł mechanik niewzruszonym głosem, sięgając do szuflady biurka i otwierając zamkniętą kłódkę. Ze środka wyciągnął drewnianą walizeczkę, w której leżał dużych rozmiarów rewolwer. Gareth zakręcił bębenkiem i lekko się uśmiechnął.
- Teraz.
W budynku słychać było popłoch. Większość uchodźców widząc, co się święci uciekała na jego tyły, żeby być jak najdalej od okien, przy który ustawiali się nieliczni obrońcy. King zerknął na jednego z nich, biegnącego z dwoma kartonami amunicji pod jedną pachą i sztucerem pod drugą. Chłopak nie miał więcej, niż szesnaście lat. Na poruszenie zareagowali też łowcy. Nie spodziewając się ataku zerkali w stronę budynku bardziej z ciekawością i rozluźnieniem, niż uwagą, czy strachem.
Randall po oddaniu pistoletu cyborga Kingowi na przechowanie, zaczął się zachowywać… Dziwnie. Totalnie nie jak wojownik idący do walki na śmierć i życie. Nie tylko swoją. Totalnie nonszalancki wzrok, pojawiący się i znikający uśmieszek. Sprężysty krok. Brak jakichkolwiek nerwowych ruchów, palenia papierosów, gładzenia broni. Owszem dłoń była niedaleko kabury shorty’ego ale kto nie trzymał łapy przy broni. Clyde, który zdążył go poznać podczas długich rozmów ze zgrozą stwierdził, że Randall czy tam John był po prostu szczęśliwy.
Gareth spojrzał na niego posępnie.
- Zastrzelić Cię? - Gdy natknął się na wzrok nadzorcy dodał. - Jeżeli nie pójdzie po naszej myśli, to czy Cię zastrzelić? Jeżeli to łowcy niewolników… Słyszałem chore historie.
Randall spojrzał mu prosto w oczy. Uśmiechnięty nie w żaden chory sposób. Nie kpiąco, cynicznie czy z bólem. Szczęśliwie.
- Nie. Przeżyłem gorsze historie. I jeżeli to ma być koniec to będzie to dobry koniec.
Gareth ponownie sięgnął do szuflady wyciągając z nich paczkę przedwojennych fajek.
- Miałem je zostawić - powiedział zrywając zakurzoną folię - na swój przyjazd do Misji, ale to w sumie głupie. Wyciągnął trzy z nich i podał mężczyznom podpalając papieros Fraya.
- Nie palę. - Clyde spojrzał na świeżutkiego Lucky'ego prawie się uśmiechając. Wszyscy palili, a on uporczywie unikał nałogu. Taki wybór. Wsunął papierosa do kieszeni koszuli - Ale zachowam. Na pamiątkę.
Gareth uśmiechnął się tylko odpalając swój i zaciągając się głęboko.
- No, to nasza dziewiątka starców, dzieciaków i poranionych weteranów, kontra dwudziestu wypasionych żołnierzy. - Mężczyzna roześmiał się, wydychając dym. - Niech ma być co będzie.
Randall zatrzymał się delektując papierosem…
- Szczęśliwy strzał. Zaiste… - wymownie spojrzał na paczkę, ciągle uśmiechnięty. - To nie są żołnierze mimo, że tak o sobie myślą. Przekonają się.

Tak to już było. To mogła być ich szansa, przynajmniej mieli wybór. Ostatecznie o to chodzi, prawda? By mieć wybór. Nikogo tak naprawdę nie obchodzi cudze cierpienie, nie da się z nim walczyć, nie da się ratować świata. Ale zawsze można dać komuś godność, dać mu szansę by podejmować własne decyzje. Właśnie to napędzało Kinga. Najwyraźniej to popychało też do działania takich typów jak Fray, czy Ezechiel. Własna wola - nazywana Moralnością, Zasadami czy Walką z Hipokryzją. Wszystko i tak ostatecznie sprowadza się do wyboru sposobu umierania. Jak to mówią: najważniejszy w życiu nie jest cel, którego i tak nie osiągniesz, ale styl w jakim do niego dążysz.

King wyjął pistolet z kabury i dokładnie go obejrzał. Nie był to stary Glock 18, który miał przy sobie na drodze do Cincinnati. Nie robiło mu to różnicy. Nigdy nie zastrzelił człowieka, ale bardzo możliwe, że dziś będzie musiał złamać swoje zasady. Po to, by inni mieli szansę zachować swoje. Niech tak będzie.

Naukowiec miał szczerą nadzieję, że mimo wszystko nie dojdzie do rozlewu krwi, że w jakiś niepojęty sposób uda się ocalić uchodźców bez rozpętywania strzelaniny, z której nawet oni sami nie koniecznie wyjdą cało. Trzeba było dopuścić każdą możliwość, jednak do głowy wciąż powracała ta jedna, natarczywa chęć ocalenia siebie i innych.

Ruiny zwykle bywały jednak innego zdania. Pistolet powędrował zatem do kabury przy pasie czekając na swoją kolej. Przy ramieniu pojawiło się MP5 należące wcześniej do Violet. Clyde zdjął zasłonkę z luntey, zamek szczęknął lekko. Zaczęło się.

Ruch. Ruch jest wszystkim. Świat spłonął doszczętnie w ogniu nienawiści. Ludzkość nie istniała, wbrew temu co ludzie mówili umarła dawno temu. Zostały smętne duchy sunące po pogorzelisku, nie potrafiące dostrzec prawdy. Zagubione, żyjące w kłamstwie. Okłamywanie innych nie było złe, to był sposób na przeżycie. Okłamywanie siebie, tych resztek uwięzionych w mogile Starego Świata było niedopuszczalne. Jednak oprócz duchów były też upiory. Dusze z celem, z silnym poczuciem własnego ja. Clyde, Ezechiel, Gareth i on. John Doe, bezimienny. Albo Randall Fray, diabeł wcielony. Jedyne co było warte uwagi to starcia tych upiorów. Czy to słowne czy fizyczne. Nic innego się nie liczyło.

Duchy trwały, zagubione, bez celu. Należało je popchnąć, wprawić w ruch. By się wypaliły. A zanim to zrobią by były tłem dla ich zmagań. Lub źródłem rozrywki. Krótkiego przypomnienia dla powłok upiorów czym były kiedyś. Seks, walka, alkohol. Mocne przeżycia. Mocne wspomnienia.

Świat zamarł. Dym nikotynowy na chwilę wstrzymał świat. Wstrzymał ich. A gdy się rozwiał czas ruszył z całą mocą. Znajome uczucie adrenaliny tuż przed Wydarzeniem. Wydarzeniem, które zmieni egzystencję wielu duchów.

Czuł to. Zaczęło się.

***

Pewnym krokiem pokonał sto metrów dzielących go od obozu. Jego drogę zastąpił Aaron, trzymając w ręku tonfę.
- Doe! Jesteś tu całkiem sam! Nie masz łba tego skurwiela, ani go za Tobą nie widzę! - Łowca wychylił się zza ramienia nadzorcy. - No kurwa nie widzę! Bez wątpienia więc przyszedłeś dać sobie odstrzelić ten głupi ryj!
Randall spojrzał na niego drwiąco i odezwał się takim samym tonem.
- Koleżko. A może mam ten łeb pod kurtką sprasowany kafarem, żeby uchodźcy nie zauważyli? Bo wtedy mogliby się wkurwić a miałem zaoszczędzić Wam dymu i krwii? A może przed ściągnięciem kolesia chce Wam powiedzieć o skrytkach broni? To było moim priorytetem. Och, przepraszam. Już wyjaśniam. Priorytet oznacza główny cel. Ten, który miał być tajemnicą i o którym miałeś nie krzyczeć i nie robić dymu na pół obozowiska - pod koniec zdania ton Fraya stał się zimny jak lód.
Zza namiotu wychyliła się dziewczyna, która poprzedniego wieczoru również rozmawiała z Frayem. Jessica.
- Ty to jednak jesteś durny Aaron. Po prostu rasowy przykład debila. Powinieneś pchać wózek za Igłą. - Nawrzucała mężczyźnie, uśmiechając się do Randalla, który zaśmiał się w twarz mięśniakowi. - Co tam się dzieje w środku? - Zapytała wskazując na budynek. - Latają w tą i z powrotem.. Co Ty im zrobiłeś, co?
Fray spojrzał jej prosto w oczy. Momentalnie wesołość znikła z jego twarzy i głosu.
- To co Tilda chciała. Pogadajmy we trójkę, żeby ten debil nie rozgadał na pół obozowiska.
- No to dawaj. - Dziewczyna odwróciła się prowadząc ich do namiotu dowódczyni. Stojący na wejściu wartownik, inny niż poprzedniego wieczora, spojrzał na broń Randalla, otwierając już usta, żeby coś powiedzieć. Dziewczyna podniosła rękę do góry uciszając go.
- Nie kłopocz się. Jest z nami.
Randall trzymając nonszalancko strzelbę przeszedł przez poły namiotu. W środku przy jednym z popękanych plastikowych okien siedział Tilda, czytając książkę. Widząc Randalla odłożyła ją na bok.
- I jak tam John? - Zapytała. - Po problemie? Wiesz, gdzie trzymają broń?
- I jeszcze oczytana…
Żołnierz zawiesił głos i rozsiadł się na krześle. Strzelbę oparł o biurko.
- Znam skrytki, znam szefa… Mam dla Ciebie wszystko, cały świat do twoich stóp. Ale powiedz mi najpierw. Która z was jest wtyczką Dentysty? Bo nie wierzę, że ten debil Aaron jest mózgiem łowców.
Były nadzorca spojrzał na jedną kobietę, a potem na drugą.
Kobiety przez chwilę nic nie mówiły, patrząc jedna na drugą, aż w końcu milczenie przerwała Tilda.
- C-co..? - Wydusiła kobieta, sięgając po broń. - Skąd..? Dentysta żyje?
Randall zaśmiał się serdecznie. Wesołość trwała chwile, w końcu się opanował.
- Czyli jesteście ocalałymi trzeciej części karawany. - to nie było pytanie. - Któremu zachciało się zabawić. Zostaw tę broń. Widzisz, że ja po swoją nie sięgam a bez zabezpieczenia, które czyni dla was moją śmierć nieopłacalną nie wszedłbym tutaj. Powiedz mi Tilda, czy jak się naprawdę nazywasz - Fray spojrzał ciągle lekko załzawionymi po ataku śmiechu oczami na kobietę. - kojarzysz mnie z karawany?
Kobieta przez chwilę przyglądała mu się uważnie.
- Nie… pieprzony kawałku mięcha.
Kogo innego ten zwrot by obraził. Przywołał przykre wspomnienia. Ale nie go. On nigdy się nie uważał za niewolnika. To był nic nie znaczący epizod..
- I w tym właśnie Twój problem. Dlatego posłuchaj mnie. Kiedyś w ruinach goniliście kuriera. A złapaliście autostopowicza ze złamaną nogą. Który stał się ulubieńcem Dentysty a po uratowaniu życia Dentysty jako jedyny jawnie nosił broń palną. Wiem co mówiły plotki - Randall machnął od niechcenia ręką. - ale czy włazidup byłby dopuszczony do planowania? Przecież to dzięki mnie zgarnęliście więcej niewolników w jakiejś dziurze w Teksasie. A ja, dostałem prywatną dupę. Notabene tę laskę, którą przepuściłaś wcześniej. Kojarzysz już?
- Fray… Komando szóste. - Wycedził stojący obok Aaron.
- Dokładnie bystrzaku. A teraz lećmy dalej. Wraz z moim komandem i zwiadem Rudego dostaliśmy się pod ostrzał mutasów. Cóż… Część mojego komanda przeżyła. Rudego i Chloe zabiłem osobiście. Jak chcecie to wam opiszę - Randall rzucił to tonem jakby mówił “jak chcecie to opiszę wam drogę z knajpy do domu’ - ale żeby nie być gołosłownym. Bez nerwowych ruchów, dryblasie.
- Wcześniej zastanawiałam się, dlaczego powinnam Cię zabić, ale teraz przynajmniej mam konkretny powód. - Odparła z uśmiechem Tilda.
Fray sięgnął po opartą o stół strzelbę. Pozostali momentalnie wyszarpali broń ze swoich kabur i przystawili mu ją do głowy. Najemnik bez wzruszenia jednak rozładował gnata i położył przed Tildą.
- Broń Rudego. Broń Chloe wyposażona dodatkowo w lunetę mierzy w wyjście. Jak tylko się w nim pojawisz - zginiesz. Ale to nie jest główny powód dla którego nie powinnaś mnie zabijać. Przynajmniej na tę chwilę.
- Mów dalej. - Wycedziła kobieta patrząc mu prosto w oczy.
- Po prostu go rozwalmy. - Wysapał Aaron.
- Morda! - Usadziła go Tilda. - Mów.
- Dobrze. Wiecie już kim jestem. Jeżeli Dentysta dopuścił niewolnika do głosu, dość istotnego głosu w sprawie łapania niewolników. Układania planów tychże polowań. Czyli w momencie mojej śmierci rozpęta się tu piekło. Wybacz Tilda, że tak łopatologicznie tłumaczę ale ten debil mógł wcześniej nie skumać. Ale mam dla Was propozycję większego łupu. Znacznie większego. Kosztem odpuszczenia tej bramy i drobnej zapłaty dla mnie.
Kobieta nakazała ruchem dłoni, kontynuować nadzorcy. Lufa jej pistoletu ciągle wymierzona była w jego głowę.
Randall niezrażony tym położył łokcie na biurku a na wysuniętych kciukach złączonych dłoni oparł podbródek. Chwilę patrzył jej prosto w oczy.
- Zdobędę dla nas Misję.
Randall przez krótką chwilę dostrzegł nerwowy tik na twarzy kobiety. Stojący za nią Aaron parsknął ze śmiechu. Jedynie druga ochroniarz Tildy nie drgnęła.
- Jak? I kiedy? - Zapytała dowódczyni.
- Jak… - Fray zdawał się delektować tym słowem. - skutecznie. Dentysta zaufał mi i zyskał wielu niewolników. A gdy przyszło do walki z mutasami przeżyłem. A Rudy zdechł. Chociaż nie… Złe porównanie - Randall machnął ręką. - bo on też przeżył samo starcie. Misja jest łatwym celem jeżeli odpowiednio się ją weźmie. Kiedy? Będzie trzeba czekać. Cierpliwie. Ale na nią warto. Nie zadałaś pytania: “Za ile?”.
Fray ciągle patrzył prosto w oczy kobiety.
- Nawet jeżeli w jakiś sposób byłbyś w stanie to zrobić, ja będę musiała wywieźć ich poza Nashville, albo dogadać się z mutasami. - Kobieta opuściła pistolet. - Nie mówię, że nie jest to możliwe do zorganizowania, ale żeby zacząć w ogóle planować taką operację musiałabym mieć pewność, że jest sens. Pewność, że mogę Ci zaufać. Teraz Ty mi odpowiedz na jedno pytanie. - Jej ton znów był ostry, a pistolet kolejny raz powędrował do głowy Randalla. - Dlaczego miałabym ci zaufać?
Fray odpowiedział bez chwili wahania:
- Bo jesteśmy podobni. I pragniemy tego samego.
- Za ile? - Lufa kolejny raz powędrowała w dół.
Fray spojrzał w oczy Aarona.
- Za niego. Skrzywdził mojego brata. Same pięści. Zaraz. Przed namiotem, na placu. Wgniotę go w ziemię.
- Co do kurw..? - Aaron aż splunął. - Ty mnie robaku, skurwielu, mięcho pierdolone?! TY MNIE?!
- Aaron, przysięgam własnoręcznie wydłubię Ci oczy, jeżeli się nie zamkniesz. - Rzuciła Tilda. - Chcesz walczyć z Aaronem i w zamian za to dasz mi Misję? Jakieś dwustu niewolników lekką ręką? W dupie nawet nie potrzebuje mięcha. Wystarczyli by sami lekarze i sprzęt. I to za walkę na pięści? Absurd.
- Źle mnie zrozumiałaś. Po pierwsze zdobędę NAM Misję. Po drugie do zszabrowania, nie wszystkich na niewolników, chociaż jacyś na pewno zostaną. Oczywiście jeżeli stwierdzisz, że chcesz wejścia do Nashville też Ci załatwię. Z mutasami jednak się nie dogadam. Do tego nie mam dojścia. Po trzecie nie chcę walczyć z Aaronem. Chcę poczuć jak jego ciało wiotczeje pod moimi palcami.
Łowczyni szybkim ruchem uniosła pistolet.


Nagły strzał zaskoczył nawet Randalla. Ochroniarz Tildy rzuciła się w bok klękając i wodząc zdezorientowana bronią po pozostałych. Do środka wpadł wartownik z karabinem gotowym do strzału. Widząc, co się stało zamarł, opuszczając broń.
Tilda z uśmiechem na ustach, celowała wciąż dymiącą lufą w leżącego na ziemi Aarona. Mocnym kopnięciem oddaliła od niego pistolet.
- Ty dziwko… Ty głupia, tępa dziwko… - Wysyczał mężczyzna ściskając krawiącę przedramię.
- Zrobiłbyś to samo na moim miejscu. - Powiedziała uśmiechając się i kompletnie ignorując Randalla. - Tyle, że na bank spieprzyłbyś to w tym miejscu. - Dokończyła oddając kolejne dwa strzały. Pociski pogruchotały tamtemu kolana. Aaron ryknął z bólu próbując sięgnąć okropnych ran, ale mocny kopniak w twarz wyprostował go na ziemi.
- Jest twój. - Tilda zwróciła się do Fraya. - Macie radiostacje?
Randall od dłuższej chwili wpatrywał się w Tildę z fascynacją i pożądaniem. Otrząsnął się jednak.
- Mamy w łaziku.
Spojrzał na Aarona, ale zaraz przeniósł wzrok na Tildę chłonąc ją całą wzrokiem.
- Jest twój.. - Wymierzyła kolejnego kopniaka zwijającemu się mężczyźnie. - Aaron, skurwielu, może byś się kurwa opatrzył? Nie chciałabym, żebyś mi się wykrwawił, jak jakaś świnia…
- Dlaczego..? - Zapytała stojąca obok Jessica.
- Pieprzony wieprz robił nas na amunicji… Co, skurwielu, myślałeś że nie wiedziałam?! - Kolejne uderzenie spadło na głowę mężczyzny. - Zresztą i tak jest warty. - Dodała uśmiechając się do kobiety.

Fray wstał i podszedł do mężczyzny. Złapał go za ranną rękę i pociągnął.
- Nie mój. Clyde tam jest.
Spojrzał na Tilde.
- I to doda kolorytu zniszczeniu Misji.
- Nie myśl, że jestem durna. - Powiedziała Tilda wychodząc za Randallem. - Jeżeli teraz padnie strzał, to zginiesz pierwszy, od razu. A później spalę tą pieprzoną budę z większością mięcha w środku, a ci, którym pozwolę w swoim kaprysie żyć, będą co dziennie mnie błagali, żebym ich odpierdoliła.
Randall puścił Aarona na co ten zareagował kolejnym stekiem przekleństw i wrzasków. W jego wzroku skierowanym na kobietę czaiła się jakaś… czułość.
- Nie bądź głupia. To są płotki. To jest nic. Przepuśćmy ich. Wycofajmy się. A potem uderzmy w Misję. Zatańczmy na ich popiołach i ruszmy dalej.
Tilda zastanawiała się przez chwilę, kiedy odezwała się jej ochroniarz.
- Tilda, bez sensu ich tachać ze sobą. Staruchy i niedołężni. Co mogliśmy z nich mieć, to dostaliśmy. Tam będą lekarze, słyszałam, że około dwudziestu. Potężny gambel, jeśli doliczyć sprzęt. Nie wiem, jak temu skurwielowi się to uda, ale sam fakt, że wyjdzie z tego namiotu żywy dobrze go rekomenduje.
- Dobra. Puszczę ich. Niech wyłażą. - Idąc za Randallem wyszła na zewnątrz. - Łowcy! Otworzyć bramę!
Fray odwrócił się i krzyknął. Po raz pierwszy odkąd go Clyde znał krzyknął ile miał sił w płucach.
- Przejście jest wolne! Wychodźcie! Clyde, Aaron jest Twój.

***

Gdy otworzyła się po raz ostatni puszczając strumień uchodźców Fray jakby stracił zapał. Obserwował krótkie starcie słowne Garetha i Tildy, wziął nawet stronę przetrzymywanych uchodźców. Jeżeli miał spalić Misję potrzebował by oddział Tildy był mobilny. A wychudzeni niewolnicy mocno by ich spowalniali. Z cieniem zainteresowania obserwował "starcie" Kinga i Aarona. Wtedy podszedł do niego jeden z łowców.
- Masz. - Powiedział wciskając mu do ręki zapisaną kartkę. - Kodowania i kanał radiostacji. Prowadzimy nasłuch codziennie o 8 rano i wieczorem przez 15 minut.

Tilda kilka metrów dalej przysiadła na hełmie, wystawiając brudną twarz do słońca. Ciesząc się życiem.
- Mamy umówę. Być może jutro nie będzie nas już na Bramie, więc skontaktujemy się przez radiostację. - Spojrzała na Randalla jednym okiem. - Daję Ci trzy dni Doe, na wyjście z jakimś planem i tydzień, na jego realizacje. - Kontynuowała znudzonym tonem. - Jeżeli to spierdolisz, to moi ludzie ruszą za Tobą, a tego ja i Ty byśmy nie chcieli.
Jessica podeszła do nich przerzucając zręcznie z ręki do ręki zdobiony pistolet, zapewne ten, który łowcy obiecali, za wytropienie Garetha.


- Do zobaczenia w Nashville, o świcie. - Rzuciła, uśmiechając się.
Randall jej odpowiedział. Coś co sprawiło, że kobieta uśmiechnęła się szerzej i z lubością poddawała się pieszczotom słońca. Hibernatus podszedł do trupa Aarona. King już z nim skończył ale coś się odezwało w żołnierzu. Musiał zrobić coś jeszcze. Wcześniej w oczy rzuciła mu się naszywka na mundurze łowcy.


Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę. Pstryknięciem otworzył wieczko i ją odpalił. Powoli przystawił do naszywki Rangersów. Płomień najpierw stopił sztuczne włókna a potem je podpalił. Randall przez chwilę trzymał emblemat w palcach a potem puścił. Wiatr porwał płonący symbol. Symbol Starego Świata.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline