Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-03-2015, 20:31   #1
abishai
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 35337 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Plaga w The Motor City [Horror 18+]

DETROIT LATO 2010 dzień -2


Wstawał nowy dzień w Detroit...


w 2010, w drugim roku pod rządami Obamy. Microsoft zapowiada nową wersję Slim swoje 360-tki, oraz rozpoczął marketingowy atak, mający rozpalić wyobraźnię graczy. Kinect! Gdzie kontrolerem jest całe ciało. Kinect… rewolucja w graniu. Nie można się było ruszyć na ulicy, by nie zobaczyć.


Reklamy tej nowej formy rozrywki. Bill Gates i jego dyrektorzy niewątpliwie robili wiele, by każdy zapragnął posiadać kinecta. I wydawało się, że właśnie kolejki po ten towar będą największą bolączką Ameryki. Bo przecież nie Obamacare… w końcu prezydent rok wcześniej dostał pokojowego Nobla za… dobre chęci. Niemniej nobliście wszystko powinno się udawać, prawda?
Co prawda niedawny kryzys finansowy zataczał coraz szersze kręgi w Ameryce, ale póki co był jeszcze tylko drobną zmarszczką na kondycji finansowej miasta, a obecny burmistrz Dave Bing z pewnością zadba, by nie odbiło się to na kondycji miasta. W końcu Detroit było stolicą amerykańskiej motoryzacji, a obywatel USA nie mógł się obyć bez samochodu, prawda?

Dla George’a Harrisa kolejny dzień oznaczał kolejną udrękę w bibliotece miejskiej. Praca która go nie satysfakcjonowała w miejscu, które go nie pociągało i zmuszało do stykania się z ludźmi których nie lubił i z ludźmi których nie znał. A skoro nie znał to nie lubił. Prosta reguła. Praca w bibliotece była frustrująca, więc nic dziwnego że w Harrisie narastała powoli chęć zmiany pracy, tylko na jaką?

Dla Tary Lantana ten dzień oznaczał szansę. Tym razem jej klientami nie była drobnomieszczańska parka z śródmieścia, ale bogacze z przedmieść Detroit. Tym razem mogła wkroczyć w świat grubych ryb. To zlecenie mogło by być jej wizytówką. Jeśli ślub i wesele olśnią nie tylko parę małżeńską, ale i gości… to mogła liczyć, że jej nazwisko dotrze pocztą pantoflową do kolejnych potencjalnych klientów. Ale… z dużą szansą łączyła się duża presja.

Dla Terrence’a Cartera kolejny dzień oznaczał wyścig szczurów, tym bardziej nerwowy, że dla ostatnich szykowano pułapkę na myszy. Już bowiem od końca wnioski po redakcji krążyły plotki na temat słabej sprzedaży czasopism, kłótni wśród akcjonariuszy i widma sprzedaży gazety. A co najgorsze… mówiono o redukcji personelu redakcji. Oczywiście najlepsze nazwiska pracujące w gazecie miały gwarantowane zatrudnienie. Terrence się jednak do nich nie zaliczał. Nie był najpoczytniejszym autorem, plasował się raczej pośrodku. Co jednak nie znaczy, że mógł się czuć bezpieczny. Dlatego potrzebował dobrych tematów, by się utrzymać na powierzchni.

Dla Karla Hobbsa to był kolejny dzień wojny jaką prowadził. Wojny na śmierć i życie. Wojny o przetrwanie. Wojny z “Happy China Meal’s” Gui Menga, restauracją powstałą ledwie półtora roku temu naprzeciw “Karl’s Food”. Gui Meng bowiem podbierał mu klientów niższymi stawkami za alkohol i ostatnio większym telewizorem plazmowym. Była to bitw w której nie brano jeńców. Zresztą ten konusowaty chińczyk już się uważał za króla tej ulicy. Ale Hobbs nie zamierzał dać się wygryźć z interesu byle żółtkowi o aparycji kujona.

Dla Charlie’go Belangera był to parszywy dzień. Zaczął się bowiem od maila od Boba Parkera, jego ostatniego klienta. Ten typek nie dość, że zgnoił całkowicie projekt strony jaką dla niego Charlie przygotował, to jeszcze zapowiedział że nie zapłaci ani centa. Chyba, że Charlie poprawi wszystko co mu się w tej stronie nie podobało. Cholera.. dwa dni wcześniej wersja pre-beta była cacy, a gotowa strona już nie? Załączona lista zażaleń pozwoliła stwierdzić Charliemu, że będzie musiał robić całą stronę od nowa. Zajmie to nawet cztery dni, lub dwa intensywnej roboty.

Dla Alistaira Dowsona dni były czekaniem. Będąc na emeryturze miał więcej czasu na rozmyślania, więcej czasu na czytanie, więcej czasu na nudę. Więcej czasu na Wade’a, Bersteinów, Woodsa i karty. Bądź co bądź w bloku było nieco ludzi w podobnym niemu wieku, a Wade zarządzał domem tak, że mieli okazję co wieczór jak nie pograć w karty, to w bilard, to w mahjonga którego zasady Aiko próbowała wpoić pozostałym mieszkańcom. Ale do mahjonga ciężko się było przyzwyczaić, jak playstation 2 na którym najczęściej Aiko z J.C. grywały.
Dla Alistaira dni były czekaniem na spotkanie z Carmen. Ostatnie spotkanie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 06-03-2015 o 20:08.
abishai jest offline