Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 08-03-2015, 09:09   #2
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24483 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Alistair Dowson popatrzył przez okno na zalaną światłem ulicę. Na szczęśliwych, chociaż zaganianych ludzi, na śpieszących się do pracy, do szkoły, do bliskich.

On już tego nie miał i nie musiał robić. Nie miał pracy, szczęśliwe dożywszy i wypracowawszy sobie dobrą, solidną emeryturę, jak większość ciężko i uczciwie pracujących w USA ludzi. Szczególnie w jego zawodzie. Bliskich też już nie miał. Tak chciał los i Dowson pogodził się z tym faktem dość szybko. Ludzie nie byli jak rury w instalacji. Nie dało się ich wymienić, czy zastąpić innymi. Ludzie, to byli ludzie. Niepowtarzalni. Niewymienialni.
Nieuprzdmiotowieni.

Alistair Dowson nawet nie wiedział, czy istnieje takie słowo, jak „nieuprzedmiotowieni”. Pewnie nie. Ale cóż on, prosty hydraulik na emeryturze, mógł wiedzieć o języku Szekspira?

Przez chwilę Dowson połaził po mieszkaniu. Tak bez celu. Potem ubrał się i przed lustrem krytycznie obejrzał rezultat ej czynności.



Kiedy żyła Carmen, wtedy potrafiła mu powiedzieć, czy wygląda tak, jak powinien wyglądać mężczyzna o jego statucie społecznym i w jego wieku. Teraz pozostała po niej bolesna pustka i pełna szafa zapewnie źle dobranej garderoby.

Pogoda była naprawdę dobra, więc emeryt postanowił skorzystać z ej dobrodziejstw. Wyszedł z domu upewniając się czy powyłączał wszystkie media, a potem wsiadł do swojego wysłużonego Forda rocznik 1987.

Pewnie inni wyrzucili by ten samochód, ale dla Dowsona był on czymś niezwykle ważnym, niezwykle sentymentalnym. To właśnie te auto miał otrzymać jego syn w prezencie. W tym dniu, kiedy wracając z pracy do domu, jakiś sfrustrowany kierowca dostał zawału za kierownicą i staranował kilku przechodniów na przejściu pieszych. W tym ich syna – Tomyego. To, że syn i kilku kolegów zwyczajnie było pijanych i wszyło prosto pod koła rozpędzonego samochodu przy ograniczonej widoczności, nie miało znaczenia.

Ford działał bez zarzutu i Alistair pojechał do Stony Creek Metropark na północ od miasta. Miał ochotę na wyciszenie i odpoczynek na łonie przyrody. Na długi, kilkumilowy spacer wolnym tempem pozwalającym na podziwianie dobrze znanych zakątków. Zielone drzewa, leśna ścieżka pod butami i możliwość pobycia pośród tych wszystkich drzew działała na niego kojąco.

Na koniec zjadł obiad w pobliskiej restauracji – jak zawsze dbając o to, by zostawić dobry napiwek, dzięki któremu był tutaj rozpoznawanym i mile witanym gościem. I była to dla niego okazja do porozmawiania z obsługą – młode kelnerki traktowały Dowsona, jako sympatycznego staruszka i trochę z nim kokietowały, co podnosiło męskie ego emeryta.

Wracając późnym popołudniem do domu Alistair zajechał jeszcze na cmentarz, by pogadać z Carmen i złożyć jej mały bukiecik zerwanych podczas spaceru kwiatów i liści. Kiedy żona żyła, często razem wybierali się na takie spacery po lasach i zawsze wracali do domu z takim właśnie bukiecikiem. Co prawda paluchy Alistaria, nieco męczone reumatyzmem po pracy w zimnej wodzie, nie wiązały tak ładnych kompozycji, jak smukłe palce Carmen, ale emerytowany hydraulik był pewien, że i tak doceniłaby jego starania. Zawsze go doceniała.

Wrócił do domu, po drodze tankując jeszcze samochód do pełna, bo wskaźnik paliwa zbliżał się do rezerwy. Zrobił też lekkie zakupy na najbliższe dwa dni, w sprawdzonym spozywczym. Zaparkował na wyznaczonym miejscu dla mieszkańców. To dzięki Wedowi zawsze można było liczyć na miejscu. Właściciel był naprawdę twardym facetem ze zmysłem organizacyjnym.

Kiedy tylko Alistair wysiadł, Wed pojawił się przed budynkiem.

- Cześć Alistair – już dawno byli z właścicielem na ty.

- Cześć Wed.

- Pokerek dzisiaj, jak zawsze? – zapytał Wed.

-Nie wiem czy dam radę – odpowiedział Alistair robiąc poważną, zmartwioną minę. Mam dzisiaj bingo w mojej grupie przykościelnej.

Wed spojrzał na niego swym twardym, przeszywającym wzrokiem, a potem uśmiechnął się szeroko, co przy jego wysuszonej i pomarszczonej twarzy sprawiało naprawdę dziwne wrażenie.

- Ty i te twoje żarty, Dowson.

- Jasne że będę. Kupiłem na tą okazję sześcioraka.

- Jak udał się spacer?

- Norma. Bez szaleństw. Sporo biegających, młodych, zgrabnych panienek. Sam musisz kiedyś musisz spróbować.

- Dzięki, stary – Wed uśmiechnął się ponownie – ale w lycrze nie wyglądam już najlepiej.

Rozstali się pod drzwiami mieszkania Dowsona.

Wieczór Alistair spędził nad książką, ale zdążył przeczytać jedynie pół strony, nim zasnął na fotelu. Jak zawsze wybrał sobie po prostu za trudną lekturę, ale był uparty i przed śmiercią chciał dowiedzieć się jak najwięcej o sprawach ważnych. Sprawach, z których niewiele jednak rozumiał.



Obudził się, kiedy na dworze świeciły się już latarnie. Ogarnął krótką chwilę, poprawił włosy, zabrał piwo z lodówki i poszedł do sąsiadów na pokera. Lekko tylko spóźniony, miał doskonałe wejście z piwem i drobnymi monetami w starej, wysłużonej portmonetce, którą zawsze zabierał na pokera.

Nie grali o duże stawki. Raczej były to spotkania, na których mogli znów pośmiać się, pożartować, zapomnieć o chorobach, które ich trapiły: prostacie, nietrzymaniu moczu, problemach z sercem, nadciśnieniem, cukrzycami, cholesterolem. Grupką młodych, wesołych kumpli, zamkniętych przez jakieś nieporozumienie w stare, wysłużone, pomarszczone, sflaczałe ciała.

Przez chwilę mogli zapomnieć o tym, że czarny został prezydentem, że ich ulubione gwiazdy kina i muzyki już dawno nie żyją, że stracili bliskich i osiągnęli lub nie postawione sobie w życiu cele.

Liczyły się tylko żarty, sztuczne szczęki zagryzające niezdrowe i niewskazane przez lekarzy przekąski (w umiarkowanych jednak ilościach) i słabe, amerykańskie piwo, którego nie zmieniliby na żadne inne na świecie. No i liczyły się karty i emocje, jakie dawało wygranie wysokiej stawki równej sześć i pół dolara.

Grali do późna w nocy. Jak zawsze. I tak nikt z nich nie musiał wstawać rano. A starsi ludzie potrzebowali mniej snu.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 08-03-2015 o 17:21.
Armiel jest offline