Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-03-2015, 12:27   #5
Reinhard
 
Gadający budzik z animowanej bajki irytującym tonem ojca wygłaszał pogadankę:
-Nie po to cię z matką wychowaliśmy, urabiając sobie ręce po łokcie, a tu taki wstyd. Po co w ogóle zadajesz się z takimi śmieciami? Tyle pracy włożone w twoje maniery, a słowa lecą ci z ust jak gnój ze stajni…
Terrence, skruszony i sfrustrowany jednocześnie, niemalże czuł ten gnój na języku, wykręcający kubki smakowy opar powstający z nagrzanego pola…słowa ojca dochodzące z budzika zmieniały się w jednostajny, narastający terkot…
To był budzik, wdzierający się w sen. A gnój w ustach…fakt, wczoraj przeholował z drinkami w Sport Pubie. Już miał zareagować na dźwięk jak zwykle, gdy przypomniał sobie, co kiedyś Sara powiedziała na temat wiązki przekleństw, którą tradycyjnie otwierał dzień, i zmilczał. To chyba pokrętna logika snów połączyła ojca, Sarę i budzik. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny…
Terrence dokonał wysiłku, by nie skupiać się na przeszłym wspomnieniu, więc jedynie przemknęło przez jego umysł, odświeżając jednak przygnębiające fakty. Szefa, mówiącego o kryzysie w branży, konieczności reorganizacji redakcji, w końcu wypowiadającego kluczowe słowa:
-Najlepsi nie mają się czego obawiać…
Kluczowe – to, co nie zostało powiedziane. Terrence nie był najlepszym. Był średniakiem, zbierającym siły u podnóża góry dziennikarstwa, której krętego szlaku pilnowały zasadzki, zastawiane przez weteranów. Posiadał jednak wystarczająco wrażliwy dziennikarski nos, by wiedzieć, że w nadchodzącej powodzi jedynie nieliczni, stłoczeni z nim na tym podnóżu, na nim pozostaną. Niestety, ojciec, sarkając na niepewność profesji opartych na naukach humanistycznych, miał rację…
Ruch. To, co najlepiej działało na przygnębienie – ruch, działanie. Terrence wziął szybki prysznic na rozbudzenie, umył zęby i wcisnął się w strój do biegania. Zamierzał zrobić rundkę rozszerzoną, po całym kwartale, żeby się zdrowo zmęczyć. Postanowił też, że tym razem nie zabierze odtwarzacza. Ostatni wieczór i rozmowa z Raymondem Phelpsem, dziennikarzem śledczym, któremu whisky nieco rozwiązała język, sprawiła, iż nieco ostrożniej niż inni ludzie podchodził do kwestii bezpieczeństwa. Raymond twierdził, że ludzie są nieco bardziej nerwowi, że zwiększająca się ilość drobnych wykroczeń prognozuje co najmniej kilka ciężkich przestępstw popełnianych w afekcie przez osoby nieodporne na stres. Sąsiedztwo Terrence’a było względnie bezpieczne, ale licho nie śpi.. Poza tym, potrzebował kontaktu z ludźmi.
Nie, odezwał się doktor Sinelli w głowie Terrence’a. Przed sobą powiedz prawdę.
I zgodnie z zaleceniami terapii, którą przeszedł po rozpadzie związku z Sarą i uświadomieniu sobie pustki w życiu, powiedział sobie prawdę. Byt ludzki jest intencjonalny, powie filozof. Wszystko, co robi człowiek, mu się opłaca, przetłumaczy biznesmen. I dziennikarz.
Potrzebował tematu.
Częściej niż zwykle pozdrawiał innych biegaczy. Z kilkoma, biegnąc w miejscu, porozmawiał chwilę, mając nadzieję, że zauważy coś pod pancerzem „small talk”. Biegać mógł każdy. Znał – z przelotnych pogaduszek – studentów, prawników, robotników, emerytów. Jego imiennik, Terry, już z daleka krzyczał o okazji, jaką ma specjalnie dla niego w salonie samochodów używanych. Starsza pani Abrams zagadnęła go o Katie, ewidentnie próbując pociągnąć za język w temacie Sary i stworzyć jakąś plotkę. Podziwiał dziennikarskiego ducha tej kobiety, realizującego się w klubie seniora i klubach bingo, więc wyłgiwał się używając profesjonalnego słownictwa, by mogła się czegoś nauczyć. Zak, nerwowy student wylewający z siebie kleisty pot, zaproponował zakup po okazyjnej cenie leczniczej trawki – „takiej, jaką palą na raka, mówię ci, samo zdrowie!”. Samo zdrowie jednak z niego nie wychodziło, wyglądało na to, że niedługo Zak będzie musiał sobie odpowiedzieć na pytanie – sport czy imprezy na wspomagaczach.
Jak na złość, nie działo się nic ciekawego. Nawet pojedynczego wozu policyjnego, odwożącego zapitego włóczęgę. Nawet kota, którego trzeba zdjąć z drzewa. Słoneczko, uśmiechy, żwawy i zdrowy kapitalizm.
Kurwa.
Coś zgrzytnęło.
Biegaczka przed Terrence’em źle postawiła stopę, uraziła kostkę. Podbiegł, podtrzymał, pomógł przykuśtykać do ławki. Podbiegł po lód do sklepu.
Ładny uśmiech, zgrabna figura. Annabelle Clarkson, asystentka prawnika w firmie consultingowej. Wyraziło się troskę o jej nogę. Obiecała zdać sprawę z wizyty u lekarza na kolacji o ósmej wieczór.

Godzinę później dobry nastrój wyparował bez śladu. Bruce Goldberg pakował rzeczy osobiste do tekturowego pudła. Reorganizacja firmy stała się faktem. Kilka biurek od niego Terrence obdzwaniał wszystkie swoje kontakty. Zdesperowany, zadzwonił nawet do swojego brata, ale ten, jako DJ, zapewne odsypiał noc. Odsłucha wiadomość pewnie dopiero koło szóstej wieczorem, jak mu przejdzie kac…chociaż nie. Ostatnio zapisał się do jakiejś popłuczyny New Age’u i chyba się w to wkręcił. Wegetarianizm, żadnych używek, medytacje. Ostatnio nawet sam zadzwonił i gadał jak nawiedzony, chciał zapraszać na jakiś wykład. Może pójść na ten wykład? Zawsze to jakiś temat…Terrence zostawił mu wiadomość, że chętnie pozna tę jego religię.

Pozostali – czy to ludzie poznani przy różnych sprawach i wiszący mu przysługę, czy kilku, którym gazeta zdecydowała się zapłacić – na bieżąco nie mieli nic ciekawego, choć obiecywali dać znać, gdy tylko coś się stanie.

Terrence obejrzał wiadomości na kilku kanałach, przewertował fora, na których poruszano sprawy ekonomiczne w Detroit. Napisał kilka newsów, ale nic elektryzującego, zwykła robota. Potrzebowałby informacji, która rozbija generalną tendencję – tendencję do reorganizacji, inwestowania poza Detroit, zwyżkę cen złota, rozbudowy struktur filialnych. Wszystkie te drobiazgi, które przeciętnemu człowiekowi, nieprzyzwyczajonemu do analizy dziennikarskiej papki nic nie mówią, niepokoją za to zawodowców. Potrzebował rozrostu jakiejś firmy w Detroit, powstania tu filii jakiejś korporacji, rozpoczęcia inwestycji. Takich informacji nie było. Gdyby taką znaleźć… Musiał pojechać do urzędu miasta. Jeżeli powstaje cokolwiek, tam będą wiedzieli. Tyle, że, jak zwykle, trzeba im to będzie wyszarpnąć z gardła.

Grupka dziennikarzy zbierała się na wspólny lunch. Terrence wymówił się jakąś sprawą i uciekł na parking. Ostatnim, czego mu było trzeba, to grupowe rozgryzanie sytuacji, ustalanie prawdopodobieństwa zwolnień i tak dalej. Musiał odświeżyć głowę. Poza tym, przygoda z Annabelle pozbawiła go czasu na śniadanie. Usprawiedliwiona była wizyta we włoskiej knajpce i porządna porcja spaghetti. Tym bardziej, że głośni klienci tego przybytku mieli w zwyczaju nieskrępowanie komentować aktualne wydarzenia, a dobry dziennikarz nie zaniedbuje żadnego tropu.

Po kilku godzinach wychodził z urzędu miasta. Trochę plotek, trochę gładkich banałów. Jedynym sensownym materiałem była burzliwa dyskusja, która przerodziła się w kłótnię, podczas wystąpienia inżyniera Marka Stevensona, który przyjechał z Japonii, z fabryk Toyoty, by opowiedzieć o zastosowaniu zasad kaizen w działaniu fabryk samochodów. Wystąpienie nie było obstawione przez dziennikarzy, gdyż notable na czele z burmistrzem otwierali dziś jakiś kompleks sportowy. Kłótnia rozgorzała po tym, jak Greg Stafford, lobbysta związków zawodowych, zarzucił Stevensonowi uczestnictwo w drenażu personalnym firm motoryzacyjnym, zorganizowanej akcji headhunterskiej, zachęcającej ludzi do pracy dla Toyoty w Japonii. Terrence pilnie nagrywał kłótnię, nie wierząc, że trafiła mu się taka perełka. Udało mu się zadać kilka pytań Staffordowi i parę „bez komentarza” od prawnika wspierającego Stevensona. Pędząc do redakcji, układał sobie w głowie artykuł. „Kaizen made in USA”. Pilnował się, by pozostać bezstronnym i nie używać mowy zależnej, lecz pełnych cytatów. Do artykułu dodał króciutkie bio obu stron – inżyniera i związkowca. Całość już zredagowaną podesłał szefowi na maila. Odpowiedź nadeszła po trzech minutach – przepuścić przez dział prawny i do druku.

Rzut oka na zegarek. Nie zdąży pojechać do domu. Na szczęście w redakcji, gdzie praca nigdy nie zamiera, była kabina prysznicowa, miał też zapasowe, eleganckie ubranie. W świetnym humorze, spędził uroczy wieczór z Annabelle. Jakby samo wyszło z rozmowy, że chętnie wybrałaby się gdzieś potańczyć, lecz nie w ciągu tygodnia, który ma dość zajęty. Wróciła do domu taksówką. Terrence’owi wyśmienity humor wystarczył za napoje wyskokowe, więc do domu dojechał samochodem.

Była już niemal dwunasta. Na podłodze salonu zastał puste pudełko po chipsach – Sara nie pozwalała Katie na ich jedzenie, ale sekretna umowa dziewczynki z Terrence’m obejmowała korzystanie przez nią ze słodyczy i przekąsek, pod warunkiem, że mama się nie dowie. I Terry wolałby, żeby się nie dowiedziała, co to za przyjemność mieć zmytą głowę.

Prysznic, ten cholerny budzik…
 
Reinhard jest offline