| Erick - Wiec mamy ze soba cos wspolnego Vi - odpowiedzial Erick - Moja matka rowniez nie byla Amerykanka. A raczej byla nia bardziej niz reszta bialych obywateli. Moja mama wywodzila sie ze szczepu Czejenow. - powiedzial Erick i w jego glosie slychac bylo nute nostalgii i dumy. - Wiecie co? My naprawde musimy sie poznac dobrze. Wiem, ze przed nami kto wie, moze cale zycie na tej wyspie... Ale kto wie czy te trzy dni nie sa dla nas najwazniejszym etapem znajomosci. Taka skala, na ktorej bedziemy mogli opierac nasze zaufanie. Cokolwiek czeka nas tam wsrod obcych, latwiej bedzie nam przyjac wspolnie. Kto wie jak dlugo oni sa na tej wyspie odizolowani od normalnych ludzi...
Tak, cos ukrywa pomyslal sobie. Dziwna sprawa z tym akcentem dodal sam do siebie. To niemozliwe zeby urodzona i wychowana miala jeszcze akcent po przodkach... To raczej po francusku powinna mowic z akcentem amerykanskim... Pewnie niepredko mi, nam zaufa. I zreszta niby czemu mialby ufac po kilku godzinach obcym facetom, bynajmniej katechetom w srodku lasu, na wyspie, gdzies na pacyfiku... Obejrzal sie przez ramie zarkajac na Vienne, ktora stapala za nim poprawiajac co chwila niesforny kosmyk wlosow, ktory tulil sie do jej policzkow, a ktory ona uparcie przenosila za ucho. Oj nie bedzie jej tu latwo. Nie w takich okolicznosciach... Ciekawe jak wiele kobiet jest na tej wyspie zapytal w myslach sam siebie. Obejrzal sie po raz drugi przez ramie. Markus kroczyl za dziewczyna obserwujac jej kroki jakby gotowy jej pomoc, jakby zamyslony nad czyms, a moze po prostu podziwiajcy rozkolysane widoki. Cos Greg za dlugo milczy, badz wazy jakies slowa pomyslal wyobrazajac sobie dziwnie dobroduszna twarz o inteligentnych oczach. |