Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 05-04-2015, 18:04   #8
killinger
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 13767 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Światło sprawiało ból. Teraz w pełni rozumiał jego dualna naturą. Fale rozmywały obraz w załzawionych oczach, a złośliwe cząsteczki uderzały wrednie w gałki oczne wybijając agresywnymi fotonami całą radochę z oglądania krajobrazu.

A było co oglądać. Wielkie Pieprzone Nic. W dodatku za cholerę nie wiadomo gdzie umiejscowione, bo że nie w zakichanym Miles City, to raczej widać od razu.
Potem sprawdzi, co dokładnie zawierają szyldy "For SALE" rdzewiejące na krawędzi betonowego placu. Na razie ma coś lepszego niż rdzewiejące blachy do sprawdzenia.

Kobieta zaskoczyła go i zezłościła. Sam nie wiedział czego było więcej, zdumienia, czy nerwów. Wyskakujący jak za pomocą magicznej sztuczki pistolet dopełnił czary niezrozumienia, wlewając ostatnią kroplę absurdu, która przełamała napięcie powierzchniowe zrozumiałej rzeczywistości. Wszystko przelało się bez ładu, a on zwyczajnie poczuł brak jakiejkolwiek chęci do działania.

Przełknął narastające i oczywiste w tych okolicznościach pytania. Kim jesteś, kim ja jestem, gdzie jesteśmy i co tu robimy? Nie, nie wypowiedział żadnego z nich. Patrzył tylko na nią i słuchał. Zbudził się w nim zapomniany, a może raczej świadomie stłumiony instynkt drapieżnika. Nic tu nie grało, za wiele niewiadomych w równaniu, by można było pokusić się o jakiekolwiek przewidywania. Czy to możliwe, że film mu się urwał? Jasne, czemu by nie. Nie raz wypijał butelkę bourbona, kiedy wracały jakieś niepotrzebne wspomnienia ze słonecznego kraju, w którym spędził dwa lata. Rozrywany miną humvee, pieprzeni niepiśmienni snajperzy, dzieciaki z semteksowymi pasami na piersiach. Widział wszystko, a w każdym razie dość dużo, by nie chcieć widzieć więcej. Tam słońce też daje się we znaki, w swoim upierdliwym korpuskularno-falowym tańcu świętego Wita.

Tam też poprzysiągł sobie, że nigdy nie wymierzy już pistoletu w inną osobę. Na pograniczu Strefy, w małym i obrzydliwie biednym miasteczku miał wybudować coś na kształt szkoły. Był w tym dobry, w całym Korpusie Inżynieryjnym wypracował sobie opinię człowieka, który bez trudu dogaduje się z miejscowymi i potrafi ich zmotywować do działania. W zasadzie tylko on sam wiedział, że te potakujące, brodate postacie kiwają głowami nie dlatego, że przekonuje ich swoimi racjami, a dlatego że US Army ma za sobą dużo poważniejsze argumenty niż jego namowy. Nie znosił tych beżowych, zakłamanych kutasów. Nie znosił tego kraju, swojej w nim misji, syfu i głupoty godnej neandertalczyków. Najbardziej zaś nie znosił fundamentalizmu którym karmili się nieprzytomnie, upijając się wersetami bełkotliwego pisma, tak jak uczciwy kowboj w Montanie chla w saturdaj najt fiverze.

W tym właśnie kurwidołku kilku palantów o mentalności średniowiecznych chłopów, urządziło sobie konkurs rzucania kamykami do celu. Mimo, że na tym zadupiu na pewno nikt i nigdy nie trenował baseballa, daliby sobie radę, bo cel był nieruchomy. Przywiązana do pala kobieta pewnie zachowała się jak ostatnia zdzira, pokazując publicznie połowę łydki, a może tylko przesoliła baranią pieczeń? Kto by ich tam rozumiał. Był sam, z tłumaczem. Miał ze sobą tylko radio i M11. Zgodnie z okólnikami sztabu, ta okolica była całkowicie bezpieczna. Tak jakby jakiekolwiek miejsce w słonecznym kraiku było bezpieczne dla białego człowieka...

Omal nie zastrzelił przywódcy, jakiegoś duchowego prowodyra. Stawiał się i okazywał brak szacunku epoletom oficerskim. Krótki M11 wyglądał może jak zabawka, ale dwa strzały pod nogi postawiły cholernego terrorystę do pionu. Rykoszet rozorał mu łydkę, widać było jak na białym chałacie wykwita krwistoczerwony mak na dole i słomkowożółty tulipan na wysokości przyrodzenia. Cóż, każdy ma prawo się zeszczać kiedy do niego się strzela. W oczach kacyka widział jednak tak wielkie szaleństwo, tak wiele nienawiści, zła i strachu zmieszanego z bólem w wybuchowej mieszance, że poprzysiągł sobie nie używać broni przeciw innym ludziom. Nawet takim pokurczom bez krzty rozumu. Wtedy uratował kobietę, którą przekazali potem patrolowi Angoli.
Dziś nie było raczej potrzeby łamać uświęcony zasad dotyczących broni. Raczej, bo czarnowłosa budziła w nim niepokój.

- Mam dziś kiepski dzień, ma'am. Nie jestem do końca sobą. Nie podoba mi się jednak to, co robisz z moim kubkiem. Nie rób tego nigdy więcej, bo mnie to wkurza.

Schował pistolet, zaskakująco płynnym ruchem. Co do diabła, przecież od lat nie używał broni, nawet o niej nie myślał. Teraz z kolei czuje że Klamka jest po prostu przedłużeniem jego dłoni, niemal wyczuwał organiczne łączniki między kompozytem kolby i synapsami w jego dłoni. Pal licho, potem o tym pomyśli.

Na razie trzeba by jakoś podejść damulkę, ale tak by nie przyznawać się zbytnio do niewiedzy. Naprawdę nie miał pojęcia co się tu wyrabia, ale musiał wpaść w alkoholowy ciąg. A może ktoś mu czegoś dosypał, ludzie są czasem podli.

- Gdzie jest ten drugi? Faktycznie mocno oberwał? Nie pamiętam tego.
Badawczo zerkał na jej reakcje, próbując wywnioskować cokolwiek z jej zachowania. Niepokoiła go, intrygowała, przerażała też trochę. Gdzieś już ją widział, ale nie potrafił przywołać z pamięci żadnych szczegółów. W zasadzie nic w tym dziwnego, ostatnio przecież pracowicie oddawał się zabijaniu wszelkich wspomnień, prochami, ćwiczeniami z koncentracji a nawet modlitwą.

Co prawda był niewierzący. Wyrósł w uczciwej rodzinie metodystów, ale już jako mały chłopak popadł w zwątpienie. Udawał wiarę przed pobożnymi rodzicami, uczęszczał na biblijne spotkania w kole młodzieżowym przy kościele w Miles, ale kiedy słuchał pastora Newtona, jak to inne, gorsze odłamy chrześcijaństwa błądzą i wiodą swoich wiernych wprost do piekła, a prawie wcale nie różnią się doktrynalnie między sobą, doszedł w końcu do jedynego słusznego wniosku, że skoro wszyscy są tak bardzo podobni i wszyscy oskarżają się o herezje, to wszyscy są sobie równi. Wszyscy kaznodzieje kłamią, a Bóg pewnie ma to gdzieś. Albo nie ma, bo nawet nie ma tego "gdziesia" zwyczajnie nie istniejąc.

Po lekach jednak zaryzykował kilka skromnych modlitw, nie słowami wyuczonymi w domu, ale tak jakoś celował po prostu w kosmiczny absolut, a nie do jakiegoś wiekowego starucha o wrednym usposobieniu, każącego kochać się bez powodu.

- Masz coś do picia? Zdechnę zaraz na tej zasranej pustyni. Wyglądasz na dobrą samarytankę, pomijając mój kubek oczywiście. Zorganizuj coś mokrego bez procentów i zaprowadź mnie do tego potłuczonego obwiesia.

Spojrzał na nią i z ledwie dostrzegalnym wahaniem dodał na końcu "Proszę"
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...
killinger jest offline