Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 24-05-2015, 17:32   #3
Clutterbane
 
Clutterbane's Avatar
 
25 Nachexen 2515 KI, Angestag, słońce w zenicie

Ulice Riesenburga, Dolne Miasto

Nadeszła wiosna, wiosna deszczem pachnąca, mżawką i odżywającą na nowo roślinnością, wydostającą się stopniowo spod grubej warstwy śniegów. Wraz z tym przybyły mniej miłe widoki i zapachy, odór ludzkiego potu i błota, które otuliło brunatnym płaszczem ulice Riesenburga i owego miasta okolice. Gdyby wyjść za forteczne mury miasta, ujrzeć można by brudnobrązowy horyzont, nakrapiany wyblakłą jeszcze zielenią, czy zabrudzonym, burymi kolorami płaszczów wędrowców. Ku miastu na nowo poczęli napływać kupcy z dalekich stron, a ci, którzy uciekli przed chłodem w objęcia miejskich murów, teraz opuszczali swe legowiska pośród miejskich ulic. Zrobiło się jakby więcej miejsca. A przecież tydzień minął od pierwszego dnia wiosny, nie mniej, nie więcej. Było Powiedźmie i świat budziło się na nowo do życia.

Thurin parł uliczkami Dolnego Miasta, ciasnymi i ozdobionymi wszelkim śmieciem. Były też czystsze ulice, nie tu jednak. Na wiosnę wielu najemnych robotników znajdzie pracę na polach Wallefargen, tu jednak prym wieść będą śmieciarze, gwałtowni w swych poszukiwaniach użytecznych przedmiotów. Krasnolud jednak niósł pod pachą cenny pakunek i ani myślał odrywać się nadmiernie od powierzonego mu zadania. Na ulice wylęgli przechodnie, rzemieślnicy i kuglarze, a obwoźni handlarze wszelkiej maści i skrzeczące przekupki przekrzykiwali się przez tłum. Thurin zakupił od obwoźnego sprzedawcy jabłko i przygryzł je z namaszczeniem. Szczęście skończyła się dla niego służba w milicji, ale wolnego czasu mu nie przybyło. Otarł z potu pobrużdżone czoło i ruszył dalej w drogę, przepychając się przez gęsty jak kolczuga tłum.

Kwadrans później dotarł do sękatych drzwi piętrowego budynku. Dla zasady można by obdarzyć budowlę mianem kamienicy, choć była raczej niska. Krasnoludy nie zwykły budować wysokich domów. Zasuszona staruszka uchyliła powoli drzwi.

- Słucham?

- Ja do pana... - wsadził gwałtownie do kieszeni pękatą dłoń i wyciągnął z niej, po wcale nie krótkiej walce, pogniecioną karteluszkę. - Rudolfa Schneidera. Jest aby?

- Jest. Piętro, pierwsze drzwi po prawej stronie. Wejść można.

- Dziękuję pani. Miłego dnia.

- Gówno prawda, panie krasnoludzie. - babuleńka przepuściła tęgiego brodacza w drzwiach. - Gówno prawda.

Thurin wspiął się po stromych schodach, nerwowo podtrzymując się poręczy. Zdawało się, że wspina się na górski szczyt, że idzie nad przepaścią po zniszczonej kładce. Z trudem dopadł ostatniego schodka, przeklinając swoje krótkie nogi. Zbliżył się do wspomnianych przez starowinkę drzwi i zapukał trzy razy.

- Czego? - zza uchylonego rąbka drzwi wyłonił się barczysty mężczyzna, nieogolony i jasnowłosy, o ogorzałej cerze.

- Mam zamówienie. - Thurin wyjął spod pachy pakunek. Odwinął tkaninę, odsłaniając bastardowy miecz w pochwie z czarnej skóry i dobrej stali. Broń błyszczała nowością.

- Miało być jutro, do cholery!

- Ale jest dzisiaj. Szybciej się uwinęliśmy, a więc dostarczyłem wcześniej. - zacisnął zęby. Leciał przez pół Riesenburga, żeby dostarczyć to ostrze, a ten zalatujący kozim łajnem parobek, jakiś podrzędny najemnik, miast obdarzyć go dobrym słowem i błyszczącą monetą, robi mu jakieś wyrzuty. Powstrzymał wściekłość.

Drzwi uchyliły się bardziej i Thurin zauważył, że mężczyznę od nagości oddziela tylko owinięty wokół bioder koc z samodziału. Kilka kroków za nim stała płowowłosa dziewczyna, z podobnym kawałkiem samodziału owiniętym wkoło piersi. Zorientowała się, że krasnolud ją zobaczył i czmychnęła na tyły pokoju.

- Coś cię ciekawi, brodaczu? - odbiorca był poirytowany nie mniej od samego Thurinssona.

- Tak. - odparł z niebezpieczną nutką w głosie Thurin. - Czy odbierzesz ten chędożony miecz, czy mam wrócić z nim do Gildii i czekać, aż dolecisz na drugi koniec miasta?

Człowiek zachmurzył się, ale Thurin nie przejął się i tym. Dawno już przestał liczyć na premię w srebrze, czy nawet miedzi.

- Ile płacę? - mężczyzna odgarnął długopalcą dłonią włosy z czoła. Drugą ręką utrzymywał koc.

- Hm… była zaliczka, to jest trzy korony. - krasnolud podrapał się po zarośniętym podbródku. ile to miało być. Dwanaście za miecz, czyli dziewięć? - Dziesięć koron, bądź też innych złotych monet.

- Dziesięć. Dobrze. - wojownik wycofał się do pokoju i po chwili powrócił z sakiewką w dłoni. - Bierz i spierdalaj pókim dobry. - zakończył, trzaskając drzwiami.

Krasnolud uśmiechnął się chytrze. Orżnięcie takiego przygłupa na koronę nie było szczytem sprytu, ale cieszyło i tak. Thurin rozejrzał się po korytarzu. Był dość szeroki, raczej krótki, po obu stronach było po dwoje drzwi. Krasnoludzkie pochodzenie budynku zatarło się tu, wewnątrz, zakryte bezwzględnymi w swej głupocie rękami lokatorów i masą klamotów, zabierających resztki wolnej przestrzeni. Z jednego z pokoi dochodziły odgłosy kłótni, podniesione głosy. Thurin ruszył w męczącą drogę na parter.

Staruszki nigdzie nie było, krasnolud wyszedł więc bez słowa na ulicę. Załatwił, co miał załatwić. Nim wróci do Gildii, musiał będzie odpocząć, tak więc po chwili zamysłu skierował się do oberży “Wywałaszony kogucik”, zajmującej przysadzisty budynek na południowym skraju miasta, a więc blisko z miejsca, w którym przebywał akurat Thurin. Karczma była ulubionym miejscem spotkań strażników i milicjantów, którzy pilnowali w danym momencie południowych dzielnic. Mieli tam dobre wino, słodkie jak leśne borówki i mocne jak ramię siłacza z wędrownego jarmarku, mógł się tam uraczyć również nalewką, krzepką jak uderzenie pioruna. Raźnym krokiem począł pokonywać kolejne ulice.


W oberży było tłoczno. Choć mężów w mundurach było jak na ten przybytek niewielu, zważyć jednak należy na godzinę. W środku dnia rzadkim widokiem były tu tłumy strażników. Kilku gości zasiadało przy ciężkich od kufli stołach i wykutym wprost w kamieniu blacie, rozplanowanym na planie kwadratu, otwartego z jednej strony. Tam też usiadł Thurin, wpatrując się sufit. Belki były jasne i nowe, właściwie nie okopcone jeszcze. Jakiś czas przed przybyciem kompanii do Riesenburga, w oberży wybuchł pożar, rozniecony przez jakiegoś szurniętego niziołka.

- Co podać, Thurinie? - karczmarz Ferragus był Bretonem o ciemnej karnacji i zaczerwienionym od swych własnych trunków nosem. Mówiło się, że niczego nie podawał, jeśli wcześniej nie przeprowadził dokładnej “kontroli jakościowej”. Choć to nos był centralnym punktem jego twarzy, kontrapunktowały mu gęste, posiwiałe wąsy.

- Grzane wino. - krasnolud wygodniej usadził się na taborecie. - Chłodnawo wciąż, a przed wieczorem mam jeszcze trochę roboty.

- Dawno tu cię nie było. Strasznie was przenoszą, psia jucha. Rzuca wami po całym mieście.

- Prawda. Choć dla mnie służba w milicji się, bogom dziękować, zakończyła.

- Szczęściarz z ciebie. Za jakiś czas powinni wpaść Gebhardt i Rolf-Franz. Poczekasz na nich? - wspomnieni mężczyźni należeli do milicji i byli krasnoludowi towarzyszami. Gebhardt Zimmermann był chudym jak patyk chłopakiem, który nie skończył jeszcze siedemnastu wiosen, zaś Rolf-Franz Juweiler zwalistym mężem w średnim wieku, o brwiach przywodzących na myśl krzaki głogu.

- Jeśli bogowie pozwolą, przybędą, nim Stefan kupi myśliwskie ogary i zacznie mnie szukać. Dziś piję na jego koszt.

- To zdrowie! Moim skromnym zdaniem, to Schuster na ciebie taki zawzięty, bo w szachy zawsze wygrywasz z nim. Może jakbyś mu się raz, czy dwa podłożył…

- Ha! Niedoczekanie jego. Mniej by strugał figury szachowe, więcej w kuźni pracował… a tak to ja wszystko robię. Ten bękarci miecz, co go dostarczyłem, też ja kułem, do cholery.

- A kto ten miecz zamówił?

- Rudolf Schneider. - Thurin położył na blacie wymięta kartkę. - Wysoki, jasnowłosy, ogorzały. Chyba jakiś najemnik.

- To wolny jeździec. - karczmarz się zachmurzył, literując bezgłośnie imię z kartki. - Na żołdzie u księcia, jak kilku innych. Gwałtowny i agresywny typ. Ostatnio rzucił się, tu, u mnie, na jakiegoś czeladnika. Rolf-Franz go wyrzucił, razem z Maartensem, tym rudawym z Jałowej Krainy. Znasz?

- Nie. Ale kojarzę imię. To ten kuzyn Rijgena?

- Ten sam. Ale ten Rudolf… - Ferragus pokręcił głową w ponurym wyrazie. - Jeszcze się wygrażał, mi i chłopakom...

- To tylko najemnik.

- A oni są tylko z obywatelskiej milicji. Co mogą zrobić komuś, kto cieszy się łaską księcia, hm?

- Różne rzeczy można o księciu powiedzieć, ale na pewno nie dozwoliłby swoim ludziom robić problemy mieszczanom z Riesenburga. On robi wszystko, by zaskarbić sobie sympatię nowych poddanych. Wyrachowany typ, ale też inteligentny. - chrząknął. - Ten Schneider to dureń. Tępy jak buzdygan. Za jego monetę piję i tobie też radzę się napić, uspokoisz się. Nie protestuj, nic nie stracisz, ja płacę.

- Aj, żeby ci płacili za trunek w twojej własnej oberży… dziwne rzeczy się dzieją. No, ale masz rację, nazbyt się zamartwiam. Interes dobrze idzie, przez zimę pokoje były co do jednego wynajęte, złoto w skarbczyku. Rozbuduję interes, zatrudnię jakiegoś wykidajłę na pełny etat. Nie byłbyś zainteresowany?

- Nie. - odparł natychmiast. - Mam towarzyszy i obowiązki wobec nich, gotów do drogi jestem. - wyjaśnił.

- Słyszałem o twoich towarzyszach. Siny krasnolud, dziwnie o nim mówią. I o tym czarowniku też, za bardzo z księciem przystaje.

- Porządni. Obaj. Nie przecz moim słowom, to ja ich znam. I nie pozwól, by plotki tobą rzadziły.

- Jestem oberem. Taka praca, plotki przelatują przez uszy jak spłoszone myszki. Jest jeszcze ten wielki, jak mogę wrócić do tematu twych towarzyszy.

- Też dobry człowiek.

- Dziwek pilnuje.

- Dziwka też człowiek. A czy dobry, to się sprawdzi jeszcze. Jak wreszcie trochę czasu znajdę.

- Wątpię. - karczmarz podjął się wycierania glinianego kufla. - Ale może, może… ale, ty też coś ostatnio w pałacu bywałeś.

- Chcesz zdobyć materiał na plotki? - Thurin uniósł do góry brew.

- Chcę potwierdzić plotki. - Ferragus nachylił się nad kamiennym blatem.

- A więc teraz stałem się obiektem plotek? Słodko. - uśmiechnął się rubasznie. - Ale nie gadałem z księciem, nie udzieliłby mi audiencji. Rozmówiłem się z Isidorem Pascalem, twym rodakiem. Chciałem zbadać Kowadło Zagłady. Możesz się śmiać, ale ja jestem kowalem run.

- Słyszałem. Nic w tym zdrożnego. - wyprostował się. - A ostatni, który chciał zbadać Kowadło, spoczywa w pokoju. Jego grób jest stąd do Calbe.

- Słyszałem. To chyba nowy rekord. Hm… nie chcę go pobijać. Tym razem znów się uśmiejesz, ale ja mam żonę. I dzieci nawet.

- Znów nie widzę w tym nic zdrożnego. Co u nich?

- Ostatni raz widziałem ich jakieś dziesięć lat temu. - chrząknął.

-Aha. To poczekasz na chłopaków?

- Tak.

Upił z kubka łyk gorącego trunku. Uśmiechnął się czując jak rozgrzewa mu przełyk i całe ciało. Piec chędożył Schustera. Valaya mu świadkiem, że nim nastanie wieczorowa pora, nie wróci do roboty. Musiał odpocząć. Gdy przekroczył progi Gildii, stygijskie ciemności przykryły czarnym płaszczem gwarne ulice Riesenburga. Służba w milicji, drący się na niego “mistrz”... tęsknił za akcją. “Ale już niedługo”, obiecał sobie. “Czekają na mnie krew i chwała. Choćbym miał ich szukać na jakimś zapomnianym przez bogów bagnie.”



9 Jahrdrung 2515 KI, Angestag, wczesne popołudnie

Karczma "Kulawy Jednorożec"

Muzyka

Główna sala karczmy była zadymiona i tłoczna, a donośne głosy biesiadujących wzbijały się aż po okopcone klepisko, po poczerniałe belki sufitu. W tym hałasie pojedyncze słowa, jeśli rozmówcy nie zasiadali tuż obok siebie, tworzyły niezrozumiałą, bełkotliwą kakofonię, kującą wymęczone uszy dwóch krasnoludów, zasiadających przy ustawionym pod ścianą stole. Budynek był w krasnoludzkim stylu i dojrzeć można był charakterystyczny sznyt, odpowiedni dla architektury brodatego ludu. Wrażenie przebywania w prawdziwie krasnoludzkim osiedlu było jednak zmącone przez rozliczne przedmioty stworzone przez ludzi - krzesła, naczynia, wszelakie drobiazgi. Tylko stoły, masywne kamienne kloce, pozostały takie, jak za czasów, gdy Riesenburg był znany pod nazwą Karak Gulm.

Teraz jednak krasnoludy powróciły. I nie idzie tu tylko o Thurina i Thubedorfa, akuratnie pijących ale i zajadających się dobrym mięsiwem, o nie. Bowiem do Riesenburga przybyli członkowie dawnych klanów twierdzy, przewodzeni przez tego, którego zwano “Bretończykiem” (bowiem z Bretonni pochodził), Enlaga Kruddsona. Przez większość czasu, jaki spędził w Riesenburgu, przez zimę, Thurin większość czasu spędzał na pracy i różnej maści nauce, nie spotkał więc Enlaga we własnej, brodatej osobie. Rozmawiał jednak z wieloma innymi krasnoludami. Wielu nosiło czuby i runiarz czuł wręcz ich wstyd, namacalny wręcz, zagęszczający wkoło powietrze. Lecz nie wszyscy byli Pogromcami, o nie. Thurin spotkał górników, rzemieślników, wojowników innych niźli zhańbieni. Kuzynów klanów z Karak Gulm, tych, którzy twierdzy nie porzucili, bo nigdy w niej wcześniej nie byli. Znalazło się też kilku towarzyszy samego Kruddsona. Czy będą chcieli odzyskać Riesenburg z rąk ludzi, przejąć władzę? Czy wąskie, misternie rozplanowane ulice dawnego Karaku spłyną krwią? Tego już syn Thurina nie wiedział.

- Prosperująca osada. - machnął obgryzioną kością kurczęcia. - Szczególnie jak na Księstwa Graniczne. Ech… prawie jak w domu. Jak w Barak Varr, wrotach morza, porcie Południa, et cetera. A mimo to, jednak nie to samo. Za mało naszych. Ludzkie porządki, sam rozumiesz. Nie czuć tu tradycji. Przynajmniej w tej knajpie. Enlag to chyba tradycję w wiadrach wozi, ech, z Bretonni, a jak coś powie, to jakby Strażnik tradycji ględził. Tak mówią przynajmniej. Miałeś może okazję go spotkać, Thubedorfie?

- Zaiste, imponująca osada, choć nie tak imponująca jak za dawnych lat - kasztanowobrody krasnolud opierał się o blat masywnego stołu. W prawej dłoni trzymał cynkowy kufel pełen pieniącego się piwa, a zaciśniętą lewą dłonią podpierał swój podbródek. Sprawiał wrażenie zamyślonego.

- Ech? Enlag? Nie, nie znam go, a kimże on jest? - Odparł Thubedorf, dopiero gdy jego otumaniony znaczną ilością spożytego alkoholu umysł przetrawił resztę słów Thurina, a trwało to trochę…

- Enlag Kruddson. - skrzydełko kurczaka w dłoni Thurina niebezpiecznie zadrżało. Wziął gryza i kontynuował. - Krasnolud z Bretonni, stąd go “Bretończykiem” zwą. Z dala od kultury krasnoludów z Krasnoludzkich Królestw wychowany, ale jak się dorwał do opisów tradycji, to tak się tym zafascynował, że niemal fanatyk teraz. To on przyprowadził tu tych krasnoludów, większość z nich pochodzi z klanów, które porzuciły Karak Gulm. Stąd tylu zhańbionych, to jest pogromców. W wyszynkach, piwiarniach, przy studniach i straganach, mówi się, że nasi kuzyni chcą, być może, odzyskać miasto. Pewnym jest, że zamiarują ponownie uruchomić kopalnię. Ryzykowne raczej, bowiem to, co znaleźli w kopalniach, a mam na myśli Grozę, skłoniło klany do odejścia. Moim skromnym zdaniem, to nie kwestia tych sztolni, a architekta miasta i kopalni, Barokokarra. Wiesz, o kim mówię?

Im dalej od swego portu, tym więcej Thurin gadał. Iście, pomyśleć tylko, co będzie dalej. Może krasomówcą zostanie? Kupcem korzennym? Dziwne rzeczy się dzieją oj, dziwne. Zważył na to, jaki jego towarzysz był zamyślony i zastanowił się, czy nie wypadałoby zapytać, czemuż to jest taki zafrapowany.

Krasnolud spojrzał półprzytomnym wzrokiem na swego rozmówcę, po czym zmarszczył brwi. Thurin gadał dużo, nawet jak na krasnoluda, który wypił o jeden kufelek za dużo, a od natłoku informacji Thubedorfa powoli zaczęła boleć głowa. Natomiast jedno ze słów, jak żadne inne, wdarło się do umysłu zwalistego wojownika elektryzując go zastrzykiem energii.

- Kopalnie? - Zapytał niemalże wchodząc w zdanie Thurinowi, ignorując przy tym resztę jego słów i ostatnie pytanie.

- Ino wisz ile zysku z takich przedsięwzińć? Stare krasnoludzkie sztolnie nie były drążone bez powodu, a skoro zostały nagle porzucone to z pewnością kryją w sobie niezliczone bogactwa… i sporo niebezpieczeńśtw, ma się rozumić - uśmiechnął się chciwie, odsłaniając przy tym szereg brakujących zębów.

- Jak nasi kopalnie zamykają - Thurin zaoponował. - to nie bez powodu. Mówię ci, to, co Barokokarr stworzył, to nie jest nazbyt zdrowe i bezpieczne.

- A cóż mnie obchodzi jakiś Barokokarr? - Krasnolud machnął dłonią jakby odganiał od siebie zbyt natrętną muchę.

- Bogactwa się liczą, a niebezpieczeństwa jakie spotkamy na naszej drodze są tylko ceną, którą każdy musi uiścić, aby dostać w swe łapska to na czym naprawdę mu zależy. Swoją drogą to też najlepsze zabezpieczenie przed innymi poszukiwaczami skarbów...

- Też tak twierdziłem i teraz mam tę bliznę, o, zobacz. - pokazał towarzyszowi bliznę przechodzącą przez usta. - Mam złe przeczucia względem tych sztolni, mówię ci...

Thubedorf uśmiechnął się dziko w odpowiedzi na słowa Thurina.

- To masz się czym pochwalić innym awanturnikom przy karczemnym piwku. Spójrz lepiej na mnie, blizna na bliźnie i to żadne oszpecenie, a najbardziej autentyczny medal za odwagę! Dowód mojego sukcesu i oddaniu sprawie - powiedział krasnolud, po czym jednym łykiem osuszył kufel piwa.

- Nie o tym mówię. - Thurin zaperzył się. - Dumny jestem z moich blizn, bo blizna świadczy o wytrwałości wojownika. Ale te kopalnie… to, co tam jest, sprawiło, że masowo opuszczono twierdzę. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym, by nasi pobratymcy masowo opuścili domy z powodu jakiegoś tam niebezpieczeństwa. Tak… wracając do Enlaga, a konkretnie do jego towarzyszy, którzy opuścili Karak Gulm, do ich krewnych… wypadałoby się ich zapytać. Może oni naświetliliby tę sprawę.

- A jednak Riesen… tfu! - Thubedorf splunął z odrazą, po czym natychmiast poprawił się - Karak Gulm dalej stoi zamieszkanie i ma się dobrze. Skoro ciemności wylazły z kopalni to pewnie już dawno poszły sobie w siną dal, a całe te opowieści, którymi mnie teraz raczysz są tylko bajkami dla zbyt ciekawskich dzieci, aby nie zapuszczały się same w labirynt klaustrofobicznych korytarzy.

- Gówno prawda, za przeproszeniem. - odburknął Thurinsson. - To, co jest w tych sztolniach nie zniknęło, Zaczopowali korytarze, a miasto zostało zamieszkane, ale schodzenie na dół wciąż nie jest dobrym pomysłem. W każdym razie, “Bretończyk” ze swymi poplecznikami myśli jak ty i chce je otworzyć na nowo. Możesz masz rację, ale gdybym miał zejść w te korytarze, wpierw musiałbym się schlać i przespać z tą decyzją. - zakończył już spokojniejszym tonem.

- ...i po to tu właśnie jesteśmy - skwitował Thubedorf, wznosząc kolejny zamówiony przez niego kufel piwa.



11 Jahrdrung 2515 KI, Wallentag, wieczór

laboratorium czarodzieja Dehma

- Felixie, masz chwilkę? Musimy porozmawiać o Burkhardzie - twarz mistrza Dehma wykrzywił grymas, jakiego opisać nie sposób. Rzucił struchlałe spojrzenie w stronę izby, w której spali czeladnicy, aby upewnić się, że niczego nie będą słyszeć. - Jak ci dobrze wiadomo, mój przyjacielu, dołożyłem wszelkich starań, aby młodzieniec, którego do mnie przyprowadziłeś, był w stanie zapanować nad swym magicznym talentem i wykorzystać go w jak najlepszy sposób, zarówno dla własnego dobra jak i dla korzyści ludzkości.

- Jednak... Myliłeś się, Felixie. Burkhard... - czarodziej wziął głęboki oddech. - Burkhard nie ma talentu. Nigdy go nie miał i nie będzie mieć. Owszem, oboje wyczuwamy od niego magię, on sam może również ją podskórnie odczuwać, ale... - Dehm był zbyt wstrząśnięty, zbyt wielką przejęty bojaźnią, by kusić się na jakiekolwiek teorie - on jest jak ułomne naczynie z krwi, kości i skóry, które, niezdolne do splatania magii, samo może być wykorzystane jak katalizator, jeśli tylko osoba mająca takie zamiary znałaby odpowiednie słowo-klucz.

- Posunąłbym się, choć czynię to z wielką niechęcią, do wysnucia wniosku, że Burkhard się nie urodził, lecz został stworzony, a jego stwórca, poszukując rzeczy dla mnie nienazywalnych, przez uchyloną furtkę do tego świata wpuścił nie do końca to, czego pożądał... - mędrzec z trudem opanowywał głos. - Jednak to tylko moje przypuszczenie - uspokoiwszy się zapytał: - Felixie, czy dane ci było poznać ojca Burkharda? Czy myślisz, że ktoś mógł skorzystać na podrzuceniu Burkharda do Riesenburga albo, konkretniej, do mojego laboratorium?

Felix z pewnym oporem podniósł spojrzenie znad lektury, było już późno. Czy to był czas na rozmowy? Jego małpka z pewnością myślała, że nie i spała w okolicy swojego pana. Jednak Dehm nie kłopotałby go, gdyby nie miał powodu. Toteż musiał wytężyć umysł.

Chwilę później mający głęboki szacunek do wiedzy i jej pomników w postaci ksiąg czarodziej pozwolił upaść tomowi na ziemię.

- Niemożliwe... - wyszeptał von Welf nim starszy mag skończył. Niemożliwe by się pomylił, to było jasne, każdy to widział. - Ja, Laurelandil, Karla. Trzech obeznanych w sztuce ten sam wniosek, wszyscy się myliliśmy? - spojrzał pytająco na towarzysza i widział odpowiedź wypisaną w jego oczach.

Oparł głowę na dłoniach i westchnął myśląc.

- Magia pulsuje w Burkhardzie tak silnie, jak bije serce Norsmena, to fakt. Jednak nikt z was nie poświęcił zbyt wiele czasu na próbę kształcenia go, więc mieliście prawa tego nie zauważyć. Jak śmierć depcze po piętach, nikt nie miałby czasu na takie dochodzenie - zauważył Dehm.

- Nie, nie poznałem ojca, poznałem matkę - odpowiedział Felix. - Założyłem, że zginął, czy to z powodu choroby czy niebezpieczeństw lasu. Kto mógłby coś od niego chcieć? Znaleźliśmy go pod kuratelą elfickiej czarodziejki, która chciała mu znaleźć nauczyciela, wątpię by miała wobec niego jakieś zamiary. Jest też Czarnoksiężnik. Nie pamiętam, czy ostatnio wspomniałem o tym dlaczego musieliśmy uciec.

- Nie zrozumiałeś mnie, mój przyjacielu - starzec przełknął ślinę. - Chciałbym się dowiedzieć, czy w ogóle istnieje taka osoba, jak ojciec Burkharda - powiedział skamieniały ze zgrozy czarodziej. - Jednak żeby to udowodnić, musielibyśmy znaleźć jego grób. Tylko to jest w stanie potwierdzić nasze obawy.

Felix milczał. Zbierał wspomnienia, lecz nie miał zbyt wiele do powiedzenia.

- Zjawy dostrzegły, że Czarnoksiężnik podąża w naszą stronę, ściga nas. Uznaliśmy momentalnie, że chodzi mu o chłopca, łatwego do wykrycia. Młody utalentowany człowiek to doskonały łup, czy to jako uczeń czy ofiara.

- Tylko raczej jego obecność tutaj jest przeciwko naszym wrogom. Tak długo, jak jest pod naszą opieką za bezpiecznym murem tak długo oni nie mogą mu ani dzięki niemu zrobić.

- Czy mogą? W jaki sposób jest katalizatorem, naczyniem? Jak mój chowaniec? - Felix wskazał na śpiące zwierzę. - Czy ma wyzwolić moc na polecenie? Jeżeli ostatnie jest możliwe...

Zadrżał.

- Ufamy murom, lecz gdy mury padną, padnie morale, zacznie się panika i rzeź. Z zewnątrz są potężne, ale od wewnątrz nikt ich nie pilnuje, a zwłaszcza przed małym chłopcem. Jeżeli byłby naczyniem na zaklęcie... Potężne zaklęcie - dodał, pamiętając o mocy, jaka była wyczuwalna od Burkharda. - Wyzwolony w odpowiednim momencie czar mógłby nas złamać.

- Czy Czarnoksiężnik mógł być na tyle sprytny i przewidujący, że postawił was w stan zagrożenia tylko po to, byście dotarli z Burkhardem z powrotem do cywilizacji? Czy byłaby możliwość, że Laurelandil działała na jego szkodę, zabierając młodzieńca w nie tą stronę, co trzeba?

- Czy jest, czy nie, to nieważne. Jak jestem w stanie coś takiego wymyślić, to trzeba zakładać, że przeciwnik jest co najmniej równie sprytny, co my. Nie wiemy, czy służy sobie czy jakiemuś demonowi, dla którego czas nie gra roli. Zakładasz możliwość, że Burkhard został stworzony. Może w jednym konkretnym celu. Tylko co z nim zrobić? Nie zrobimy mu krzywdy. Wiele można zrobić dla wyższego dobra, ale na coś takiego nie jestem gotowy. Pozostaje obserwacja. Jaki to może być cel i czy na pewno jest w pełni człowiekiem? Dla niego to w końcu będzie straszne rozczarowanie, czuć magię, wiedzieć, że ma się potencjał i nie móc nic zrobić.

- Młodzieniec ma zaklętą, mieszaną krew, to prawda, ale jest z pewnością synem swego ojca. Dlatego ciekawi mnie, kim on był... - Dehm poskubał brodę. - Nie wiem, kto patrzy oczyma Burkharda, ale zdaje mi się, że jest jeszcze uśpiony lub jeno na wpół obudzony. Nie zrozum mnie źle, Felixie. Chciałbym dla niego jak najlepiej. Chciałbym, żeby dorósł i się usamodzielnił. Wtedy mógłby sam wyruszyć w drogę, odkryć własną istotę i to, czym mógłby być. Obawiam się, że przebywając tutaj wchodzi w świat, gdzie Chaos i śmierć będzie węszyć u jego pięt. Wiecznie będzie kroczył drogą, ku której nie ma przewodnika. Tylko co zrobić? Wywieźć go? Gdzie? Jak daleko?

- I czy w ogóle? Skoro Czarnoksiężnik chciał go dopaść, to, wypuszczając go, możemy działać po jego myśli. Najbezpieczniejsze i może najlepsze miejsce to Altdorf. Czarodzieje Kolegium Światła potrafią korzystać z mocy innych. Skoro on sam nie potrafi wykorzystać swoich talentów, to może ktoś inny dla dobra imperium i ludzkości.

Felix spojrzał na swojego chowańca i przebudził go mentalnym rozkazem, by pobiegł na górę i obserwował pokój uczniów. Nigdy nie można mieć dość pewności gdy w grze mogą być istoty spoza świata.

- Demony mają problem by utrzymać się w tym świecie bez nosiciela. Ktoś mógł spętać istotę spoza materialnego świata i umieścić ją w dziecku. Teoretycznie eter mogą zamieszkiwać istoty nam przyjazne jednak brak relacji o takowych. Wtedy czulibyśmy moc tej istoty a on sam nie miałby możliwości kontrolowania magii. Jeżeli byłby jest nośnikiem demona to w sercu imperium mógłby wywołać największe zniszczenia. Może jakiś egzorcyzm?

- Pytanie, czy chcemy mieć do czynienia z duchownymi? Tam, gdzie kapłani, tam fanatycy, łowcy czarownic, histeryzujący motłoch i płonące stosy…

Po chwili namysłu oświadczył:

- Mogę go zabrać do Altdorfu. Choć nie będzie to krótka i bezpieczna podróż, jest to wykonalne.

Czarodzieje usłyszeli nerwowe pukanie do drzwi.

- Panie von Welf, panie Dehm, proszę mi otworzyć! - zza drzwi dochodził drżący głos. - Jestem Herpin, służący z “Przyłbicy i Kwiata” - Mędrzec uchylił dębowe wrota. Rudy młodzieniec był zdyszany, jakby biegł przez pół miasta. - Elmar prosi pana Felixa o wizytę w naszej oberży. Stało się coś straszliwego... Pan Jochen... On zniknął! Porwano go!

 
__________________
Prowadzę:
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 03-06-2015 o 08:19.
Clutterbane jest offline