Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-06-2015, 17:12   #4
Clutterbane
 
Clutterbane's Avatar
 
11 Jahrdrung 2515 KI, Wallentag, chłodny poranek

dziedziniec “Gościnnej Gospody”

Handrup, Neulehe, Oberlangen... Podróżnicy mijali pojedyncze gospodarstwa i uśpione wioski, które nie były zbieraniną nędznych bud, lecz osadami o przytulnie wyglądających domach i ogrodach, mimo że tu i ówdzie widać było jeszcze ślady niedawnych zatargów między Wallerfangen i nieistniejącym już Kirchheimbolanden. Z obu stron traktu między Handrup i Neulehe połyskiwały trzęsawiska, a przejeżdżając przez Oberlangen jeźdźcy zauważyli sterczącą na wzgórzu zrujnowaną wieżę, której historii nie mieli czasu zgłębiać.

Po prawie dwóch godzinach galopu byli u celu. Żaden szyld nie wisiał nad drzwiami; żaden tłusty odyniec czy krowa nie zachęcała do wstąpienia w progi zajazdu, ogrzania się i spędzenia tu nocy w towarzystwie nagiej panienki, oferującej na klęczkach wino. Wśród mieszkańców ostała się jedynie stara nazwa przybytku, nadana dawno temu przez zapomnianego oberżystę - "Gościnna Gospoda". Gdyby ów założyciel miał tego dnia wstać z grobu i zobaczyć dzieło swego życia, po tylu latach i po tylu peturbacjach, nazwałby je z pewnością "Psim Frędzlem". Nie w tym rzecz, że ten obskurny kąt o złej sławie był rozlatującą się ruiną, bo było to dalekie od prawdy. Owszem, kamienie kruszących się ścian były wypolerowane przez wiatry, ale odnosiło się wrażenie, że w zetknięciu z niszczycielską działalnością czasu zajazd stojący na skraju bagien na swój sposób nabierał sił, zamiast słabnąć, zupełnie tak jak rzezimieszek z każdą blizną staje się coraz twardszy, ostrożniejszy i przebieglejszy.

Nie było to miejsce, w którym przy kuflu piwa, kielichu wina lub czarce miodu podróżnicy zapominali o trudach pracy i pośpiechu dnia. To tu żądni krwi bandyci z całego Wallerfangen hulali do białego rana. W tym miejscu musiało być więcej zuchwałych łotrów niż gdziekolwiek indziej w obu dolinach księstwa. Renegaci mogli szaleć i hałasować do woli, bo uczciwi ludzie unikali tych terenów, a straż, na polecenie księcia, nie wtrącała się do zbójeckich zabaw.

Wokół zajazdu w donicach kwitły kwiaty. Awanturnicy ściągnęli lejce i pomyśleli, że osoby o nieprzyjaznym usposobieniu rzadko uprawiają rośliny ozdobne. Śmiałkowie zaczęli się rozglądać za jakimś obwiesiem, nic jednak nie zdradzało ludzkiej obecności, poza olbrzymem, który owe kwiatki podlewał. Mięśniak uniósł łysą głowę i zmarszczył się groźnie, kiedy usłyszał tętent kopyt. Błysnęła szabla o szerokiej klindze i zaległa głęboka cisza - nie potrzeba było żadnych słów, stal sama zadała pytanie.

- To nie będzie potrzebne - powiedział elf, wskazując palcem na miecz olbrzyma. - Azylu szukamy, ponoć to dobre miejsce by zacząć, jak się podpadnie prawu mości księcia. - powiedział Morlanal, choć był gotowy zareagować, gdyby olbrzym miał inne zdanie.

Gigant stał bez odpowiedzi. Ruchem klingi wskazał, że chce usłyszeć więcej. W drugim ręku pojawił się dzwonek - taki, jaki zawiesza się krowom na szyi.

Roran zatrzymał wierzchowca, zlustrował spojrzeniem mężczyznę, po czym zszedł na ziemię.

- Chłopie dajże spokój… Przez ostatnie dni uciekamy przed księciuniem i jego psami. Chociaż tutaj nie dokładaj nam kłopotów. Odpoczniemy, napijemy się i opowiemy, co my za jedni. Jak nas nie będziecie chcieli, to jutro nas już tutaj nie ma.

Roran starał się mówić głosem ciepłym, jakby był pogodzony z losem bandyty. Sprawiał wrażenie, że wszystko mu jedno. Miał nadzieję, że przez to olbrzym uzna ich za mniej groźnych niż rzeczywiście wyglądali, objuczeni całym zbrojnym ekwipunkiem.

Jeśli jednak miałoby dojść do wymiany ciosów, to krasnolud tym też się nie przejmował. Wiedział, że nowe topory pojawią się w jego rękach szybciej, niż człowiek zdąży zadzwonić.

Groźna i posępna postać stała niezmiennie nieruchomo, z jedną ręką złożoną na gałce rękojeści szabli opartej czubkiem o bruk. Szerokie ostrze wyznaczało granicę, jakby ścianę, w zetknięciu z którą pryskał czar gładkich słówek i sofizmatów. Nie dało się wywnioskować, czy zasępienie bandziora było wynikiem przyjaznego, ciekawskiego stosunku do podobnych sobie śmiałków czy też wręcz przeciwnie. Jedno było pewne: żądał dalszych wyjaśnień.

Elf z pogodnym wyrazem twarzy popatrzył na olbrzyma. Zwrócił się do Volkera:

- Panie Volker, to pan zasugerował, że znajdziemy tu bezpieczną przystań do czasu, aż pomyślimy, co dalej. Znajomych pan masz, okolicę znasz. Były takie zapewnienia, więc teraz jest odpowiednia chwila, by przemówić.

Volker spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na mężczyznę, a następnie niepewnie na elfa i resztę dziwnej zgrai. Nie uważał, że wyruszenie na przeszpiegi drużyną składającą się z samych nieludzi, poza nim samym oczywiście, było dobrym pomysłem. Ale nie uważał również, że spicie się przed samą wyprawą było dobrym pomysłem. A teraz wyraźnie odczuwał skutki obu decyzji.

Ciemnie kręgi wokół jego oczu, stanowiły wyraźny znak, że mało spał tej nocy. „Kurwa, ja to zawsze muszę wyjść z jakimś głupim pomysłem” – przeklął w myślach, przypominając sobie, że to on proponował, by wyruszyli jeszcze przed świtem. Czuł, jakby ktoś wżynał mu się w głowę tępym nożem, a cierpki smak śliny powodował, że niejednokrotnie zbierało mu się na wymioty. Czego oczywiście nie był w stanie powstrzymać, a nawet wspomagając się ideą „klina klinem”, osiągnął jedynie kolejną dawkę mdłości i konwulsji.

Ponownie przeniósł wzrok na mężczyznę, usilnie starając się, mimo bólu głowy, wymyśleć, jak powinien się zachować. Osiłek z pewnością miał prawo być w stosunku do nich nieufny. W końcu to oni, uzbrojeni w ciężki oręż i spore wyposażenie, najechali jego „dom” mówiąc otwarcie, że nie są z tych, którzy przestrzegają prawa. W dodatku ich było czterech, natomiast on stał naprzeciw sam. Nawet gdyby za pomocą swojego dzwoneczka wezwał wsparcie, to nie zdążyłby obronić się przed ich szarżą. „Stanie na straży tego miejsca to musi być strasznie niewdzięczna robota” – pomyślał, mozolnie przecierając czoło.

Traper w końcu otworzył usta… tylko po to, by zamiast słów, uleciało z nich obrzydliwe beknięcie i fala nieprzyjemnego odoru, rozwianego zaraz poranną bryzą.

- Pardon – wymówił od razu, starając się powstrzymać mdłości. – Po pierwsze… - sięgnął za plecy po swój topór, zaś drugą rękę wystawił uspokajająco w przód. – Tylko bez nerwów… - Kiedy wyciągną potężną i zupełnie nową broń, odrzucił ją na ziemię na sporą odległość. To samo zrobił z łukiem i nożem. Następnie zaś wymownie spojrzał na towarzyszy, mając nadzieje, że zaufają mu i postąpią tak samo. „Może powinienem wpierw sam sobie zaufać…”.

Mięśniak nadal milczał, co już zaczynało irytować, jednak na jego obliczu, płótnie niestworzonym do wyrażania rozległej palety emocji, malowała się aprobata dla czynu Volkera. Widocznie oczekiwał, że reszta paczki też tak postąpi.

- Jeżeli dalej mi nie ufasz, to możesz wezwać tym dzwoneczkiem swoich towarzyszy i zabrać broń – powiedział. W jego głosie nie było lęku i zmartwienia, jaki ogarnął go podczas rozmowy z księciem. Zbyt bardzo bolała go głowa, by mógł odczuwać cokolwiek. Jednak wciąż nieskładnie formował zdania. – W mieście zasłyszałem, że to tu udają się wszyscy banici. Jeżeli się mylę, to tylko powiedz, a odjedziemy w swoją stronę, nie sprawiając nikomu kłopotów. A jeżeli to prawda, to zapewne znasz mego brata, Theobalda Heidelberga… - ponownie beknął, tym razem cudem powstrzymując resztki porannego posiłku - …a jeżeli listy gończe nie kłamią, to teraz mówicie na niego „Nożownik”. Jeżeli pozwolicie mi się z nim zobaczyć i porozmawiać, to on z pewnością zaświadczy za mnie i mych towarzyszy.

Morlanal spojrzał na Rorana pytająco. Sam miał swoją magię i w razie czego mógł się bronić nawet bez broni. Krasnoluda oddającego broń obcej osobie i pozostającego bezbronnym ciężko mu było sobie wyobrazić. Przecież to byli cholerni banici, bezwględni i zapatrzeni na swój zysk. Jak awanturnicy mieli zdobyć ich szacunek, dając się rozbroić jak dzieci i łkając o pomoc? Volker właśnie przyznał, że jeden z nich jest jego bratem. Niezależnie od tego, czy miał na myśli rodzinę czy towarzysza broni, może być z nim bardziej związany niż ze świeżo poznaną bandą nieludzi… Że pracuje dla księcia, równie dobrze może być agentem banitów.

- Nie zamierzamy sprawiać kłopotów – elf powiedział ciepłym głosem. - Chcemy zjeść, napić się i odpocząć. Pomyśleć, co dalej. Nie zamierzamy jednak oddawać broni. Jeśli nasze złoto jest w karczmie mile widziane, to z chęcią wejdziemy. Jeśli natomiast potrzeba już teraz, by ktoś za nas świadczył, pan Volker porozmawia z bratem, my natomiast poczekamy.

- A gówno! - powiedział głośno Rumpel nie omieszkając mieć jednak ręki tuż przy nadziaku. - Nie widzicie, że to tępa pała i choćbyśmy nie wiem, co gadali, to połowy tego nie zrozumie. No co tak wytrzeszczasz gały? - zwrócił się bezpośrednio do olbrzyma. - Rusz dupę po swego szefa, karczmarza, czy bóg wie, kogo tam słuchasz!

Roran spojrzał na jednego, a potem na drugiego człowieka, który został jego nowym towarzyszem i z wyraźną miną typu: „chyba cię pojebało jak myślisz, że oddam im swoją broń” znowu spojrzał na wikidajło i rzekł:

- No ja broni oddawać nie zamierzam. Pewnie mnie zrozumiesz. Ty raczej też się nie rozstajesz ze swoją. Te cacka kosztowały trochę złota, więc pozwól, że zostaną na swoim miejscu. I tak nim je wyciągnę, to zabijesz mnie ze trzy razy, bo szybciej niż ja, to już moja babka chleb z pieca wyciągała....

Facet nie musiał wiedzieć, że co jak co, ale w wyciąganiu broni Roran nie spotkał kogoś kto by go przewyższał szybkością... Poza tym babka z pieca wyciąga chleb jednym szybkim ruchem, więc to też była poniekąd prawda.

Słowa Volkera o jego bracie trochę zaniepokoiły Rorana. Skoro był w takiej dobrej komitywie z bandytami, to równie dobrze mógł ich szybko sprzedać. Tym bardziej krasnolud postanowił nie pozbywać się swojej broni...

W ogóle to co Roran tutaj robił? Z jakimś obcym człowiekiem, jednym wygadanym elfem i gnomem. No iscie wymarzona kompania. Ponadto nie wiedział komu ufać, a kto jest w stanie mu wbić nóż w plecy. Nie żeby go to martwiło, bo by się szybko zregenerował, ale nie lubił chodzić z czymś wbitym w plecy...

Potrzebowali ochrony do zwiadu, a syn Utha w Górskiej Straży skradał się i tropił na porządku dziennym, więc to dla niego nie było pierwszyzną, ale wolałby być z Felixem i Thurinem. Przynajmniej byłoby się z kim napić. Z tymi to się boi, czy przypadkiem po jednym łyku nie padną...

W postawie oprycha coś się zmieniło. Może docenił awanturników wtedy, gdy zauważył, że postawili na swoim? Rzezimieszek pokazał ruchem szabli, żeby zajechali na dziedziniec zajazdu.

Tak też uczynił elf, zjechał za wskazaniem draba. Był to wszak jakiś postęp w dyskusji. Morlanal był obdarzony nadludzką spotrzegawczością i rozglądał się czujnie. Wszak człowiekiem na całe szczęście nie był. Pojęcia nie miał, jak rasa złożona w takiej mierze z oferm wszelakiego typu mogła przetrwać i zdominowac Stary Świat. To pewnie dlatego, że mnożą się jak króliki. Wszak szczury w miastach też są plagą... W każdej chwili czarodziej był gotowy zrobić użytek ze swej magii. Postawa Rorana i Rumpla odpowiadała mu o niebo bardziej niż Volkera. Nie dość, że traper był ciągle pijany to jeszcze ewidentnie dziwny. Postanowił bacznie go obserwować. Na barku elfa wylądował tymczasem orzeł, którego czarodziej poczęstował kawałkiem mięsa z juków.

Volker westchnął i zeskoczył z konia. Kiedy stanął na ziemi, zamarł w bezruchu na kilka chwil, jakby się nad czymś zastanawiał. Jednak w jego wypadku mogło to oznaczać, że po prostu usilnie stara się powstrzymać pawia. Ale i tym razem mu się to udało. Beknął tylko i zaczął zbierać z ziemi swe bronie.

Nie zabłysnął tym razem. To się zdarza. „A mi wyjątkowo często” – pomyślał podirytowany. „Chodźmy już na te cholerne bagna.”

Nie wskoczył ponownie na konia. Wolał nie narażać żołądka na kolejne wstrząsy. Zamiast tego chwycił konia za uzdę i zaczął kierować się za resztą nieludzi. Nie był do końca pewien, kiedy sięgnął po flaszkę przy pasie. Jak już znalazła się w jego ręku, to nie mógł nie skorzystać. Zdjął korek zębami i wziął porządnego łyka. „Klina klinem”.

Rumpel pogonił “durnego” kuca i także zajechał na dziedziniec. Tyłek bolał go już od tej całej jazdy, szczególnie że sprawnym jeźdźcem nie był. Z wierzchowca jednak nie schodził, w razie gdyby konieczna była szybka ewakuacja.

Olbrzym zatknął szablę za pas i wymownym ruchem ręki kazał podróżnikom czekać. Zaczął dzwonić najgłośniej jak potrafił. Uśpiony zajazd rozbudził się najróżniejszymi odgłosami, zupełnie jakby szczurze kłębowisko zaczęło wić się z niesłychaną siłą. Rzezimieszek musiał być niemową, któremu dzwonek służył za narzędzie komunikacji z resztą bandy wtedy, gdy wypadała jego kolej na warcie. Morlanal za nieszczelnie zamkniętymi okiennicami zauważył szybko przesuwające się sylwetki, których tupot przypominał mdlący, plugawy, śliski chrobot wygłodniałych gryzoni.

Rumpel znów popędził kuca, chciał się ustawić tak by nie stać na linii strzału, zwłaszcza gdyby ktoś chciał strzelać z okien. Wóz z sianem, może niezbyt doskonale, ale zapewniał pewną ochronę, zbój jednak ruchem ręki pokazał gnomowi, żeby stał tam, gdzie stoi.

Morlanał również zmienił pozycję, by między nim a potencjalnymi napastnikami znajdował się Roran i Volker. Nie było to jednak tchórzostwo. Nie zamierzał porzucać towarzyszy. Jednak był czarodziejem. Najwięcej zdziała zza osłony zbrojnych. Orzeł tymczasem odleciał z jego ramienia, odwołany gestem ręki.

Volker zmarszczył brwi, spoglądając na ożywający w jednej chwili budynek. Zastanawiał się, czy zobaczy za chwilę swego brata, wyłaniającego się zza drzwi zajazdu. Choć żywił taką nadzieje, nie sądził, że tak się stanie. Skoro jego imię widniało na liście gończym, a za jego głowę płacono aż dwadzieścia złotych koron, to najprawdopodobniej stanowi jakiś ważniejszy element bandyckiej zgrai. Byłoby to na pewno sprzyjające dla ich misji. Mimo to traper spochmurniał na tę myśl.

Spoglądając niepewnie na towarzyszy, zaczął zastanawiać się, czy zejście z konia było aby na pewno dobrą decyzją. Miał nadzieje, że sygnał wydany przez niemowę, nie oznaczał przybycia nieproszonych gości, których trzeba było się pozbyć.

Wszystkie okiennice otworzyły się z hukiem w tym samym momencie. W śmiałków wycelowano każdy rodzaj broni, która mogła razić przeciwnika na dystans - łuki, kusze, proce, nieco broni palnej, toporki, włócznie. Mężczyźni o zakazanych twarzach, zmierzwionych czarnych włosach, oczach węża i o twardym spojrzeniu czekali na najmniejszy pretekst do zadania śmierci.

"Gdzie jest Theobald?", pomyślał Volker, taksując rozbójników.

- Rzućcie broń na bruk, zejdźcie z koni i zostańcie na miejscu! Ręce do góry! - rozkazał wysoki, nosowy, ale na swój sposób szorstki głos.

- Cichy, zwiąż ich! - olbrzym na dźwięk swego pseudonimu wyszczerzył się z radosną złośliwością.

Morlanal spojrzał wymownie na Rorana. Znał dumę krasnoludów, choć liczył że nie są samobójcami. Uniósł ręce ku górze, konia przestawiajac delikatnie bardziej bokiem do karczmy. Zeskoczył z konia odgradzając się na moment od bandytów z karczmy. Wciąż jednak widział go olbrzym. Miał szczery zamiar się poddać, jednak gdyby Roran zrobił coś głupiego, miał zapewnioną niemal całkowitą osłonę. W międzyczasie powiedział:

- Panie Volker, do cholery, może czas zawołać lub powołać się na brata. Mamy przyjemność z kimś, kto mówi i wydaje właśnie nieprzychylne nam rozkazy!

Volker wstrzymał oddech. Naraz mdłości jakby zniknęły, ale zastąpił je spotęgowany strach. „Sam nie wiem, które jest gorsze”. Miał nadzieje, że jest to standardowa procedura rekrutacji nowych zbirów. W jednej chwili znienawidził swego brata, który wpakował go w tę kabałę. Dlaczego w ogóle podjął się tego zlecenia? Nie mógł zostać w karczmie i tam spędzić resztę swego nędznego życia? Nie byłoby ono może najlepsze, ale na pewno dłuższe!

Znów zlustrował swych towarzyszy. Pragnął przekazać im wzrokiem krótkie: „a nie mówiłem?”, jednak lęk stężał na jego twarzy w taki sposób, że równie dobrze można by z niej odczytać wiadomość: „chyba się zesrałem”. Sięgnął ostrożnie i powoli po broń, nie chcąc wykonać żadnego gwałtownego ruchu, i rzucił ją na ziemie, tak jak poprzednio. „A więc to w ten sposób ma się zniszczyć moja nowiuteńka broń?” – zadrwił, starając się w jakikolwiek sposób odciągnąć myśli od skierowanych w jego stronę grotów.

- Tylko spokojnie! Nie chcemy kłopotów! Po prostu nie mieliśmy gdzie się podziać, a słyszeliśmy, że rekrutujecie tu ludzi do swojej grupy! – wypowiedział prędko, nawet nie starając się ukryć przerażenia. – Mój brat jest jednym z was! Theobald Heidelberg, czy jak wy go tam… Eee… Nożownik! Tak! Pozwólcie mi z nim porozmawiać i wyjaśnić wszystko.

- Jakby tu był, to już mierzyłby do ciebie z kuszy, głupcze - wysoki głos przemówił po raz kolejny. - No już, bez żadnych numerów - niewidoczny herszt poganiał bohaterów i Cichego. - Odprowadźcie ich do celi.

Rumpel rzucił broń i zlazł z kucyka mrucząc coś pod nosem. Był zły na siebie, że dał się wpakować w takie szambo.

Cała sytuacja nie podobała się Roranowi. Byli w pułapce. Duży zbój nie wiadomo na co czekał. Mógł od razu dzwonić jak kretyn i wezwać resztę. Szkoda było ich języka...

Krasnoludowi trudno było się poddać. Widział kątem oka, że ten elf, co był czarodziejem, odsunął się. Brodacz wiedział, że nie oznacza to, iż chce on uciec, ale że robi sobie miejsce na wypadek walki. Roran widział, jak reszta się poddaje. Tak naprawdę czekali tylko na niego, a on nie miał zamiaru im iść na rękę i tego przyspieszać... Zwłaszcza że nie wiedział, co zrobić.

Mieli czarodzieja po swojej stronie. Szkoda, że to nie był Felix, pomyślał Roran. Ten to by banitów od razu spalił albo wyczuł już wcześniej, że to pułapka. A tak to weszli w nią jak ślepi w gówno.

Jakby był z nimi jeszcze Thurin albo Mały Wulf, to można by się bić albo zarządzić jakiś zbrojny odwrót, a teraz miał jednego tchórza, co rzucił bronią o glebę, nim tamci o to prosili. Poza tym Volker pić nie umiał i łapserdak chodził ciągle narąbany...

Ten drugi to w ogóle chyba nieprzydatny był. Ani to czarodziej ani to wojownik. Na tropiciela też nie wyglądał, więc nie wiem, po co go wzięli. Już lepiej byłoby jakiegoś psa wziąć.

Gdyby był z nimi Bhazer...

Od kolejnego odpłynięcia we wspomnienia Rorana odciągnął rozkaz wydany przez „herszta”. Krasnolud nie lubił, jak się mu rozkazywało i jeszcze rok, dwa lata temu rzuciłby się na olbrzymiego rzezimieszka z toporami, starałby się zasłonić jego ciałem przed strzałami i, gwiżdżąc na Bhazera, to on wydawałby rozkazy, jednocześnie przeklinając wszystkich wokół i ich matki, a zwłaszczą tę szmatę od Volkera.

Tamtego dnia jednak, gdy stracił już wszystko, na czym mu zależało, poczynając od jego miejsca w Górskiej Straży, a kończąc na stracie towarzyszy z Bhazerem na czele, wiedział, że nawet jego piekielna regeneracja nie rozwiąże każdego problemu i nie wyciągnie go z każdego gówna. Nie cenił zbytnio swego życia, ale musiał coś zrobić ze swoją skórą, inaczej czułby, że wszystko, co stracił, poszło na marne...

Krasnolud odwrócił się do elfa z krzywym uśmiechem i pokręcił głową. Następnie odłożył broń na wierzchowca i się od niego odsunął.

- Nikt nie powie, że Roran Uthasson rzucił broń na ziemię – powiedział jakby do siebie.

Dał się spokojnie związać, a gdy znalazł się blisko Volkera, szepnął mu:

- Wpakowałeś nas w niezłe bagno... Lepiej nas z tego szybko wyciągnij, bo to, że jesteś uwięziony przez bandytów, będzie twym najmniejszym zmartwieniem.

Roran był wściekły na nowych towarzyszy i nie miał zamiaru tego faktu ukrywać. Elf zachował się w miarę przyzwoicie, ale był elfem, więc i tak jeszcze musiał się namęczyć, by “być na plusie” w prywatnej hierarchii brodacza.

Na razie nowe znajomości dobrze się nie zaczęły... Nie martwiło to jakoś bardzo krasnoluda, ale powinno jego nowych towarzyszy, bo zły Roran to wredny Roran, a czasami nawet nieświadomie przeistaczał się w „niedającego się z nim wytrzymać” Rorana.

“Cichy”, nadal wyszczerzony w złośliwym grymasie, związał ich marynarskimi węzłami. Z zajazdu wybiegło kilku twardych łotrów z szyderczymi uśmieszkami wymalowanymi na surowych obliczach. Przeszukali śmiałków, zabierając im wszelką ukrytą broń i poprowadzili więźniów przez niewielką sień i schodami do piwnicy do małego, wilgotnego i spowitego mrokiem pomieszczenia. Ciężkie, wzmocnione stalą drzwi z dębiny zatrzasnęły się.

Po chwili jednak otworzyły się znowu.

- Wrzućcie tam jeszcze tego głupca! Skończyłem z nim na dziś.

Na posadzce ciemnego lochu wylądował siwy, ubrany w łachmany starzec. Podniósł się i usiadł pod ścianą. W świetle dochodzącym z niewielkiego, zakratowanego okienka, bohaterowie ujrzeli, że pocięta zmarszczkami twarz starszego mężczyzny spływała krwią. Dziad ciężko dyszał - musiał dziś wiele przejść.

Olbrzym przekręcił klucz w drzwiach i zgasił światło w piwnicy, po czym udał się z resztą bandytów na górę.

- No to co Volker? Jakieś pomysły? Czarodzieju - Roran ciągle nie pamiętał, jak ten elf się nazywa. Krasnolud w zapamiętywaniu imion innych ras nie był zły, był tragiczny. “Chyba coś na M, może Mora albo Mona?”, zastanawiał się Roran. W końcu poszedł na łatwiznę:

- Te elf, coś tu wyczarujesz, czy ciężko będzie? Oczywiście z rozwiązanymi rękoma, bo nie wiem, czy jest sens, bym się męczył i rozwiązywał te węzły.

Roran się rozglądał, ale tak naprawdę to starał się poluzować węzeł na ręce, w której wcześniej napiął mięśnie. Dzięki tej sztuczce miał nadzieję, że jeden węzeł będzie luźniejszy.

- Muszę mieć wolne ręce - elf sam szukał czegoś ostrego, o co mógłby zacząć szorować swe więzy. - Mógłbym spróbować zauroczyć magią drani, tylko nie wiadomo, czy wyjdzie za pierwszym razem i w ilu po nas przyjdą. Jeśli mamy tu zabawić dłużej to skończymy jak ten biedak - wskazał głową starca. - Może znajomość Volkera coś da - choć mina elfa świadczyła, że prędzej uwierzy w latające świnie Chaosu. - Ostatnia opcja to pokazać się z dobrej strony i wyciągnąć pazur. Uwolnić się, rozbroić strażników i dorwać szefa. Uznają nas wtedy za godnych szacunku, ewentualnie za śmiertelnych wrogów i zabiją po drodze. Nie uważam jednak, żebyśmy mieli coś do stracenia.

- Dlaczego cię tutaj trzymają? - Morlanal zwrócił się do staruszka.

Staruszek nie odezwał się ani słowem, nawet nie drgnął, tylko dalej patrzył w podłogę nieobecnym wzrokiem. Pomieszana z krwią ślina kapała mu z ust. Sprawiał wrażenie zupełnie odciętego od rzeczywistości. Biedak...

Morlanal współczuł staruszkowi. Chciał mu pomóc, wiedział jednak, że nie mógł. Musiał oszczędzać magię, by ich wszystkich stąd wyciągnąć. Zbliżył się do drzwi, szukając w nich jakiejś szpary. Pierwszym atutem przy nadarzającej się okazji do ucieczki byłoby dostrzeżenie, ilu strażników po nich idzie, więc szukał miejsca, które by mu to umożliwiło. Może dziurka od klucza?

- To może średni początek znajomości, ale szkoda tracić czas na uprzejmości. Roranie, jeśli mamy stąd wyjść żywi lub chociaż umrzeć próbując… Mam nadzieję, że masz mocne zęby -wystawił swoje związane ręce w stronę krasnoluda.

Volker rzucił nerwowe spojrzenie po celi. Strach w nim zelżał w chwili, gdy zeszli z pola rażenia strzał, a mdłości osłabły na tyle, by nie stanowiły głównego powodu do zmartwień trapera. Co oczywiście nie oznaczało, że się uspokoił. W dalszym ciągu wisieli na ostrzu noża, jednak jeszcze mieli szansę wyjść z tego cało.

Traper zmierzył podirytowanym spojrzeniem krasnala, który ewidentnie szukał kogoś, na kim mógłby się wyżyć. „Impulsywny dureń. Chyba musiał kiedyś wymienić mózg, na te swoje topory” – stwierdził w myślach.

- Nikt nie namawiał cię, byś tu z nami przyszedł. Nikogo z was – Volker rzucił sucho, przyglądając się zebranym. A następnie zwrócił się do elfa, który najwyraźniej zaczął tracić rozum. Zignorował jego czyny i powiedział: – Chyba nie myślisz, że naprawdę mielibyśmy jakąkolwiek szansę, by załatwić uzbrojoną po zęby bandę gołymi rękoma. I jeszcze w ten sposób chcesz zyskać ich szacunek? Do kurwy nędzy, nie wiem co ty o nich myślisz, ale zapewne wielu z nich to zażyli towarzysze, walczący przeciwko wspólnemu wrogowi. Mordując kogoś towarzyszy, nigdy nie zdobędziesz nikogo szacunku… - odwrócił się.

- A czy ty nie masz tego zakichanego ptaka na zewnątrz? Nie możesz go wezwać, by przez kraty swoimi szponami rozerwał ci te węzły? – traper rzucił zrezygnowany, siadając w kącie celi. Spojrzał na staruszka, krzywiąc się. – Może uda mi się z nimi dogadać. Miejmy nadzieje, że to co słyszeliśmy o tym miejscu to jednak prawda i chcą nas na razie tylko zastraszyć, by mogli dowiedzieć się, czy nie jesteśmy przypadkiem od tego pierdolonego księcia. W końcu nie dali nam jeszcze szansy by się nawet wytłumaczyć… - Volker nie tracił czujności wypowiadając się na głos. Wciąż istniała szansa, że ktoś ukradkiem ich podsłuchuje.

- Zamknij się durny baranie - powiedział Rumpel do Volkera i wymownie spojrzał na staruszka. - Nie dość, że przez chciwość tego długouchego idioty mamy na głowie ludzi księcia, to jeszcze wpakowaliśmy się w gówno przez twoje durne pomysły. “Mam brata, mam brata, on nam pomoże” - przedrzeźniał gnom. - I co, gdzie jest teraz twój braciszek?

Podczas swego opierdalackiego wywodu, Rumpel mrugnął do Volkera, by się połapał w tym wszystkim, oczywiście tak, by staruszek tego nie widział.

- Elfie, tylko w ostateczności - powiedział Roran. Tak naprawdę to pomysł nie wydawał mu się głupi. W końcu zęby i tak mu się zregenerują, nie? Roran dokładnie przyjrzał się grubości liny i próbował oszacować, czy jej przegryzienie jest wykonalne.

- A gdzie mieliśmy iść? Mówiłeś, że masz plan, to teraz nie pierdol głupot i przyjmij to jak mężczyzna. O cholera, mogłem dalej być tym pieprzonym ochroniarzem. Co mnie podkusilo... - zapytał jakby sam siebie Roran, jednocześnie dając znać reszcie, że jest gotów grać z nimi w tą grę.

Rumpel! No to jest proste imię, a nie jakieś ludzkie wynalazki. Od razu widać, że mają coś wspólnego z krasnoludami, pomyślał Roran.

- Jesteś obecnie moim ochroniarzem. Szkoda, że książę dowiedział się o wydobyciu złota z nieznanej mu żyły, ale co poradzisz - elf również podjął grę. Precyzując jednocześnie za co wpadli. Żeby potem nie wpadli w głupi sposób, jeden powie, że srebro, inny złoto... - jeśli nie trafiliśmy na półgłówków, to uznają nas za użytecznych. Problem polega na tym, czy wcześniej nie przepuszczą nas przez pewne zabiegi - wymownie spojrzał na staruszka. - Nie musimy ich zabijać czy ranić - powiedział już do wszystkich. - W końcu szukamy tu tylko azylu. Naprawdę chcemy zdać się na ich łaskę i liczyć, że prawidłowo nas ocenią jako przydatnych? Nie zwykłem czekać biernie… Nadal mogą nas zwyczajnie zarżnąć. Zaryzykujecie? - patrzył już na Rorana, próbując się uwolnić.

- Rumpel, chociaż spróbuj się uwolnić - zachęcił gnoma.

- Cholera by was wzięła! Myślicie, że jak gnom, to zaraz się wysmytla - pomruczał Rumpel i spróbował się uwolnić. Między jękami, kwękami i przekleństwami zapytał nieznajomego współwięźnia: - A ciebie czemu tu trzymają dziadku?

Staruszek nie zareagował. Zupełnie tak, jakby nie zrozumiał, albo nawet i nie usłyszał pytania - bo gdyby przecież słyszał, a nie rozumiał, zdradziłby zainteresowanie chociażby nagłą sztywnością ciała. Ramol siedział tak i siedział, pogrążając się w swym osobliwym obłędzie.



12 Jahrdrung 2515 KI, Aubentag

loch “Gościnnej Gospody”


- Trzeba było z nimi walczyć. Przynajmniej umarłbym z bronią w ręku, a nie z głodu w piwnicy... – powiedział Roran. Krasnolud przemieścił się tak, by rękoma dotknąć liny, którą związany jest elf i starał się rozwiązać jego węzeł.

- Gadaj coś, bo się kapną, że za cicho jesteśmy - szepnął krasnolud do czarodzieja.

- Powtórzę to, co wczoraj. Gryź, bo i tak nie mamy nic lepszego do roboty - wyszeptał do krasnoluda. - Ciekawe, czy wyżyje - powiedział już na głos, wpatrując się w staruszka. - Mógłbym go uzdrowić, gdybym miał wolne ręce. Leczenie ran magią nie jest aż takie trudne. Kwestia, czego się czarodziej uczył, leczenia czy zadawania ran – pomarudził, wciąż na głos.

- Nie zdążyłbyś zrobić nawet kroku, a już naszpikowaliby cię strzałami. A nas razem z tobą. Równie gówniana śmierć… - Volker rzucił do krasnala, czując suchość w ustach. Ten przymusowy odwyk wcale mu się nie podobał, a spore zapasy, które kupił na drogę, zostały już z pewnością spożyte przez tę bandę zbirów. Miał nadzieje, że przynajmniej jednego z nich będzie dręczył okrutny ból głowy.

Gwałtownymi ruchami rąk zaczął próbować się uwolnić. W końcu co miał do stracenia…

- Gdyby chcieli nas zabić, to zrobiliby to wczoraj na tym placu - powiedział. - Albo chcą nas zmiękczyć, albo czekają na rozkazy z góry. Może posłali po mojego brata...

- Usraliby się, panie Volker. Ludzie i ich spostrzeżenia - pokiwał głową z dezaprobatą. - Miejmy nadzieję, że pana brat nas wyciągnie. Bo wdepnęliśmy w to poniekąd przez pana.

- Ha! Czyli cela w lochu u księcia i szubienica bardziej by ci odpowiadała? - traper odparł, przyglądając się elfowi z ukosa. - Powiedziałem wam tylko to, co zasłyszałem na mieście i dałem propozycję. Mogliście zostać. Mogliście uciekać w inną stronę, albo chować się po wsiach, licząc na to, że ludzie księcia was nie wytropią, albo jakiś pieprzony dziad z wioski nie zechce dorobić sobie, wydając was władzy. Albo mogliście iść gdziekolwiek byście chcieli. Wokoło dzicz jest rozległa. Na pewno tam byście sobie razem poradzili… Ale wszyscy banici udają się tutaj i zaciagają się u nich. Mojego brata także skazano za to, że sprzeciwiał się władzy i namawiał ludzi do buntu. Nie wiedziałem, co się z nim działo, do czasu aż ujrzałem jego imię na liście gończym… Nigdy nie myślałem, że skończę tak samo… A jest jeszcze gorzej!



13 Jahrdrung 2515 KI, Marktag, wczesny wieczór

“Gościnna Gospoda”

Więźniowie usłyszeli stukot ciężkich butów i skrzypienie schodów. Ktoś się zbliżał. Przez uchylony wizjer zakładników taksowało srogie spojrzenie zbója.

- Tak, to on. Weźcie go do baru.

Volker poznał głos brata.

"Cichy" postawił trapera na nogi, po czym, popychając go, wyprowadził po schodach i powlókł przez sień do sali, z której dolatywał kwaśny odór wina i spoconych ciał, łomot kufli i pięści tłukących o toporne stoły oraz zapierające dech w piersiach strzępy sprośnych piosenek.

Na środku zatłoczonego pomieszczenia stało wolne krzesło. Zgromadzona w spelunce zbójecka gawiedź czekała na przedstawienie, wskazując kuflami na więźnia. Gdyby tylko mógł, zmieszany i dotknięty Volker niewątpiwie umknąłby chyłkiem, lecz nędzne kundle najwidoczniej postanowiły bawić się jego kosztem.

Olbrzym popchnął jeńca na krzesło. Theobald stanął przed swym bratem. Przez krótką, pełną napięcia chwilę mierzył go w milczeniu zamglonym wzrokiem. Złośliwiec mógłby powiedzieć, że pijaństwo u Heidelbergów było rodzinną tradycją. Jednak brat nie pił dla przyjemności. Lękał się, nie wiadomo kogo - czy księcia, przed którym uciekał, czy Lorda Rogacza, dla którego pracował - bardziej niż śmierci. Na trzeźwo nie mógł znieść strachu, pił bez przerwy, niemal nigdy nie trzeźwiejąc.

- Wytłumacz się - rozkazał, nie tracąc czasu na przeklętą gadaninę.

- Bra… - traper urwał. Kiedy po raz pierwszy usłyszał głos brata, niemalże uronił łzę szczęścia. Uczucie głodu i pragnienia nagle osłabło, a nadzieja Volkera powróciła. Ucieszył się nie tylko dlatego, że zostanie ocalony. Możliwość spotkania z Theobaldem po tak długim czasie, również sprawiła, że w pierwszej chwili chciał ująć go w braterskim uścisku. W końcu wciąż był jego małym braciszkiem…

„Jak bardzo się myliłem.” – pomyślał, spoglądając na niego z lękiem w oczach. Teraz stał przed nim obcy człowiek. Nie ten sam, którego zapamiętał podczas ostatniego pożegnania, kiedy to Volker musiał opuścić rodzinne strony. Z jego twarzy zniknął wyraz młodzieńczej pasji życia i nieskrępowanej swobody, a zamiast niego pojawiła się kamienna maska udręczenia i strachu. Jakże podobna do tej, którą na co dzień nosił Volker.

„Diabelska krew” – zadźwięczało mu w głowie. – „Czy tylko jednemu z czwórki Heidelbergów będzie dane ją zwalczyć?”.

- Nie mieliśmy gdzie się podziać… - zaczął, starając się nieudolnie stłumić strach i słabość. – Jakiś czas temu wraz z tymi nieludźmi zaczęliśmy wydobywać złoto. Z tej krasnoludzkiej kopalni, którą ponownie otworzono w Riesenburgu. Ale przez chciwość wpakowaliśmy się w niezłe kłopoty… Żaden z nas nie chciał dzielić się z księciem wydobytym złotem, bo zabierał on zawsze spory procent. Ten elf z gnomem wykombinowali, że najlepiej dać w łapę kilku strażnikom, by przymykali na nas oko – opowiadał, przytaczając historię, którą wspólnie obmyślili przed wyjazdem. – I nawet kilka razy nam się udało. Wynieśliśmy od cholery złota. Sami widzieliście, że nasz sprzęt nie należy do najtańszych. Ale oczywiście musieliśmy się kiedyś potknąć. Z każdą wyprawą strażnicy żądali wyższej zapłaty, aż doszli do tego, że bardziej opłacałoby się oddawać normalną stawkę księciu niż im. Ale ich to nie obchodziło. Zaczęli nas szantażować. Później zaczęliśmy się kłócić. A jeszcze później, kiedy nie doszliśmy do porozumienia, postanowili nas sprzątnąć i zabrać wszystko… Udało nam się obić im mordy i uciec, ale chwile później szukała nas już cała straż… Szybko zabraliśmy co było pod ręką, w nocy znów włożyliśmy do kieszeni strażników bramy większość naszego złota, a za miastem kupiliśmy zapasy na drogę i konie. Później przypomniałem sobie plotkę o tym miejscu. Że tu uciekają wszyscy ścigani przez księcia. Chcieliśmy wam zaoferować swoją pomoc w zamian za schronienie… Po prostu nie mieliśmy innego wyjścia…

Rozległy się szepty. Theobald popatrzył pytającym wzrokiem na karła plątającego się między nogami zbójów. Niziołek odpowiedział spojrzeniem, które wyrażało pozwolenie... Tylko na co? I czemu tak postawny rozbójnik jak brat Volkera przyjmował rozkazy od jakiegoś konusa?

Heidelberg uśmiechnął się, jego oczy zabłysły złowieszczo.

- Jak chcesz być jednym z nas, musisz być tak bezlitosny jak my - wręcz wykrzyczał, rozglądając się po zgromadzonych okrutnikach. - Przyprowadźcie starca!

Dwóch drabów wyszło z baru i wkrótce zjawili się z dziadem, z którym traper spędził ostatnie dwa dni w lochu. Łachmaniarz był tak nieświadomy otoczenia i zanurzony w swym obłędzie, jak wczoraj i przedwczoraj. Starca rzucono na kolana, prosto przed Volkera. Theobald rozwiązał swemu bratu ręce i wręczył jeden ze swych noży, starych narzędzi użytych niezliczoną ilość razy do zadawania śmierci, po czym wycofał się do pozostałych rzezimieszków. Cała sala pogrążyła się w ponurym oczekiwaniu.

Volker spojrzał na otępiałe ciało, które zapewne kiedyś można nazwać człowiekiem. Teraz było jedynie obłąkaną masą, nieświadomą niczego. Pustą. Mogłoby się wydawać, że byłoby znakiem litości, gdyby traper po prostu rozpłatał go na kawałki. Jednak wcale nie chciał tego robić. Nie chciał zabijać i przelewać krwi niewinnych.

Ręce mu drżały. Nie wiedział już czy z powodu głodu i odwodnienia, czy z nerwów. „Zabij albo zostań zabitym” – odwieczne prawo krążyło w jego głowie. Wiedział, że musiał to zrobić. Zaczął przypominać sobie wydarzenia poprzednich dni. Ciasny loch. Głód. Towarzystwo osób, które co raz wypominały mu jego wady. Obrażali go. Uważali za głupca. Zapadł w pamięci jeszcze dalej. Widok szydzących i rzucających w niego kamieniami małolatów, kiedy to w zimny poranek nie mógł podnieść się z rynsztoku. Wspomnienia wściekłości, która doprowadziła do sytuacji, kiedy pierwszy i ostatni raz kogoś zabił. I wspomnienia bestii. Największego wroga, którego kiedykolwiek miał spotkać. Rozpaczliwy i niedokończony wrzask rozpaczy Sylvii.

Ręce zacisnęły się mocniej na nożu. W starcu ujrzał ów bestie. Leżała przed nim bezradna, mógł zemścić się. Zemścić się za wszelkie krzywdy, które mu wyrządziła. Za to, że przez nią znalazł się właśnie w tym miejscu. Oraz za pozostawiony przez nią pomnik, zmorę prześladującą Volkera w snach. Zmorę, którą starał się odpędzić, zatracając się w alkoholu.

Niespodziewanie spojrzenie oderwanego od rzeczywistości szaleńca zbystrzało, był niczym wychudzona ludzka bestia o jastrzębim obliczu. W porę chwycił rękę Volkera i wykręcił ją tak, by broń wysunęła się z dłoni napastnika. Bicie serca później starzec, ku uciesze gawiedzi, siedział triumfalnie na powalonym traperze. Dziad wstał i odszedł, nie podając ręki śmiałkowi. Stanął przy Theobaldzie. Ten powiedział:

- Ty i twoi towarzysze będziecie musieli się dużo nauczyć.

Volker zamrugał kilkukrotnie starając się zrozumieć, co dokładnie się przed chwilą wydarzyło. Jeszcze kilka sekund wcześniej, stał rozwścieczony nad – jak się wydawało – obłąkanym i bezsilnym starcem. Teraz zaś leżał rozłożony na ziemi. Zbyt słaby i zdumiony, by cokolwiek zrobić. Cała wściekłość w nim nagle uleciała, a nowa myśl złośliwie wbiła się w jego głowę. „Naprawdę chciałem zabić niewinnego człowieka?”.

- Lepiej dajcie coś do żarcia zamiast prawić kazania, Theobaldzie - powiedział pseudostaruch żartobliwym głosem. - O medal za zasługi dla obronności kraju już nie proszę, wystarczająco dużo takich błyskotek dostałem od Imperatora.

W końcu podniósł się z ziemi, wpatrując się w niedoszłą ofiarę. Najwyraźniej chciał coś powiedzieć starcowi, jednak wtedy dotarły do niego słowa brata. Ponownie zamrugał.

- Chcesz przez to powiedzieć, że możemy do was dołączyć? – zapytał Volker.

Theobald popatrzył na "szpiega", a ten oświadczył:

- Są czyści.

- Dołączycie, jeśli wykażecie się odwagą - odpowiedział brat Volkera.

- Zrobimy wszystko, co każecie – odpowiedział oszołomiony wydarzeniami traper. - Ale przed tym trochę jadła i coś mocniejszego do picia by się przydało, chyba rozumiecie…

"Nożownik" skinął głową i rozkazał, aby przyprowadzono i uwolniono pozostałych awanturników. Kawały mięsa i kielichy wina po dniach spędzonych w lochu były zaproszeniem do brutalnego świata, gdzie więzy krwi znaczyły niewiele; zwycięski herszt i własne korzyści - to wszystko. Nie zapowiadało się na radosną, beztroską biesiadę - panowało dziwne wzburzenie połączone z niezdrowym zainteresowaniem, a zbójeckie piosenki i trzaski kufli piwa zagłuszały szepty, których nie mógł zrozumieć nikt poza szepczącymi.


 
__________________
Prowadzę:
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 03-06-2015 o 08:20.
Clutterbane jest offline