| Jeremy Smith Kolejny dzień bez Ciebie. - Jeremy, pochylony nad kartką ozdobnego papieru listowego, kreślił starannie słowo za słowem swoim piórem Montblanc. Wiesz, że ciągnę ten balast tylko dlatego, że Ci to obiecałem. Że wytrwam, nie poddam się. Dlaczego musiałaś odejść? Mimowolnie, pisząc to, Jeremy przycisnął mocniej pióro do papieru, niemal go rozrywając. Wspomnienia nadal były zbyt silne. Wzdychając ciężko, Jeremy rozejrzał się. Otaczały go regały pełne rzadkich książek. Do jego nietypowej księgarenki klienci przychodzili rzadko - za to z grubym portfelem. Były tu stare, sprowadzone z Europy woluminy, białe kruki i inne książkowe precjoza. Nawet grube ryby z Dolnego Manhattanu czasem ryzykowały wycieczkę tutaj, do Harlemu, kiedy Barnes&Nobles nie potrafiło spełnić ich oczekiwań. Nawet nie wiesz, jak mi ciebie brakuje. Kiedy przypomnę sobie... Z trudem zmuszał się do stawiania kolejnych liter. Nie mam już siły. - pomyślał. Składając niedokończony list i wsuwając go w kopertę. Ruszył ku drzwiom księgarni, niedbale zarzucając na ramię skórzaną kurtkę. Nikt już dziś nie przyjdzie. Zamknął drzwi na klucz i ruszył swoim ciężkim krokiem w stronę domu. Drogę zagrodziła mu banda murzyńskich dzieciaków. Jeremy zatrzymał się, mierząc ich wzrokiem. Spokojnie odczekał, aż, speszeni, jeden po drugim rozstąpią się, pozwalając mu przejść.
----------
Godzinę później, Jeremy, jak co tydzień, wspiął się po schodach pożarowych na dach kamienicy, w której mieszkał. Przez chwilę przyglądał się Central Park - majaczącemu w oddali prostokątowi ośnieżonych drzew. Wyciągnął czarną zapalniczkę Zippo i podpalił róg przyniesionej tu koperty. Chociaż tyle mogę dla Ciebie zrobić, Ann. Od miesiąca nie był już na jej grobie - nie mógł się przemóc, by tam pójść, co nieustannie budziło w nim poczucie winy. Wybacz mi, Ann. |