Wątek: [autorski] 8dni
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 16-04-2007, 19:36   #1
Nightcrawler
 
Nightcrawler's Avatar
 
Reputacja: 423 Nightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetnyNightcrawler jest po prostu świetny
[autorski] 8dni



8dni

Zacznijmy może od tego, że mam na imię Adam i nienawidzę kobiet... a może po prostu ludzi w ogóle?
Cały ten zmęczony chaos rozpętał się dokładnie osiem dni temu - w piątek 13 – ja wiem to tak pretensjonalne, że aż żałosne, ale cóż zrobić. Całe moje 21 lat było właśnie takie – żałosne.

Moje życie odarto z symbolicznego subiektywizmu i wepchnięto w masową kulturę. Betonowo-szklana trumna biura wyzuła mnie z kreatywnej indywidualności, za treść istnienia próbując sprzedać mi pęd za Mamoną – złotym cielcem aktualnego społeczeństwa. Po prostu absurd – absurd i groza w myśl Camus'a. Jedyne co pozostaje to bunt – ale to tylko niemy bunt żebraka. Nie ma ucieczki, by żyć musimy zagłębić się w to bagno miesięcznego rozrachunku istnienia...
To śmieszne, jak nagła utrata tej uporządkowanej stagnacji zamiast uwolnić mnie z błędnego koła egoistycznego kapitalizmu strąciła mnie na samo dno depresji.

Jednak, by zrozumieć to wszystko co stało się po owym piątku, muszę wrócić myślą do momentu, gdy dwa lata temu spotkałem Ewę. Miałem 19 lat i byłem głupim szczylem przekonanym o swej skrajnej nieprzydatności dla społeczeństwa, niezrozumieniu i bezkresnym, osamotnionym cierpieniu. Myślałem nawet o samobójstwie – kretyn, nie wiedziałem nawet co to prawdziwe kłopoty. Wciąż chyba nie wiem, bo życie każdego dnia przynosi nowe rozczarowania i coraz to większe problemy. Teraz przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę, ale czy czyni to ze mnie mężczyznę ? Teraz mam więcej szacunku dla życia i wyobraźni, by już nie próbować sie zabić. A może teraz po prostu jestem jeszcze większym tchórzem? Nie ważne...

Ewa miała być remedium na grozę życia. Punktem zaczepienie w wielkim morzu nicości. Światełkiem na końcu tunelu. Była chorobą trawiącą moją duszę po kawałeczku, aż do zupełnego rozpadu. Kazała mi być bezpieczną, pewną przystanią dla stateczku targanego wiatrem hulaszczego niezdecydowania. Dobrze jej było mieć misia do tulenia, którego można było wrzucić do szafy, gdy miało się chandrę lub chciało się zabalować ze znajomymi lub nieznajomymi. Dała mi koszmar, który zaczynałem brać za prawdziwe życie. Uwierzyłem, że moje marzenia i mój romantyzm to nieżyciowe bzdury - przecież miłości do garnka nie włożę. Zresztą przecież nie mógłbym jej - „księżniczki”- trzymać w kartonie pod mostem. Oczywiście, że bym nie mógł; chciałem tylko żyć w miłości na dobre i na złe. Ale jakie to miało znaczenie?
Cholera, to zaczyna brzmieć jak scenariusz jakiegoś romansidła kategorii B; może więc wreszcie przejdę do szczegółów.

Trzynastego wstałem o 10 rano nie niepokojony przez żaden natrętny dźwięk, bo i po cóż nastawiać budzik skoro straciłem pracę tydzień wcześniej, miałem wolny od studiów weekend, a moje serce spoczywało roztrzaskane wraz z resztkami kanapki z dżemem gdzieś pod moim łóżkiem.
Ogólnie rzecz biorąc zrobiłem ze swojego klaustrofobicznie przytulnego mieszkanka istny chlew, ale muszę przyznać, że było mi tak, cholera, wygodnie. Od środy zresztą się też nie goliłem i nie odsłaniałem zasłon. Całe mieszkanie tonęło w zimnym mroku, a ja otulałem się tą ciemnością. Czasem mrok jest przytulny i taki bezpieczny...

Słyszałem, że Kudłaty wrócił do domu. Nie miałem jednak odwagi się z nim zobaczyć, więc udałem sie na spotkanie z aktualnie moim najlepszym przyjacielem – prysznicem. Ciepłe strugi wody spływały po moim skostniałym ciele, relaksując je w niewyjaśniony sposób. Nie myłem się właściwie. Z czołem opartym o wyflizowaną ścianę pozwalałem po prostu płynąć wodzie.

Opuściwszy z żalem swego przyjaciela udałem się do kuchni z mocnym postanowieniem zrobienia sobie śniadania. Odsłoniłem nawet okno, by widzieć czym tym razem smaruje chleb – jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Wyciągałem z lodówki krem czekoladowy i odkręciwszy słoik usiadłem na krześle. Plastikowa zakrętka spoczęła martwo na stole tak, jak mój wzrok na ścianie. Ciało było w kuchni, myśli jednak i duch uleciały ku otchłani milczącego wszechświata...

Z odrętwienie wyrwało mnie pukanie do drzwi, chociaż właściwie to nawet go nie słyszałem. Zauważyłem Kudłatego dopiero, kiedy wszedł i oparł się o framugę....
 
__________________
Sanguinius, clad me in rightful mind,
strengthen me against the desires of flesh.
By the Blood am I made... By the Blood am I armoured...
By the Blood... I will endure.

Ostatnio edytowane przez Nightcrawler : 21-08-2007 o 16:36.
Nightcrawler jest offline