| Reinfrid de Remacourt Reinfrid wyszczerzył zęby w wilczym uśmiechu, słysząc ostatnie słowa Boemunda: - O tak, wrócimy, a wtedy jeno kamień i popiół… - Spojrzał na przepiękne miasto lśniące w potokach słonecznego blasku. – Jeno kamień i popiół! Konstantynopol. Za ledwie 107 lat inni krzyżowcy zdobędą go, zadając kolejny cios Cesarstwu. Ale tymczasem: - Boemundzie, moi ludzie są niemal gotowi do drogi. Możemy o świcie wyruszać. Furażu nam nie brak, niczego nam nie brak, poza dobrą bitwą, w której moglibyśmy pokazać tym rzezańcom jak się Maurów bije. Więc prowadź. Paniczykowie z Flandrii, Lotaryngii czy Prowansji niech przy ukłądaniu kupletów i rycerskich kancon zostaną. To im lepiej wychodzi niźli w klinie rycerstwa pognać na wroga. Nieprawdaż? Prawię ci cny Boemundzie ruszajmy i uraczmy nasze miecze krwią wrogów! Jakimi siłami dysponujesz? Ilu konnych? Jest tobą Emerick? Potężny Athelard ze swymi łupieżcami? Przybył Roulf Chromy, co pod Dyrrachium cudów dokonał, gromiąc z siodła doborowych excubita i hufce Manichejczyków? |