| Wśród tłumu nastał spokój. Wszyscy oderwali się od zajęć. Jakiś kozak odstąpił z szablą od brata szlachcica, bo widać zwada między nimi kroić się musiała. Ale i inni towarzysze tez się poruszyli, widać jakaś iskra zabłysła w ich oczach. Powoli zaczeli się zbliżać, na twarzach wielu zajaśniał uśmiech, lecz nie brakowało okrzyków wrogości. Wnet z tłumu wystąpił pewien jegomość otoczony małą świtą, lekkim zwinnym krokiem postępując począł zbliżać się do Panów Braci. Średniej postury był to człowiek zgolony wysoko na kozacką modłę, w żupanie, wąs miał długi zakręcony, twarz miał owalną, pyzowatą rzec można, nos kruczy, oczy i włosy czarne jak noc. Idąc bawił się szablą kiwając nią to w prawo, to w lewo. Zaśmiał się głośno, rękę uniósł w górę, część gwaru ustało widać, że jako taki posłuch ma ze dwadzieścia może trzydzieści szabel. Spojrzał po zgromadzonych i tak zaczął prawić: Ileż to nam kazano czekać, ileż obietnic składano, że nam niby wodza ześlą, tędy ja widzę tu przed oczami, że to lichy pachołek do nas przemawia, i towarzysz jego, co to się toczyć powinien, a nie chodzić.
Ileż razy to żem ja powtarzał, że iść nam już trzeba w drogę, ileż próśb do was kierował, czekać żeście chcieli, na duży zaciąg jeszcze w duchu liczyliście.
Nici z czekania powiadam Bracia! Nic, tylko czas stracony!
Sokół Polny nam był obiecany, a zwykła przepiórka przed nami stanęła!
Tu przerwał, szabli dobył i kierując ja w Pana Mariusza tak rzekł: Patrzaj jegomość ja ku Tobie szpon mój wyciągam, ja Sokołem Polnym jestem!
Ja też szable czarną przy boku dźwigam, jak tu wszyscy Tobie równym jestem, za mną Panowie chodźcie, ja wam drogę wskaże, ja was na Turkach ugoszczę!
Tylko najpierw te przepiórkę na wiór posiekam, a tego indora na ruszt wrzucę!
Tu wskazał na Władimira, klepiąc się po brzuchu. Tłum oszalał, różne głosy się z niego niosły, stopujące, albo do boju nawołujące, stado obległo was do koła a pomiędzy Panami Braćmi, a owym jegomościem jedynie płomień ogniska stał żarliwy, wszystkie oczy wpatrzone w Pana Mariusza czekały Veta, ciekawość pożerała całe otoczenie. Szpon wroga wciąż wyciągnięty w waszą stronę wisiał w bezruchu gotów do szarpania. Miej baczenie Panie Mariuszu, że jeśli przed wojskiem posłuch chcesz zdobyć to okazyji lepszej mieć nie mogłeś, bo sama na drogę Ci wyszła, jeno teraz od Ciebie zależy, co uczynisz, jak sprawę rozwiążesz, zważaj jednak że źle by to w oczach tłumu było gdybyś samopałem bydlaka przewiercił.
__________________ W ferworze walki, na polu bitwy jakim jest życie obronną ręką wychodzą tylko Ci, których serca nie potrafią klęknąć przed nieprawością. |