Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 17-01-2016, 15:21   #1
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 21008 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
SPŁYW [horror 18+]

PROLOG

Bart Calgary był doświadczonym przewodnikiem wycieczek i organizatorem spływów w górnej części rzeki Colorado. Ten były żołnierz sił specjalnych, doświadczony weteran i doskonały instruktor nie miał sobie równych w Górach Skalistych a jego sława sięgała dużo, dużo dalej. Przy tym Bart był niesamowicie przyjacielski, serdeczny – jednym słowem, bratania dusza.

Kiedy więc przyszły wieści, że kajak Barta znaleziono w okolicach Raccon Falls bez właściciela, a żadne poszukiwania Calgarye’go nie przyniosły żadnych rezultatów, środowisko kajakarzy, paralotniarzy, survivalowców, grotołazów i amatorów górskich wspinaczek zaangażowało się w poszukiwania zaginionego mężczyzny. Służby mundurowe, ekipy specjalistów i rzesze zorganizowanych w grupy amatorów przeczesały wszelkie prawdopodobne i nieprawdopodobne szlaki, które mógł wybrać Bart. Szukano tydzień, dwa, miesiąc ale potem stracono nadzieję i zaprzestano poszukiwań.

Nadeszła zima, potem wiosna i lato a wraz z nim kolejny sezon, tym razem bez Barta i tej jego dobrodusznej, serdecznej osobowości. Życie jednak toczyło się dalej, podobnie jak spienione wody rzek, którymi spławiali się poszukujący mocnych wrażeń kajakarze, pontoniarze, miłośnicy ekstremalnych wrażeń.

Zorganizowane grupy ruszały na górskie rzeki na mniej lub bardziej niebezpieczne odcinki. Przewodnicy i opiekunowie kasowali wysokie stawki za swoje usługi, a w Góry Skaliste przybywali zarówno amatorzy, jak i zawodowcy. Nikt jednak nie odważył się zapuścić w okolice Raccon Falls.

Zagadka zaginięcia Barta Calgaryego była bliżej wyjaśnienia, niż kiedykolwiek komuś się wydawało, kiedy grupa kajakarzy ekstremalnych pod przewodnictwem Johna Wellexa, doświadczonego specjalisty, wybierała się pokonać siedmiodniowy szlak rzeczny w Górach Skalistych zwany Szlakiem Potrzaskanych Łodzi lub bardziej dosadnie Szlakiem Pojebańców.

Spływ zaczynał się 20 lipca i trwał do 27 lipca, kiedy żądni mocnych wrażeń ludzie docierali do miasta docelowego Idaho Falls.

Wycieczka nie była tania, ale też ludzie którzy się na nią wybierali, wiedzieli że wysoki koszt to doskonałej jakości usługa. A w tym przypadku najlepszym, co mogli dostać, miała być adrenalina, zmęczenie i tydzień zmagań się z dziką przyrodą i swoim własnym charakterem… Potrzebowali silnych doznań, lecz nawet w najgorszych koszmarach nie mogli przypuszczać co szykuje im okrutny los i jak trudną i krwawą walkę o przeżycie przyjdzie im stoczyć…

* * *


Huk narastał, przecinał powietrze, rozdzierał ciszę nad górami i lasem. John Wellex zmrużył oczy osłaniając je ręką przed słońcem.

- Twoi klienci? – zapytała Maria Evengreen, opiekunka paralotniarzy. – Kto tym razem się trafił? Pewnie sami bogacze, co, cwaniaku?

- Biedni nie są, to fakt – odpowiedział John obserwując zbliżającą się sylwetkę śmigłowca wojskowego przerobionego na transporter dla turystów.

Tydzień spływu kosztował ich równo po dziewięć tysięcy dolarów od łebka. W zamian – tyle wrażeń, ile dusza zapragnie.

- Gdzie ich bierzesz, Mount?

- Płacili za Szlak Pojebańców – Wellex musiał już przekrzykiwać ryk rotorów odbity echem nad doliną. Śmigłowiec podchodził do lądowania – brawurowo i sprawnie, znak że za sterami siedział Bob „Crazy” Cracker – szalony geniusz zwolniony z armii USA za „niesubordynację i problemy z dyscypliną”.

- Czyli uważają się za twardzieli – zaśmiała się Maria.

- Pewnie większość to tylko aroganckie dupki ze szmalem – John spojrzał na paralotni arkę. – Dostaną w pizdę tak, że zapamiętają do końca życia.

- Słownictwo, Wellex – skrzywiła się Evengreen.

- W łóżku nie narzekasz, jak używam takich słów.

Odpowiedź kobiety zagłuszył śmigłowiec, który osiadł na lądowisku.

* * *

Turystów była dziewiątka. Siedmiu facetów i dwie laski. Wszyscy wyglądali na wysportowanych. No prawie wszyscy. I twardych. Prawie każdy.

John powitał ich zaraz po wylądowaniu, ledwie zdążyli opuścić pokład.

- Cześć – powiedział po prostu. – Jestem John Wellex, ale ludzie wołają na mnie Mount. Też możecie tak wołać. Jesteśmy w Echo Base. To początek naszego spływu. Dzisiaj zajmiemy się przygotowaniami sprzętu – musicie się z nim zaprzyjaźnić. Korzystamy z dwuosobowych kajaków górskich. To doskonały sprzęt w swojej klasie. Wytrzyma najgorsze rzeki. Lekkie, zwrotne, a przy tym zajebiście stabilne. Dadzą radę spłynąć Szlakiem Połamanych Wioseł. O ile nie popełnicie błędu. Bo Kolorado nie wybacza błędów.

Wskazał im ręką, by szli za nim. W stronę eleganckiego ośrodka tuż przy brzegach jeziora.

Idąc, Mount mówił dalej.

- Kiedy zaczniemy spływ nikt nie ściąga ani kamizelki, ani kasku ochronnego. Nigdy. Pod żadnym pozorem. To zasada numer jeden. Zasada numer dwa, żadnej rywalizacji, kiedy nie powiem, ze można. Chcę by dwójki w kajakach stanowiły zgrane pary. Zasada numer trzy, słuchacie się mnie i tylko mnie. Nim wyruszycie, podpiszecie oświadczenia o tym, ze znacie ryzyko, ze macie wykupione odpowiednie polisy i że akceptujecie regulamin i zobowiązujecie się go przestrzegać. Jasne?

Minęli linię drzew i zobaczyli piękne, górskie jezioro rozciągające się aż po linię postrzępionych skał.

- Dzisiaj po pracy zjemy solidną kolację przy ognisku, napijemy się czegoś mocniejszego, ale uważajcie z ilością wypitego alkoholu, poznamy bliżej, a jutro na szlak. W obozie są paralotniarze i wspinaczkowy, więc można się zintegrować także z nimi. Niektóre panienki naprawdę lubią szczyty – mrugnął porozumiewawczo w stronę mężczyzn.

W końcu zatrzymał się pod jednym z domostw.

- Dobra. Wybierzcie sobie pokoje, to dwójki, jak w łodziach. O trzeciej, czyli za godzinę, spotykamy się tam – wskazał dłonią przystań. – Czeka na nas praca i pakowanie kajaków. Tak do szóstej. Potem kolacja i impreza. Jeszcze tylko formalności.

Wręczył każdemu po teczce z dokumentami do wypełnienia – oświadczeniami, regulaminem i innymi proceduralnymi bzdurami, o których wspomniał na samym początku.

- Wstajemy o piątej rano – przypomniał. – Ruszamy na wodę o siódmej.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 17-01-2016 o 21:20.
Armiel jest offline