Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 18-01-2016, 12:05   #3
Kenshi
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11419 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
Mega się cieszył na ten spływ - tydzień ekstremalnych wrażeń dostarczonych przez naturę to było to, na co czekał od dawna. Inni pewnie wykorzystaliby urlop na siedzenie z piwem przed telewizorem i byczenie się całymi dniami, ale nie on. Lubił aktywne życie oraz nowe wyzwania i zawsze czekał, aż będzie mógł się wyrwać na kolejny kemp, który stale uczył go czegoś nowego. Liczył, że tak będzie i tym razem. Nim do miejsca docelowego zabrał ich śmigłowiec, przedstawił się krótko towarzyszom siedmiodniowej (nie)doli, witając z nimi uściskiem dłoni. Ojciec w zamierzchłych czasach wielokrotnie powtarzał, że po tym, jak ktoś podaje ci grabę możesz poznać, jaki ma charakter. Zdecydowanie coś w tym było. Ekipa wyglądała zróżnicowanie, a Connor zastanawiał się, jak poradzą sobie z wyprawą dwie kobiety, które się z nimi zabrały.

Nietrudno było dostrzec, żę Mayfield posiadał powierzchowność typa z ciemnej alejki - ostrzyżony niemal przy skórze, wysoki, szczupły i z charakterystyczną, surową gębą. Sam nigdy jednak nie oceniał ludzi po wyglądzie i zawsze wychodził z założenia, że mężczyzna nie musi być ładny, po prostu ma mieć w sobie to "coś". I najwidoczniej Connor miał to w sobie, skoro Shelby się z nim związała i trwała przy nim, pomimo jego napiętego trybu życia. Miał przy sobie spory, nieprzemakalny plecak wojskowy, w który zapakował, co się dało, a reszta sprzętu dyndała na parakordzie przyczepionym tu i ówdzie do pasów i klamer Wisporta. W podróż do ośrodka założył krótkie spodenki-bojówki w kolorze khaki oraz charakterystyczny, obcisły t-shirt, który zdradzał, iż prowadzi zdrowy i aktywny tryb życia. Bicepsy i tricepsy były dobrze zarysowane nawet bez napinania, tak samo, jak i klatka piersiowa. Ubioru dopełniały solidne, wysokie buty, które niejedno już przeszły i mężczyzna mógł na nich polegać.

Gdy w końcu wylądowali, przywitał ich niejaki John Wellex, na którego mieli mówić Mount. Gość był pewny siebie i wyglądał na profesjonalistę, co cieszyło Connora, w końcu nie po to wydał tyle kasy, by zdobywać Szlak Pojebańców z amatorem w roli przewodnika. Facet przedstawił garść zasad, których trzeba było przestrzegać, a Mayfield oprócz słuchania podziwiał też krajobrazy - jezioro i drewniano-murowany ośrodek zrobiły na nim świetne wrażenie. W ogóle cała okolica prezentowała się fantastycznie. Ciepły, delikatny wiatr, świeże powietrze, szum drzew i krystalicznie czysta woda - już same widoki ładowały baterie, a to był dopiero początek. W końcu odebrał od Mounta teczkę z dokumentami do wypełnienia, po czym ruszył do domku i wybrał pierwszy pokój z brzegu; nie miało to dla niego większego znaczenia, choć musiał przyznać, że pomieszczenie prezentowało się całkiem przyjemnie.


- Jakby ktoś potrzebował, drugie łóżko jest do dyspozycji. - Uśmiechnął się lekko do nowych znajomych, po czym wszedł do pokoju. Drzwi zostawił otwarte, by towarzysze wiedzieli, że mogą się u niego zatrzymać. Ich wybór.
Nie zamierzał na siłę szukać kogoś do pary, gdyż wiedział, że i tak wszystko wyjdzie w praniu, a jeśli nie sparuje się z nikim na poziomie pokoju, to z pewnością jutro przed wyruszeniem na szlak.
Zrzucił plecak z grzbietu i oparł go o szafkę nocną, zajmując łóżko pod oknem. Usiadł na dość miękkim materacu, opierając się plecami o wezgłowie, a następnie wyciągnął smartfona i zadzwonił do Shelby, informując ukochaną, że dotarł na miejsce i wszystko jest okay. Zasięg był słaby, ale udało im się pogadać niecały kwadrans, a gdy tylko dziewczyna się rozłączyła, zabrał się za wypełnianie papierów otrzymanych od Mounta. Na szczęście ktoś mądry dorzucił do teczki długopis, bo inaczej musiałby latać po całym ośrodku i się dopytywać o coś do pisania.


Przed trzecią ktoś po nich przyszedł i zostali zaprowadzeni na przystań, gdzie przechowywano kajaki. Był tam i John Wellex, który najpierw wytłumaczył im, jakim sprzętem przyjdzie im pokonywać wyznaczony szlak, a następnie zabrali się za jego przegląd, testowanie i pakowanie. Całość wyglądała naprawdę solidnie i widać było, że kajaki są wysokiej jakości. Ta praca to była w zasadzie przyjemność dla Connora, w końcu jeśli robisz coś, co lubisz, to tak naprawdę nie pracujesz. No i po raz kolejny przekonywał się, że kasa została dobrze wydana - co prawda wcześniej bywał już na podobnych spływach (tyle, że dużo tańszych!), ale czuł w kościach, że ten będzie wyjątkowy. Kończył robotę z gościem o nazwisku Barker, z którym naprawdę spoko mu się współpracowało.
- Wyglądasz na kumatego w tych sprawach, a jak jeszcze nie masz pary do kajaka, to możemy pływać razem - powiedział, przyglądając mu się i czekając na reakcję. - Przynajmniej szukanie drugiego do spływu będziemy mieć z głowy.

I chociaż w ekipie były dwie dziewczyny, to wolał pływać z facetem, gdyż wiedział, że Shelby by się to nie spodobało. Zresztą, jemu też by się nie spodobało, gdyby ona na podobnym obozie była w parze z jakimś obcym facetem. Pewnych rzeczy się po prostu nie robiło, nawet jeśli miało to być jedynie na stopie koleżeńskiej. Niejeden związek padał od takich "nic nie znaczących" głupot i przypadkowych znajomości. O szóstej zaczęło się ognisko i podawano kolację, co Mayfield przyjął z zadowoleniem, gdyż od lekkiego lunchu o pierwszej nic nie jadł. Mógł sobie pozwolić na wyższą kaloryczność przed pójściem do łóżka, gdyż wiedział, że przez kolejne dni wszystko odpowiednio "spali", mimo to z dostępnego jedzenia postanowił poskładać w miarę naturalny posiłek i wyszło mu chyba całkiem nieźle.


Było smacznie, kalorycznie i zdrowo. Zajadając się dziczyzną, mógł nieco bardziej przyjrzeć się kompanom, choć daleki był od wyciągania jakichkolwiek wniosków. Nie znali się, ale wiedział, że ta wyprawa pokaże, kto jest kim, w końcu było takie powiedzenie "chcesz poznać człowieka, to zabierz go w góry". Natura i pewne sytuacje odsłaniały wszystkie karty, jeśli chodziło o ludzką psychikę, doskonale to wiedział jako strażak. Czas mijał szybko i nim się obejrzeli, nadszedł czas imprezy integracyjnej. Connor miał jednak inne plany na ten wieczór, zatem gdy tylko dochodziła dziewiąta, zaanonsował.

- Dla mnie dzień się właśnie skończył. Bawcie się dobrze i nie przesadźcie z alkoholem. Do jutra! - rzucił wesoło, unosząc butelkę z wodą mineralną, którą zgarnął ze stołu.
Może i miał wygląd chama, ale chamem nie był, zatem pożegnał się z towarzyszami i ruszył do swojej kwatery.
Wcześniej zlokalizował łazienkę na korytarzu, wziął szybki prysznic i położył się przed dziesiątą. Nigdy nie był typem imprezowicza, a zdrowy tryb życia, który prowadził, zobowiązywał do czegoś. Poza tym z rana trzeba wcześnie wstać, a on chciał być wypoczęty i w formie. Nastawił zegarek na czwartą trzydzieści, a na słuchawki wrzucił jakąś muzykę relaksacyjną ze smartfona i schował go pod poduszkę. To tak na wypadek, gdyby trafił mu się chrapiący współlokator. Zgasił lampkę i ułożył się wygodnie. To był intensywny dzień, jednak dopiero nazajutrz miała zacząć się prawdziwa przygoda.
 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline