Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 20-01-2016, 23:25   #8
Proxy
 
Reputacja: 7572 Proxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputację
Plecak spakowany zgodnie z listą. Firma musząca się pogodzić z tygodniową nieobecnością, załatwiona. Towarzysze gotowi. Nadszedł czas na rozstanie się z cywilizacją, i rozpoczęcie kolejnego urlopu. Urlopy natomiast były wyjazdowe. Tyłek mógł się wybiegać, wypływać, wyspinać a ostatnio nawet wyhuśtać na linie między wielkimi klifami. Bungee i skoki spadochronowe były jeszcze zbyt brawurowe, choć wielce kusiły by dopisać je do listy osiągnięć. Poczucie ostrożności wykluczało atrakcje z obecnością wszystkich trzech czynników: Połączenie dużej prędkości, dużej wysokości i awaryjne środki bezpieczeństwa, były barierą, przez którą trzeba było spokojnie się przeprawić - osiągnięcie tego było zbyt dużą pokusą. Nawet nie tyle, że "pokusą" a elementem samorealizacji. Bo, co to za życie, gdy na starość nie można było powiedzieć, że "spróbowało się wszystkiego"? Żyć, by zaznać jedynie skrawka tego, co można było zrobić. Bez sensu. Arisa właśnie taka była, a Bruce był w tym dla niej świetnym kompanem.

Wszystko się zaczęło z jakieś półtora roku temu. Górska urlopowa wyprawa, w której jakaś niemota zgubiła swoją grupę już pierwszego dnia i na doczepkę dołączyła do innej. Niemota okazała się całkiem sympatycznym gościem pełnym energii, a jego zagubienie "chwilową i bardzo niefortunną komplikacją". Po dniu przygód tak zostało i koniec końców osobnik nie wrócił tam, gdzie miał przydział. Umiał zaczepić a Arisa potrzebowała takiego "zaczepienia" i impulsu inicjatywy z zewnątrz. Zaowocowało to kolejnymi wyprawami, by po połowie roku wyszło z tego coś więcej. Jak Brucowi udało się to, przy czym jego poprzednicy wywieszali białą flagę? Rozumiał Arisę w całości. Od początku do końca wiedział, jak się z nią obchodzić, wiedział jaka jest, czego potrzebuje. Nie musiała mu nawet o niczym mówić, gość po prostu przeskoczył ten etap zapoznawszy i przeszedł do umiejętnego zastosowania. Od samego początku. W czym tkwił jego sekret? Na jego poznanie trzeba było poczekać kolejne pół roku. Gdy zamieszkali razem, Arisa przelotnie zapoznała siostrę Bruca - Angelique. Nie musiała się nawet wysilać, bo to samo aż krzyczało. Obie były bardzo podobnymi osobami a ich charaktery były identyczne. Nic dziwnego, że Brucowi nie trzeba było nic mówić, wiedział wszystko, był bardzo blisko ze swoją siostrą. Gość miał jedną instrukcje do obsługi dwóch osób. Było to, co prawda dziwne "oszukaństwo", ale czy rzecz z której płyną same korzyści może być problemem? Bynajmniej dla Arisy. Interesowały się konkretami i o konkretach rozmawiały. Obie miały zacięcie techniczno-logiczne, sporo oleju w głowie i początkowego dystansu do ludzi. Stały za tym nieco inne pobudki, jednak zasada działania pozostawała niezmienna. Bardziej od ludzi interesowały je inne istoty żywe, w przypadku Arisy były to te, które znacznie lepiej działały po podłączeniu do prądu. Wtedy właśnie ożywały, a człowiek razem z nimi.

* * *

W helikopterze pomysł wyjazdu na kajaki, zaproponowany przez Angelique na jednym z niewielu wspólnych trzyosobowych spotkań w kawiarni, podciągnięty do poziomu "wyzwania Szlaku Połamanych Łodzi" przez Arisę, w końcu mógł zostać oznaczony tagiem "in progress". Miejsce, które dziewczyna zajmowała wypadło najgłębiej i nieco niefortunnie, co do rozstawienia okien. Musiałaby prawie wejść na siedzącego obok Bruca, by obserwować widoki z góry. Nie był to dla niej problem, gdyż perspektywa prezentowała znaczną część kokpitu pilota i tam miała wbity wzrok, a było na co patrzeć. Pilot był kozakiem, a sposób w jaki to robił, sprawiał mu szaloną frajdę. Niemal taką samą, jaką Arisa miała z samej maszyny i jej pracujących instrumentów. Przelot był dla niej niemal 5 minutowy.

Mount był konkretnym gościem. Pewny i surowy jak natura górska. Gdy określił rodzaj kajaków, Arisa przeskoczyła na analizowanie. Obecnych było 9 osób, kajaki 2 osobowe. Ktoś będzie musiał płynąć z nim. Przewidywana ocena takiego doświadczenia nie wypadała dla niej zachęcająco... Za takim kozakiem trzeba byłoby nadążać. Wojskowe poganianie i musztra, jej zdaniem psuła cały efekt i satysfakcję z pokonywania wyzwań. Bo jak tu się cieszyć, gdy za plecami wwierca się "szybciej, szybciej żółtodziobie!"? Na szczęście był Bruce, dzięki któremu nie musiała się tym przejmować. Na chwilę na niego spojrzała. W jego przypadku ocena wspólnego spływu była jednym z powodów, dla których się na niego zdecydowała.

Miejsce, które do następnego tygodnia było ich ostatnią ostoją cywilizacji, wraz z umiejscowieniem i widokiem, prezentowało się fantastycznie. Natura przy Arisie miała to do siebie, ze zwracała uwagę dopiero, gdy na horyzoncie nie było widać żadnego postępu ludzkości. Kompleks wybudowany gdzież z 30 lat temu, wyremontowany nie dalej niż 10 lat temu, miał to "coś" i wpasowywał się w otoczenie. Wzajemny rozjazd pokazywanego czasu na zegarkach w pootwieranych pokojach wynosił jakieś 10 minut. Pościel musiała być porządnie wyprana co najwyżej dwa dni temu a zaścielona dzisiejszego ranka. Teczka z dokumentami zawierała parę kartek z niejednolitym użyciem znaków cudzysłowu a zamiast znaku pauzy w jednym miejscu widniał myślnik. Poza tym, wszystko się zgadzało a podpisywane dokumenty i zawierały żadnych "haczyków", o których wcześniej nie informowano.

- Gotowa na przygodę życia? - zapytał Bruce, nachylając się nad jej ramieniem, kiedy przeglądała dokumenty. Na jego twarzy jawił się szeroki uśmiech. Arisa dobrze znała tę kwestię i minę, która jej towarzyszyła. Bruce powtarzał te słowa za każdym razem, kiedy gdzież wyjeżdżali czy robili coś, co wybiegało poza standardy życia przeciętnego mieszkańca USA. Był to jego dziwny nawyk, jakby wydawało się mu, że nie może przeżyć nic ekscytującego bez powielenia go.

- Teraz już "oficjalnie" - odpowiedziała zadowolona sama z siebie, pozostawiając swój podpis na dokumentach. Następnie uniosła głowę i spojrzała na niego z podobnie szerokim uśmiechem - Tydzień na wygnajewie, aż się za tym stęskniłam.

- A ja nie? Wiesz przecież jak mnie nosi, kiedy przez dłuższy czas jedynym miejscem, które zwiedzam, jest kampus uniwersytecki. Mam nadzieje, że po tym wyjeździe zostaną tobie jeszcze jakieś siły, bo chcę wykorzystać w całości wolność jaką mi dano - odparł.

- Jak nie wymiękniesz, to damy radę. Najwyżej będziemy się reanimowali kawą - odpowiedziała mrużąc oczy i lekko opierając o niego głowę. - Podpisz to pójdziemy zrobić rundkę po okolicy - podsumowała zamykając teczkę.

Nie zagłębiając się w treść dokumentu, Bruce nabazgrał szybko podpis w wyznaczonym miejscu.
- Wziąć taśmę? Tu nie będzie ciężko o znalezienie miejsca by ją rozwiesić i sobie poskakać. - Arisa wiedziała oczywiście, że przez "taśmę" Bruce ma na myśli slackline, którego brał ze sobą na każdy wyjazd.

- Na teraz, raczej nie. Na wieczór. Mount mówił wieczornym ognisku. Wyobrażasz sobie wspinaczkowców i spadochroniarzy na niej? Oszaleją, jeśli swojej nie mają własnej - przyznała kiwając głową.

Plecaki wylądowały w jednym miejscu a para udała się na zwiedzanie okolicy.

* * *

Na dopasowywanie sprzętu Arisa zabrała ze sobą uchwyt do GoPro. Misja znalezienia odpowiedniego kasku, by dwa elementy dogadywały się, zakończyła się zaskakująco szybko. Uchwyt pasował na wszystkie modele. Było to miłym zaskoczeniem.
Sprzęt był doprawdy świetny. Stabilne polietylenowe dwuosobówki z chowanym skegiem. Konkretne podkładki z motylkami na kolana. Zaje*iste kamizelki ratunkowe, klamry, uchwyty, odblaski, funkcjonalne bajery. Materiał i precyzja wykonania wszystkich elementów. Koszt wyprawy nie szedł na byle gówna. Płacone były konkretne pieniądze, że konkretny sprzęt. Nie w kij dmuchał. Jak wcześniej można było przyuważyć jakieś tyci-tyci-szczególiki, to tym razem Arisa jedynie mogła rozłożyć ręce. Mount był bardziej doświadczony niż wyglądał i jakiego zgrywał...

* * *

Na imprezie szalejący po wszystkim Bruce bawił się jak mu dusza zagrała. Arisa wiedziała gdzie jest, to wystarczyło. Nie musiała kleić się do jego ramienia, nie musiała za nim biegać, ani go pilnować. Nie miała się czym przejmować. Jedyną instrukcję, którą chłopak dostał to poinformowanie jej, gdyby chciał się po ciemnicy gdzieś oddalić. Sama miała czas na rozmowę i spokojne sączenie piwa, gdzieś w przejściu między stolikami. Na stojąco, opierając się o blat, niby na luźno, niby na odwal się, niby nie, ot z przyzwyczajenia. Mimo utrzymywania dystansu z rozmówcami i spokojnego obycia, tak odmiennego od obycia Bruca, dało się z nią pogadać. Po co się wzbraniać, skoro taki był cel obecności w tym miejscu? Nie mniej, trzeba było troszkę od niej wyciągać i poprowadzić rozmowę, ale zainteresowanemu Mikołajowi udało się odkryć parę kart jej osoby. Była Japonką, skończyła MIT, pracowała w Quality Assurance, miała na koncie parę podróżniczych osiągnięć, sportów. Wychodziło na to, że Szlak Połamanych Łodzi był jej drugim trofeum w bardziej ekstremalnych sportach. Podzielenie się takimi informacjami nijak nie zmieniało utrzymywanego przez Arisę dystansu. Niestety nie pomógł nawet zadbany przystrzyżony zarost oraz, jakże rzadkie w tamtych czasach, wyszukane spinki do mankietów, które musiały kosztować fortunę.

Dziewczyna nie optowała zbytnio nad zarywaniem nocy, ale nie wzbraniała się przed tym by wrócili gdy Bruce się wyszaleje. Inicjatywa była jak zwykle po jego stronie.
 

Ostatnio edytowane przez Proxy : 22-01-2016 o 20:59.
Proxy jest offline