Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-03-2016, 13:18   #3
Agape
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1764 Agape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłośćAgape ma wspaniałą przyszłość
Wrota na które czekał, które ostatecznie nie okazały się sennym widziadłem, co musiał przyznać stawiało Nnuna w nieco lepszym świetle, wreszcie się pojawiły, ale Vixen nie zwrócił na nie najmniejszej uwagi, jedyne co w tej chwili widział to gigantyczny złoty smok. Przez jakieś trzy sekundy gapił się na niego bezmyślnie, a potem jego mięśnie zareagowały przejmując inicjatywę do czasu aż mózg otrząśnie się i znowu zacznie pracować. Vixen zerwał się ze skały i zaczął biec, biec w przeciwnym kierunku do wrót, zresztą nie tylko on. Co najmniej połowa nieszczęśników, których uznano za zbędnych i wysłano na tę niedorzeczną misję również robiła co w ich mocy żeby ujść z życiem. Tylko Drax bozak, który teoretycznie dowodził tym całym cyrkiem, jako tako zachował zimną krew i zaczął wywrzaskiwać komendy starając się przywołać spanikowanych podwładnych do porządku. Kilku nawet się zatrzymało włączając w to Vixena który znowu zaczął myśleć. To był złoty smok, bez wątpienia złoty, ale jednocześnie nijak nie podobny, dokładnie tak jak Vixen był sivakiem czego nikt nigdy by się nie domyślił oceniając go jedynie po wyglądzie. Od początku nie pasował do tego świata i od początku był przygotowany, przynajmniej teoretycznie, bo jakoś nigdy nie traktował bajeczek Nnuna o wieży poważnie, żeby go opuścić. Odwrócił się spoglądając jeszcze raz na pierzastego smoka, ten z tego co widział wcale nie wyglądał jakby chciał “zlitować się nad nimi skracając ich cierpienia” i pozabijać wszystkich, chociaż kto wie co przybyszowi z innego świata mogło chodzić po głowie.
-Dobra, co mi tam. Wchodzę!--zdecydował i puścił się pędem tym razem we właściwym kierunku. Kilkanaście sekund później jego pazury zgrzytnęły na lodzie. Gdyby był człowiekiem władca wieży pewnie miałby sporo zabawy obserwując jak ślizga się i przewraca, ale nic z tego, smocze łapy całkiem dobrze radziły sobie na gładkiej powierzchni wbijając się głęboko w lód, co z kolei groziło jego pęknięciem, a w konsekwencji kąpielą w lodowatej wodzie. Co najwyraźniej nie odstraszyło Zaxy. Jak on do cholery znalazł się przede mną? Nie pierwszy raz zdziwił się Vixen widząc plecy kapaka jak na razie zajmującego pierwsze miejsce w wyścigu. Miedzianołuski skrytobójca zawsze pojawiał się jakby znikąd i był diabelnie szybki.
-To moja droga!- wrzasnął czarnołuski dobywając miecza, jedynej rzeczy ze swojego ekwipunku, którą uznał za wartą targania na szczyt wulkanu. Postanowił zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę, przyspieszył jak tylko mógł, to już nie był bieg po zwycięstwo, a rozbieg do startu. Vixen miał szczęście, był jedynym w tym oddziale który potrafił latać, naprawdę latać a nie tylko szybować czy nie zabić się spadając z wysokości. Potężne wybicie nadwyrężyło świeży lód siatką pęknięć, gdyby nie wytrzymał byłoby po zawodach, na szczęście udało mu się wybić, potem trzy machnięcia skrzydłami z całej siły od których zależało czy zdoła wzbić się wyżej czy opadnie z powrotem. A na koniec aby przypieczętować swoje zwycięstwo mały prezent pożegnalny dla “kolegów” których jakoś nigdy nie lubił. Miecz wypadł z otwartej dłoni wbijając się w lód kilka kroków od Zaxy.
Miedziany smokowiec nie miał większych szans utrzymać się po czymś takim na lodzie. Miecz wywołał serię pęknięć, które rozeszły się po okolicy. Jedno z nich dosięgło skrytobójcę. Ten już miał zamiar wskoczyć na niepopękany lód, jednak jego ciężar i siła nacisku, którą wywołał szykując się do skoku tylko pogorszyły sytuację. Z przekleństwem na ustach wylądował w wodzie, odpadając z dalszego pościgu, zaś pobratymiec który zafundował mu kąpiel wyszczerzył zęby w uśmiechu i poleciał dalej. Już nikt nie mógł mu zagrozić. Czekał na niego zupełnie nowy świat. Jeszcze tylko trochę, jeszcze… Vixen spojrzał na bramę która jakoś nieszczególnie się przybliżała. Zdaje się że źle ocenił odległość, brama była o wiele większa niż początkowo myślał, właściwie dopiero teraz miał okazję dokładniej jej się przyjrzeć.
Wrota wykonane były z kolorowego szkła. Gdzieniegdzie wyglądały tak, jakby dodatkowo pokrywały je zielone gałęzie, co było raczej niemożliwe biorąc pod uwagę panującą temperaturę… No tak, było zimno. Vixen zaczął to odczuwać dość gwałtownie tracąc siły. Musiał wprowadzić poprawki do swojego planu dolecenia do bramy. Dlaczego? Dlaczego do ciężkiej choroby miał takie problemy z zimnem? Srebrne smoki, jego za przeproszeniem “rodzice” mieszkali przecież na szczytach skutych wiecznym śniegiem gór. A on parodia sivaka właśnie zaczynał zbliżać się do tafli jeziora bo jego zmarznięte mięśnie nie dawały już rady. Musiał wylądować i musiał zrobić to delikatnie. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, jakoś nie zdarzyło mu się jeszcze lądować na tak kruchym podłożu. Dobra raz kozie/smokowcowi śmierć. Wystarczy obrać odpowiednią trajektorię i… tafla aż zajęczała nieprzyjemnie, od jego stóp zaczęły promieniście rozchodzić się pęknięcia. Padł na kolana a potem położył się na brzuchu starając się rozłożyć nacisk na jak największej powierzchni. Nawet przestał oddychać przez kilka sekund nasłuchując odgłosu pękania. Udało się. I co teraz? Jakoś nie miał odwagi wstać, przeczołgał się kawałek poza strefę pęknięć tam gdzie lód wydawał się odrobinę solidniejszy, ale wciąż nie dość solidny żeby po nim iść, a co dopiero wybić się do lotu. Zresztą i tak nie miał już na to siły. Podniósł się na czworaki i tak właśnie ruszył do przodu, klnąc pod nosem pełzł do szklanej bramy. Złoty smok który to obserwował musiał mieć niezły ubaw.
Smok sprawiał wrażenie nie przejmować się wysiłkami smokowców w dostaniu się do wrót. Można nawet przypuszczać, że uciął sobie drzemkę, chociaż temu akurat zaprzeczało unoszenie się w powietrzu. Z każdym ruszeniem łapom brama była coraz bliżej. Coraz więcej było też pęknięć lodu. Vixen przyśpieszył trochę, by krócej znajdować się na jednym kawałku lodu. Za sobą słyszał liczne przekleństwa. To jego “rodzinka” uczyła się pływać, czy też bardziej precyzyjnie opadać na dno. Jednak to nie miało znaczenia. Brama była tuż tuż… Jakiś cień przeleciał nad chłopakiem. Smokowiec, który zdecydował się na szaleńcze szybowanie wbił się w lód, przełamując powierzchnię. Trzeba było obejść powstałą dziurę.
-Darujcie sobie! To moje drzwi.-wrzasnął do reszty, która najwyraźniej nie zamierzała odpuścić. Banda kretynów, wiadomo było przecież, wejść może tylko jeden i że to on jest właśnie tym jednym jedynym. A przynajmniej tak mówił Nnun. Miał rację w kwestii drzwi to i tym razem ma rację. Uznał, nagle postanawiając traktować maga poważnie. Z nową werwą skręcił żeby jak najszybciej ominąć wodną pułapkę i szamoczącego się w niej bazza który próbując uchwycić się krawędzi lodu z każdą chwilą poszerzał otwór wyłamując nowe kawałki kry. Zdesperowany Vixen po raz kolejny postanowił zaryzykować. Wstał ostrożnie i ruszył biegiem, tylko kwestią czasu było kiedy szczęście go opuści co też stało się nadzwyczaj szybko. Jeden głośniejszy dźwięk i zanim zdążył zrobić cokolwiek znalazł się pod wodą. Rozpaczliwie wyciągnął ręce w górę chcąc się złapać czegokolwiek. Przez jedną chwilę która zdawała się czarnołuskiemu wiecznością trafiał tylko na kawałki kry zbyt małe żeby mogły utrzymać go na powierzchni, aż wreszcie kiedy dotarło do niego że to najpewniej jego koniec, pazurzasta łapa Vixena zahaczyła o coś twardego i zdecydowanie stabilnego. Podciągnął się spazmatycznie łapiąc powietrze. Dotarł do celu, to co go uratowało okazało się być progiem szklanych wrót.
- Gratuluję, zdałeś. - usłyszał nad sobą ryk smoka, po czym poczuł, że jego ciało rozpada się. Najwyraźniej takie było wejście do wieży.
 
Agape jest offline