Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 01-09-2016, 23:57   #7
Bebop
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 876 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
Do Rose’s Diner chodzili od lat. Była to niewielka knajpka utrzymana w klimacie lat 90., nie był to jednak zabieg celowy, lokal od niemal dwudziestu lat nie zmienił po prostu wystroju. Kiedyś wpadał tu z całą rodziną, z czarującą żoną Margaret, z szaloną córką Alice oraz wesołym synem Kevinem. Teraz były to już tylko puste wspomnienia. Alice od dwóch lat pozostawała w śpiączce, a małżeństwo nie wytrzymało tej próby.

Lubił tu wpadać z Kevinem tworząc jakby namiastkę dawnych chwil. Podczas ich nielicznych spotkań, nie potrafił jednak stwierdzić, jak jego syn potrafił się tak niesamowicie zmienić. Kiedyś był fanem koszykówki, WWE i Spider-Mana, teraz wielbił żel, spodnie rurki i Internet. To była teraz jego największa pasja.

- Tato, koszykówka powoli umiera, teraz liczy się tylko e-sport – mówił piętnastolatek– Tak samo telewizja. Vlogerzy to nowi celebryci, każdy może się wybić, Youtube dostępny jest dla każdego. To nie HBO!- Podjął z jeszcze większym ożywieniem. - Wiem jak to działa! Mam już kilka filmików, to będzie hit. Tydzień albo dwa i suby same przyjdą. Suby, polubienia, kasa zacznie płynąć. - Zachichotał. - Może zacznę zarabiać więcej niż ty?

Kent pokiwał głową z udawaną aprobatą. Kevin w ogóle go nie przypominał, ani zachowaniem ani wyglądem. Perry był wysokim, wysportowanym mężczyzną. Nosił tanią flanelową koszulę, stare dżinsy i ciężkie buty sprawdzające się na budowie. Jak na prawie pięćdziesięciolatka kondycję utrzymywał świetnie. Jego syn ubrany był w markowe ciuchy bardziej pasujące do nastolatek, a przeciętna budowa świadczyła o tym, że o prawdziwym sporcie już dawno zapomniał.

- Wypiję za to – odparł Percival i wzniósł toast kubkiem kawy, syn skwitował to krzywym uśmiechem.

- Ta, jasne. Tato, ściemniasz fatalnie – skwitował Kev – ale jeszcze zobaczysz, mówię ci.

- A jak tam szkoła? - Ojciec próbował zmienić temat.

Syn machnął ręką. - I bez niej mam dużo zajęć. Jeszcze dzisiaj biorę się za Twitcha, a od jutra ostro trenuje.

- Wracasz do kosza? - spytał z nadzieją Perry.

- Niezła próba. - Zaśmiał się. - Za rok wezmę udział w mistrzostwach Lola. Mamy już niezłą paczkę, a zawodowe drużny mają swoich sponsorów. - Postukał się palcem w skroń. - Jak mówię tato, główka pracuje. - Zerknął na telefon i nagle wstał. - Moment, wracam za moment. - Niemal wybiegł z knajpy.

Perry nie miał pojęcia o czym właściwie mówił jego syn. Technika nigdy nie była jego mocną stroną, szczytem jego umiejętności była obsługa klawiszowego telefonu z klapką, uruchomienie konta na Facebooku i okazjonalnie przeglądanie zabawnych filmików na Youtube. Wkurzało go to, że Margaret nadążała. Oglądała streamy syna, pomogła mu założyć oficjalną witrynę internetową… Patrzył teraz przez szybę jak Kev wraz z kilkoma osobami macha telefonem przed wejściem. Świat stanął na głowie.

- Jeszcze kawy, proszę pana? - spytała młoda kelnerka, musiała zauważyć roztargnienie Kenta, bo dodała – Mamy tu Pokestop. Świetna reklama dla restauracji.

- Aha. Za kawę już dziękuję, złotko. - Dziewczyna uśmiechnęła się, obróciła zwinnie i uciekła. Percival pozwolił sobie rzucić okiem na jej tyłek, z tymi kształtami z powodzeniem może wkrótce złożyć CV do Hooters. Ciekawe czy jego syn już świrował na punkcie kobiet.

Dopił kawę, a po chwili do knajpy wrócił Kevin. Obaj zamienili jeszcze kilka zdań sprowadzających się do standardowego gadania o niczym. Następnie odwiózł syna do jego matki.

Tylko tyle, czterdzieści minut w tygodniu z synem, krótkie oderwanie od pracy.

***

Kiedyś sądził, że własny biznes to same plusy, niekończący się potok pieniędzy i pełna kontrola nad życiem. Po latach prowadzenia swojej firmy remontowej bardzo zmądrzał. Nauczył się być nieustępliwym, walczyć by być na szczycie łańcucha pokarmowego. Nie był tani, ale za to bardzo solidny. Wiele wymagał od siebie, a co za tym idzie, także od swoich pracowników.

Do tych jednak nigdy nie miał cierpliwości. Zatrudniał miejscowych chłopaków, czasem także Meksykanów. Latynosi znali się nawet na budowlańce, ale przez większość czasu odtwarzali spektakl pod tytułem „Haruję w pocie czoła”. Kiedy tylko Kent nie widział chodzili na przerwy i próbowali wynosić narzędzia.

Nie był rasistą, lecz nie potrafił, pomimo szczerych chęci, dogadać się z Afroamerykanami. Z tym z hurtowni nie było lepiej. Długo wytrzymał zanim cisnął w niego salwą przekleństw i określeniami typu „murzyn” i „czarnuch”. Nie była to najlepsza dyskusja, ale Kent nie obawiał się konsekwencji. Utrata zlecenia była znacznie groźniejsza dla firmy, niż słowa krętacza – nieroba, który nie rozumie na czym polega jego praca. Perry nie potrafił być od kogoś zależny, jeśli czegoś potrzebował, robił wszystko by to otrzymać.

Ludzkie lenistwo doprowadzało Kenta do szału.

***

Najpierw otworzył oczy, potem wypluł błoto. Leżał w rowie przysypany liśćmi, brudny i zdezorientowany poderwał się na nogi. Szybko uspokoił oddech i rozejrzał się, jego myśli zaczęło szturmować pytanie Co się do stało do kurwy nędzy?. Pamiętał tego zdziwaczałego menela oraz sikanie w zapyziałeś toalecie.

Ktoś mu coś zrobił? Porwali go, ale nagle się rozmyślili i wyrzucili w głuszy? Jak przez mgłę widział jakąś odrażającą postać, jakby trup się na niego rzucił. Pomyślał, że ktoś go czymś naszprycował. To mógł być narkotyk, albo jakaś broń biologiczna, tyle się teraz słyszało o zagrożeniu terrorystycznym. Odegnał jednak te myśli czując, że popada w paranoję. To mógł być też jakiś głupi dowcip, bo przecież nie sen. Nie, z pewnością nie sen, bo szczypanie nie pomagało mu się wybudzić.

Kiepski dzień. To wszystko nie miało sensu, żadnego. Nie czuł strachu, ani gniewu, a jedynie zagubienie. Przede wszystkim musiał się stąd wydostać, potem miał zacząć zadawać pytania. Otrzepał spodnie i koszulę, a następnie ruszył przed siebie błotnistą drogą.

Jak to powiedział ten żul? Że po niego idą? Może to jednak był jakiś atak.
Wypadałoby jeszcze przeszukać kieszenie, powinien w nich mieć telefon, klucze od auta, a nawet nożyk. Cóż, na tym zadupiu nie pogardziłbym choćby jedną kreską zasięgu.
 
__________________
See You Space Cowboy...

Ostatnio edytowane przez Bebop : 03-09-2016 o 16:23.
Bebop jest offline