Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 19-10-2016, 19:44   #2
liliel
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9832 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Ta noc nie należała do spokojnych.
Ferro napędził jej sporo strachu, ale ostatecznie okazało się, że to nic groźnego, po prostu siadła mu cała elektronika. Nic czego nie dałoby się naprawić.
Nie do końca wiedziała jak się zachować. Sterczeć obok i trzymać go za rękę podczas gdy wyrzygiwał całą treść żołądka? Zrobiła to, co podpowiadał jej instynkt – przyniosła mu szklankę wody i pigułki przeciwbólowe oświadczając, że wobec tego pójdzie pobiegać.
Czasu miała z nawiązką, więc oprócz zwyczajowych sześciu mil pokusiła się o dziewięć. Ciało wpadło w przyjemny rytm wysiłku, z ust buchały raz za razem obłoczki pary. W słuchawkach bezprzewodowych płynęły surowe garażowe melodie, przesączały się jakby z innego świata, któremu wygasł termin przydatności.

Ojciec zawsze mówił, że Laeh ma - po nim - starą duszę. O ile jednak dusza ojcowska gustowała w eleganckiej klasyce Mozarta, kubańskich cygar i szwajcarskich zegarków, to dusza Leah utknęła pośród swobody i improwizacji lat dziewięćdziesiątych, zmierzchu epoki, w której ludzie żyli z pasją, a nie według swojego grafiku. Niechlujny styl Seattle tamtych czasów wybrała sobie jako swoistą religię. Postanowiła, dawno temu, że nigdy z nurtem nie popłynie i jak dotąd dotrzymywała słowa.

Staley, pośród szumów ciężkich gitar, śpiewał o korporacyjnym więzieniu, a tuż obok Nowy Jork budził się do życia. Ludzie wypełzali powoli ze swoich nocnych nor i wskakiwali w codzienny rytuał gonitwy, dziś jakby cichszej i bardziej ospałej niż zazwyczaj. Przed kioskiem z gazetami mrugały kolorowe reklamy holomagazynów, z jednego z nich spozierała znajoma twarz.

Leah rozważała, czy zadzwonić do Joe, upewnić się, że wszystko z nią dobrze, ale nie przywrócono jeszcze komunikacji. Mogłaby tam pobiec, ale nie miała sumienia budzić ich o szóstej rano.

Poranek minął szybko.
Przebieżka. Powrót. Spocone, rozgrzane do czerwoności ciało. Szybki prysznic. Szlafrok. Kawa. Papieros.
Ferro z łazienki przeniósł się do sypialni. Leżał bez ruchu na swojej połowie łóżka i chłodził głowę workiem z lodem.
- Przejdź się do lekarza. Albo mechanika. Właściwie nie wiem co jest bardziej na miejscu – zaproponowała bez złośliwości.
- Nic mi nie jest – lakoniczna odpowiedź Scotta wcale jej nie uspokoiła.
- Mogę z tobą zostać, jeśli źle się czujesz.
- Daj spokój. Już mi lepiej.

Z zacięciem maniaka przeprowadziła wiwisekcję szafy.
- Nie widziałeś mojej koszulki z Layne'm? - przekopała się przez mrowie czarnych t-shirtów z wizerunkami przedpotopowych kapel i okładek płyt.
Ferro zaprzeczył więc wcisnęła tłumok ubrań z powrotem w otchłań szafy.
- No nic, włożę tą z Bleach... Ale burdel.
Nigdy nie była przesadnie porządna, ale odkąd miesiąc temu wprowadził się tu Scott, bajzel zupełnie wymknął się spod kontroli, może dlatego, że zaczęła przebywać w domu, a nie traktować go jak hotel.
- Mówiłem żeby zabrać ode mnie robota sprzątającego – zasugerował ostrożnie, jak to miał w zwyczaju.
- Z robotów wystarczy mi ekspres do kawy – ucięła.
Wygładziła pomięty t-shirt, narzuciła na wierzch marynarkę z serży, przesadnie elegancką, z najnowszej kolekcji włoskiego projektanta, którego imienia nie potrafiła nawet wypowiedzieć. Jej rodzina nie stroniła od kosztownych prezentów a Leah lubiła je dostawać, pewnie z próżności. W końcu była rozpieszczoną córeczką bogatego tatusia, nawet jeśli zbuntowaną.
Niedopitą kawę przelała do termicznego kubka. Drugi, z cuchnącą ziołową herbatą, zaniosła Scottowi do sypialni.
- Joe mówi, że to gówno czyni cuda. Wypij – postawiła napój na nocnej szafce, przysiadła na rogu łóżka związując włosy w niedbały supeł.
- Lodówka jest pusta. Będziesz musiał wyjść do knajpy na rogu żeby coś zjeść – cmoknęła go w usta.
I tyle jej było.

Zatrzasnęła za sobą drzwi i stanęła w korytarzu, targana wahaniem. Rozważyła w głowie argumenty za i przeciw nachodzeniem Caldwella. Przeważały te przeciw, ale zapukała i tak.
- Trzymasz się? Pamiętam, że masz w sobie nie mniej żelastwa niż Scott - gestem wskazała na zamknięte drzwi swojego mieszkania. - A on mocno odczuł to nocne wyładowanie, pomyślałam, że zajrzę i sprawdzę czy nic ci nie jest.
- Chyba nie aż tyle - mruknął i skrzywił się. - Nawet ból głowy mi już przechodzi. Jesteś gliną, mogłabyś powstrzymać takie zamachy! - dodał pół żartem.
- Staram się, sam wiesz najlepiej - odpowiedziała uśmiechem, który wyszedł mało swobodnie. - To już ci nie przeszkadzam. Moglibyśmy kiedyś wyskoczyć gdzieś, no wiesz, tak normalnie… Na burgera z indyka. Czy coś.
Skinął głową, ale było to tak samo swobodne, jak jej uśmiech.
- Jak tylko to wariactwo dookoła się skończy. Na święta wyjeżdżam. Wesołych, jeśli byśmy się już nie zobaczyli.
- Nawzajem.

Droga do roboty ciągnęła się niemiłosiernie. Paraliż komunikacyjny postawił miasto w gigantycznym korku, u ludzi wzbudzał z kolei niepokój i podsuwał czarne myśli. Było to widoczne nawet na 13stym posterunku, wyjątkowo dzisiaj wyludnionym.
- Dzień dobry… to znaczy cześć…? Jestem Arturo Mota, mamy pracować razem.
W końcu nadszedł ten dzień, którego Leah tak się obawiała. Przydzielono jej partnera, który miał trzy zasadnicze wady. Niedojrzałość. Chorobliwy entuzjazm. I, co najgorsze, nie był Ferrem.
Wierzbovsky uniosła wzrok znad teczki, ale ostentacyjnie zignorowała wyciągniętą dłoń. Sięgnęła za to do jednej z paczek papierosów - na biurku walały się trzy, wszystkie napoczęte - zadzwoniła benzynową zapalniczką i się zaciągnęła. Było to swego rodzaju znaczenie terenu. Zwierzęcy komunikat “ja jestem przewodnikiem tego stada”.
- Skończyłeś Akademię, Archi?
Nawet jak mu się to nie spodobało, nie dał po sobie nic poznać. Patrząc na entuzjazm, o niej pewnie też się czegoś dowiedział. Wyciągniętą rękę potarł o drugą, powstrzymując odruch schowania ich do kieszeni.
- Tak, ale to mój pierwszy przydział… - zawahał się, nie mając pojęcia jak do Leah mówić.
- Pierwszy przydział w kryminalnym, czy pierwszy przydział w policji?
- Pierwszy jako detektyw - potwierdził. - Miałem trochę praktyk w komisariacie wcześniej, trochę na patrolach.
Rookie to rookie, szef przydzielił jej kompletnie zielonego. Braki w kadrze były ogromne, w sumie nie powinna się dziwić. Kto był dobry to uderzał do korpo, a nie państwówki, poza tą garstką idealistów, jak ona i Ferro, którym się wydawało, że prawo stoi ponad wszystkim, nawet korporacjami, i policja jest od tego, żeby to egzekwować.
- Jakieś cyborgizacje?
Zgarnęła kurtkę z oparcia fotela, wcisnęła pod pachę naręcze akt Tomkinsów i wskazała Archiemu drzwi. Posłusznie skierował się we wskazaną stronę.
- Niestety nie stać mnie było, jedynie złamany palec miałem wymieniony - pokazał na serdeczny paluch lewej dłoni. - Może kiedyś, jak się dorobię. Coś na poprawę kondycji na pewno - zaśmiał się. Trochę wymuszenie. Wyglądało to jakby Leah go wprawiała w ten niepewny stan, choć co chwilę na nią zerkał.
- Na razie, póki cię nie stać na druty, proponuję na kondycję pięć mil joggingu, tuż po przebudzeniu.
Zjechali windą na parter, minęli bramki przy wejściu. Na policyjnym parkingu stał zaparkowany Chevrolet Camaro, zabytkowy model z 1980 roku.
- Weźmiemy mój wóz. Akurat dzisiaj brak elektroniki działa na naszą korzyść.
Prawdę mówiąc jej Camaro nie miało w sobie prawie żadnej orginalnej części, głównie współczesne zamienniki, ale zachowało pierwotną stylistykę i było pozbawione automatycznego pilota.
Usiadła na miejscu kierowcy, na tylną kanapę rzuciła firmowe papierzyska..
- To kogo proponujesz wziąć na pierwszy ogień, Archie?
Nie lubił tego zdrobnienia, widziała to po drganiu kącika ust.
Wsiadł ostrożnie do maszyny, która według kalendarza miała już teoretycznie siedemdziesiąt lat. Wyglądał na osobę spodziewającą się, że podłoga się pod nim zarwie.
- Z tym joggingiem się staram, ale matka wmusza za duże śniadania - mruknął, wyświetlając sobie na holo profile osób. - Odnośnie zamachu w sądzie to już przesłuchano wszystkich. Więc może ktoś z pozostałej czwórki? Ciekawe co chcieli od Tomkinsa ludzie z Corp-Techu, nie znalazłem wielu powiązań między tą korporacją a Scottem - zaproponował odrobinę ostrożnie. - Tylko nie wiem czy wozem dojedziemy gdzieś w rozsądnym czasie - wskazał brodą na zastawione praktycznie nie poruszającymi się samochodami ulice. Chevi mógł nie mieć automatyki, ale też nie umiał latać. Samo dotarcie nim pod komisariat zajęło wieki, a przecież Leah miała blisko.
Mieszkał z matką. Do listy wad rookie dopisał sobie kolejną.
- Tak, sprawdzimy tych z Corp-techu. Marklerkę. I Izaaka White. Ale chciałabym zacząć od Alexa i obejrzeć mieszkanie Tomkinsa, wypytać o jego relację z córką.
Niechętnie wysiadła z wozu, dopięła pod szyję kurtkę.
- No to metro.
Wysiadł zaraz za nią, poprawił płaszcz i powstrzymał się przed powiedzeniem czegoś. Tak, onieśmielała go, bez wątpienia. Przychodził jej tylko jeden powód tego stanu rzeczy. Właśnie zobaczył w Leah cień Joanny.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 20-10-2016 o 23:14.
liliel jest offline