Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 10-01-2017, 20:34   #39
Chrapek
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Wracamy ze świata liryki do epiki .

- Wejdź do kręgu dziecko, nie bój się - brodaty dziad w kapturze wskazał dziewczynie ręką na krąg światła pośrodku owalnej sali. Wzdłuż ścian biegły kręte galeryjki na których czaiły się równie ponure, zakapturzone indywidua.
Dziewczyna trwożnie postąpiła we wskazane miejsce. W przeciwieństwie do zakapturzonego cudaka, miała na sobie zwyczajną kieckę, niebieskie getry i trampki. Trzęsła się ze strachu.
- Nadeszła pora inicjacji - zagaiła kreatura stojąca na najwyższej galeryjce. Rozłożyła przy tym łapy jak samolot i przez chwilę napawała się efektem jakie wywołało echo odbijające się od kulistej salki.
- Inicjacji? - drgnęła dziewczyna - O Boże, mam nadzieję, że macie gumy, nie chciałabym zarazić was wszystkich HIVem!
- Nie takiej inicjacji, głupia - żachnął się dziad - Czy ty w ogóle wiesz, gdzie trafiłaś?
- No, a skąd niby mogłabym to wiedzieć? - dzierlatka złapała się pod boki, patrząc wyzywająco na prowokatora - W jednej chwili siedzę sobie w Starbuniu i piję piernikowe podwójne latte z bitą śmietaną, a nagle hyc, łapie mnie jakichś dwóch dryblasów... Już się ucieszyłam, że to uchodźcy, a to znowu polskie cebulaki, i...
- Zamilcz! - zakapturzony mężczyzna uniósł rękę - Uświadom sobie, że trafiłaś do najstarszego i najczcigodniejszego ze stowarzyszeń…
- O? - dziewczyna zgrabnie udała zainteresowanie przeglądając w międzyczasie Tindera.
- … Od dziesiątek lat pociągamy za sznurki w światowej polityce, ekonomii, religii. Do naszego bractwa należy cały Rząd Światowy. To my prowadzimy tajne programy genetyczne i czipujemy ludzi. To my sprzątnęliśmy tę paplę J.F. Keneddy'ego. My zbudowaliśmy tajne bazy na Antarktydzie, w których trzymamy zamarynowanych nazistów. Wreszcie, to my...
- I co, może za porażkę Hillary Clinton też odpowiadacie?
- Też. Musiała wracać do domu, na Alfę Centauri.
- To kim wy do cholery jesteście? – jęknęła dziewczyna.
- Jesteśmy Cyklistami – indywiduum zrzuciło kaptur z głowy – A jam jest Wielki Pedał Mariusz, Mistrz Tej Loży. Teraz, droga Małgorzato, przyszedł czas żebyś i ty dołączyła do naszego zacnego bractwa.
- Co?.. – niedoszła adeptka zaczęła się chyłkiem wycofywać ku wyjściu – Nie chcę być żadną pedałą…
- Wielkim Pedałem, Mistrzem Loży – stojący obok cyklista huknął ją w czerep na odmułkę - I stąd nie ma wyjścia. Dowiedziałaś się o naszym istnieniu. Albo do nasz przystąpisz, albo… - Mariusz znacząco przejechał palcem po gardle.

- Chodź ze mną. – Mistrz złapał Małgorzatę za rękę i pociągnął w głąb ciemnego korytarza. Ściany pokrywały skomplikowane malunki oświetlane płomieniem niesionej przez starca pochodni.
- Abel był wspaniałym konstruktorem – Mariusz przystanął oświetlając pochodnią jeden z rysunków przedstawiających przystojnego młodzieńca – Ogromny, światły umysł. Pewnego dnia pomyślał sobie: jak można by ulepszyć boskie stworzenie? I wtedy właśnie stworzył to. Pierwszy Rower - oświetlił pochodnią kolejny z obrazów.
- Rower, czyli po staroaramejsku al Hashash-Bishush – wyjaśnił Mistrz – Legendarna rama z włókna węglowego. Pozłacane szprychy, piasta z diamentu i żelowe siodełko – twarz Wielkiego Pedała rozchmurzyła się kiedy oddał się własnym fantazjom. Po chwili jednak z powrotem stężała, przygaszona troskami codzienności.
- Niestety, wielki Abel miał złego brata, Kaina. Cały czas złowrogi wypierdek truł swojemu krewniakowi: „no, daj pojeździć!”, albo: „daj się bryznąć, zaraz oddam!”, czy: „nie bądź żyła!” Ale Abel nigdy nie dał mu Roweru, bo wiedział, że Kain nie jest godny go dosiąść. Szkolił jednak godnych uczniów w sztuce budowania rowerów. To jego nauki dały początek Cyklistom. I wtedy stała się tragedia. Zaślepiony zazdrością Kain zarżnął Abla jak prosię i uciekł z Rowerem w mrok nocy – a musisz wiedzieć, że był wspaniałym maratończykiem. Od tej pory nikt już nie widział ani Kaina, ani Hashash-Bishush. Stąd też od milionów lat istnieje vendetta między nami – Cyklistami, a biegaczami. Dali nam łupnia pod Maratonem, kiedy Cykliści stanęli po stronie Dariusza. Ale pięknie się im odgryźliśmy pod Cedynią.
W mroku korytarza zapadła cisza.
- Ale mistrzu… - zaczęła dziewczyna – Przecież rower jest znany może z dwieście lat?..
- Cicho, głupia – stęknął Mistrz – Już Arystoteles znał rower. Zobacz co wyprawiał na Agorze – podświetlił pochodnią obraz przestawiający Arystotelesa robiącego podwójnego flipa.
Rower jest znany od setek lat – kontynuował Mariusz – ale w dziewiętnastym stuleciu stwierdziliśmy, że w dobie nowych technologii nie będziemy już w stanie dalej ukrywać naszej obecności. Dlatego Baron Drais ujawnił się jako „wynalazca” rower. Kiedy jednak już wtopiliśmy się w społeczeństwo, okazało się, że jeszcze łatwiej nam jest nim manipulować. Chodźmy jednak dalej…
Mistrz wprowadził Małgorzatę do przestronnej sali, pośrodku której stała piękna zielona damka z koszyczkiem na bagażniku.
- Oto twój rower – zagaił – Elegancki pojazd, na bardziej cywilizowane czasy… Nie tak niezręczny i toporny jak samochód.
Małgorzata spojrzała na niego spod byka. Od dłuższego czasu podejrzewała, że Wielki Pedał posiłkuje się cytatami z filmów, ale do tej pory wychwyciła tylko te z „Karate Kid”.
- Teraz, kiedy masz już swój Rower, możemy przystąpić do prawdziwego treningu – rzekł Mistrz i położył jej dłonie na kierownicy.

- Małgorzato, obudź się – dziewczyna usłyszała nad sobą znajomy głos. Przez chwilę miała ochotę go zignorować. Trening wśród Cyklistów okazał się być bardzo wyczerpujący. Przez ostatnie tygodnie uczyła się historii, polityki, sztuki manipulacji, walki, dyplomacji oraz zrobienia podwójnego double cross back flipa z zamkniętymi oczami.
- Obudź się, mówię – Mistrz potrząsnął dziewczyną.
- Nie śpię – powiedziała siadając na pryczy – Co się stało?
Mistrz nie powiedział nic, tylko wskazał jej gestem wyjście. Znaleźli się znowu w pomieszczeniu w którym dokonała się jej inicjacja. Zgromadzeni cykliści byli czymś bardzo podekscytowani. Gwar rozmów unosił się pod sklepieniem rotundy.
- Stała się rzecz straszna – Mistrz uniósł głos ponad szmerami zgromadzonej gawiedzi – Urząd Miasta Warszawy wydał pozwolenie na maraton w centrum miasta!
Okrzyki zgrozy potoczyły się wokół zatruwając atmosferę podniety.
- Jest jednak jeszcze gorzej – Mariusz uciszył gestem zgromadzony tłum cyklistów – Jednocześnie cofnięto pozwolenie na przeprowadzenie w Warszawie X etapu Tour de Pologne!
- Hańba!!!
- Skandal!!!
- Zło-dzie-je!!! – jeden z cyklistów powodowany amokiem zapomniał gdzie się znajduje.
- Ale jeszcze nie wszystko stracone – rzekł Wielki Pedał i położył rękę na ramieniu Małgorzaty – Maratończycy znają nas i nie dopuszczą, żebyśmy znaleźli się w ich pobliżu. Ale nie wiedzą o tobie. Jeżeli uda ci się prześlizgnąć w ich szeregi… Jeżeli uda ci się ich zniechęcić do biegania… W sposób permanentny…
- Jesteś Wybrańcem – szepnęła starsza cyklistka, zgarniając łzę z kącika oczu – Ostatnią nadzieją.
Mistrz odciągnął Małgorzatę na bok.
- Jeżeli ci się uda, tysiąc lat szczęścia przed nami – powiedział pospiesznie – Lecz jeśli zawiedziesz, czeka nas zguba. – gestem przywołał jednego z podnóżków, który niósł ze sobą trzy pakunki. Mistrz wziął pierwszy z nich i wyciągnął ze środka pierścień.
- Oto pierścień Abla, nasza święta relikwia. Kiedy go założysz na palec, ochroni cię przed wszelkimi obrażeniami. Ale nie noś go zbyt długo, bo dostaniesz kociej mordy.
Podał jej klejnot, po czym sięgnął do kolejnego pakunku.
- To jest Złota Szprycha – wyjaśnił – Powali każdego wroga, ale tylko wtedy, kiedy uzna, że jesteś godna aby jej użyć.
- A ten trzeci worek? – zapytała Małgorzata.
- To? – Mistrz trącił pakunek nogą – To jest brudna bomba. Wejdziesz w tłum maratończyków i naciśniesz detonator. To powinno ich skutecznie zniechęcić do biegania.
Małgorzata kiwnęła głową. Mistrz ucałował ją w oba policzki i położył ręce na jej ramionach.
- Idź już moje dziecko – rzekł – Trzymasz w swoich rękach los całego świata.

Małgorzata zaparkowała swój rower pod Placem Defilad, ściskając w spoconej dłoni plecak z brudną bombą. W
oddali słyszała już muzykę dochodzącą z miejsca gdzie zaczynał się maraton. Patrząc na ludzi przygotowujących się do biegu, zaczęła wątpić w misję jaką zlecił jej Wielki Pedał. Zacisnęła zęby i sięgnęła do kieszeni po pierścień Abla. W tym momencie poczuła na ramieniu silny ucisk. Ktoś wyciągał ją z tłumu. Próbowała się wyrwać, ale napastnik był zbyt silny. Wreszcie, zdecydowanym ruchem cisnął nią w głąb bocznej uliczki. Małgorzata mogła mu się przyjrzeć.
Stał przed nią silnie zbudowany, zarośnięty Maratończyk. Mógł mieć, w porywach z półtora łokcia wzrostu. Ubrany był w podkoszulek i tanie trampki z biedry. Patrzył na nią z nienawiścią.
- A więc to ciebie przysłali – zasyczał wściekle maratończyk – Od dawna sądziliśmy, że szkolą nowego asasyna. Poznałem cię, bo kto normalny przychodzi na maraton w kasku?
- Kim jesteś? – wyksztusiła Małgorzata. Napastnik tylko się roześmiał.
- Jestem Zidane, maratoński Ninja – odrzekł wyprężając dumnie kurzą pierś – I teraz się z tobą policzę. Broń się!
To mówiąc doskoczył do Małgorzaty wykonując low-kicka. Jednakże, dziewczyna też nie była jakimś ułomkiem i zablokowała uderzenie, po czym sprzedała mu high puncha i upper cuta. Maratoński ninja górował jednak nad nią wyszkoleniem i spychał coraz głębiej do defensywy. Przyparta do muru, wyciągnęła Złotą Szprychę i skierowała w kierunku Zidana.
- Abra kadabra! – krzyknęła.
Nic się nie stało.
- Głupia! – Maratończyk zaśmiał się wrednie – Złota Szprycha odpowiada tylko na wezwanie godnych. Widocznie taka nie jesteś. Teraz nastanie Era Biegaczy. Sam Belzebub obiecał nam, że kiedy dziesiąty maraton przebiegnie ulicami Warszawy, otworzą się wrota Piekieł, a pan nasz, Kain zejdzie na Ziemię i zaprowadzi Nowy Porządek. Porządek w którym nie będzie dla ciebie miejsca! Gotuj się na śmierć.
To mówiąc wyjął zza pasa survivalowy nóż i zaczął zbliżać się do dziewczyny.
- Sam siebie okłamujesz, Zidanie – powiedziała Małgorzata – Myślisz, że zwyciężycie, jeżeli się mnie pozbędziesz? Po mnie przyjdą następni. I następni. I następni. Cykliści zapanują nad światem i wprowadzą Nowy Ład. Tej siły już nie powstrzymacie. No dalej, co, zabrakło ci odwagi? - młoda rowerzystka odważnie podniosła głowę. Ale Zidane tylko zakrztusił się, bryznął krwią i upadł na ziemię. Złota Szprycha, która rozerwała jego pierś, wpadła do ręki Małgorzaty.
Dziewczyna uśmiechnęła się, i wzięła do ręki upuszczony plecak.

- Dzisiejsze wydarzenia na długo pozostaną w pamięci Warszawiaków – reporter telewizji komentował na gorąco akcję ratowników z pogorzeliska – Nie określono jeszcze liczby ofiar, ale jedno jest pewne: niewielu uczestników maratonu uszło z życiem. Wśród tych, którzy byli świadkami zdarzenia nie brakuje teorii spiskowych. Niektórzy mówią, że widzieli młodą dziewczynę wychodzącą z pożogi bez śladu zranienia. Starsza kobieta, z którą rozmawiałem wcześniej zarzekała się, że to sam Lucyfer w latającym spodku podpalił uczestników Maratonu. A być może za wszystkim stali masoni albo… cykliści?
Przysłuchująca się z boku Małgorzata skrzywiła się pod nosem i zaczęła przesuwać ku dziennikarzowi z nożem w ręku.

I obrazek (na czasie):

 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem